02.04.2026, 21:09 ✶
Oczywiście, jej durny mąż musiał jak zawsze sam pchać się w niebezpieczeństwo. Jolene dobrze wiedziała, że nie mogła wygrać z jego chęcią bycia bohaterem, niezależnie od tego jak bardzo by nie próbowała (zresztą, ta odwaga była jedną z cech, przez które się z nim zakochała). Po trzydziestu latach związku z aurorem, Bletchley zdawała sobie również sprawę, że z ich czwórki to właśnie Julian miał największe doświadczenie z radzeniem sobie w kryzysowych sytuacjach. Z racjonalnego punktu widzenia, najbezpieczniej by było gdyby on sam sprawdził w jakim stanie było wnętrze ich domu.
Jednak Jo nie potrafiła teraz myśleć racjonalnie i nie chciała pozwolić mu wejść w mrok samemu. Nie po tym, jak z jakiegoś powodu (wstydu? poczucia winy?) nie był w stanie spojrzeć w oczy swoim najbliższym.
Najwyraźniej jej dziewczynki miały podobne zdanie, bo ruszyły za ojcem w stronę wejścia do domu. Hesia, która bardziej wdała się w starego, poleciała pierwsza. Natomiast bardziej przezorna Alice cały czas trzymała się przy matce.
W końcu cała czwórka Bletchley'ów znalazła się wewnątrz swojego domu, który był... nie do poznania. Całe wnętrze pokryte było sadzą; wszystkie ściany, meble i dywany miały na sobie czarny osad. Jolene wolała nie myśleć o tym, ile będzie kosztowało przywrócenie nieruchomości do poprzedniego stanu; już sam widok zdewastowanego wnętrza łamał jej serce. Mówiło się, że rzeczy fizyczne szczęścia nie dają, lecz dla Bletchley miejsce to stanowiło coś więcej niż cztery ściany. To tutaj postanowili z Julianem założyć rodzinę. W tym ogrodzie zapuściły korzenie jej pierwsze sadzonki. Na tej podłodze uczyła się chodzić Alice, a następnie także i Hesia. Tutaj wracała po pracy wiedząc, że niezależnie od tego jak źle będzie się działo na świecie, to miejsce będzie stanowił bezpieczną ostoję. Po smutnych wspomieniach z rodzinnego domu, Jo starła się stworzyć dla swoich bliskich przestrzeń, w której będą się czuć bezwarunkowo kochani. A teraz widok ukochanego miejsca na ziemi łamał jej serce.
Nie wspominając o tym, że mroczne wnętrza wywoływały atmosferę strachu. Jolene odnosiła wrażenie, jakby ktoś ich obserwował, choć mógł być to efekt jej wcześniejszej paranoi. Te obawy okazały się uzasadnione, gdy z wnętrza domu wydobył się upiorny skowyt.
– Uważaj. – chwyciła Alice za ramię, choć ten gest miał dodać otuchy także jej samej. Gdy spojrzenie Bletchley trafiło na to, czemu przyglądała się starsza córka, powietrze opuściło jej płuca.
Była przywyczajona do widoku zwłok przywożonych i wywożonych z Munga. Nawet pracując w administracji szpitala napatrzyła się osoby trwale okaleczone w brutalnych wypadkach. W ciągu ostatnich paru godzin widziała już o wiele za dużo cierpienia i śmierci. Lecz nic nie mogło ją przygotować na widok martwego człowieka w jej domu.
Leżącego na środku salonu.
Z nożem wbitym w plecy.
Dlaczego oni? Czego jeszcze ich rodzina będzie musiała doświadczyć w tej niekończącej się nocy ognia i bólu? Jolene zrobiło się słabo i chyba tylko dotyk córki sprawił, że nie osunęła się ze szlochem na kolana. Najwyraźniej Bletchley'om nie było dane doświadczyć dzisiaj ani chwili spokoju, ponieważ gdzieś z wnętrza wydobyły się kolejne jęki, tym razem jednak dało się pośród nich usłyszeć pełne gniewu słowa.
– SZLAMY! Jebane szlamy! To wszysto ich wina!
Nagle przed czwórką czarodziejów pojawiła się półprzeźroczysta aparycja mężczyzny, którego wybałuszone oczy były przerażająco podobne do tych należących do trupa leżącego na podłodze.
– To te jebane szlamy mnie zabiły! – zawył duch.
Jednak Jo nie potrafiła teraz myśleć racjonalnie i nie chciała pozwolić mu wejść w mrok samemu. Nie po tym, jak z jakiegoś powodu (wstydu? poczucia winy?) nie był w stanie spojrzeć w oczy swoim najbliższym.
Najwyraźniej jej dziewczynki miały podobne zdanie, bo ruszyły za ojcem w stronę wejścia do domu. Hesia, która bardziej wdała się w starego, poleciała pierwsza. Natomiast bardziej przezorna Alice cały czas trzymała się przy matce.
W końcu cała czwórka Bletchley'ów znalazła się wewnątrz swojego domu, który był... nie do poznania. Całe wnętrze pokryte było sadzą; wszystkie ściany, meble i dywany miały na sobie czarny osad. Jolene wolała nie myśleć o tym, ile będzie kosztowało przywrócenie nieruchomości do poprzedniego stanu; już sam widok zdewastowanego wnętrza łamał jej serce. Mówiło się, że rzeczy fizyczne szczęścia nie dają, lecz dla Bletchley miejsce to stanowiło coś więcej niż cztery ściany. To tutaj postanowili z Julianem założyć rodzinę. W tym ogrodzie zapuściły korzenie jej pierwsze sadzonki. Na tej podłodze uczyła się chodzić Alice, a następnie także i Hesia. Tutaj wracała po pracy wiedząc, że niezależnie od tego jak źle będzie się działo na świecie, to miejsce będzie stanowił bezpieczną ostoję. Po smutnych wspomieniach z rodzinnego domu, Jo starła się stworzyć dla swoich bliskich przestrzeń, w której będą się czuć bezwarunkowo kochani. A teraz widok ukochanego miejsca na ziemi łamał jej serce.
Nie wspominając o tym, że mroczne wnętrza wywoływały atmosferę strachu. Jolene odnosiła wrażenie, jakby ktoś ich obserwował, choć mógł być to efekt jej wcześniejszej paranoi. Te obawy okazały się uzasadnione, gdy z wnętrza domu wydobył się upiorny skowyt.
– Uważaj. – chwyciła Alice za ramię, choć ten gest miał dodać otuchy także jej samej. Gdy spojrzenie Bletchley trafiło na to, czemu przyglądała się starsza córka, powietrze opuściło jej płuca.
Była przywyczajona do widoku zwłok przywożonych i wywożonych z Munga. Nawet pracując w administracji szpitala napatrzyła się osoby trwale okaleczone w brutalnych wypadkach. W ciągu ostatnich paru godzin widziała już o wiele za dużo cierpienia i śmierci. Lecz nic nie mogło ją przygotować na widok martwego człowieka w jej domu.
Leżącego na środku salonu.
Z nożem wbitym w plecy.
Dlaczego oni? Czego jeszcze ich rodzina będzie musiała doświadczyć w tej niekończącej się nocy ognia i bólu? Jolene zrobiło się słabo i chyba tylko dotyk córki sprawił, że nie osunęła się ze szlochem na kolana. Najwyraźniej Bletchley'om nie było dane doświadczyć dzisiaj ani chwili spokoju, ponieważ gdzieś z wnętrza wydobyły się kolejne jęki, tym razem jednak dało się pośród nich usłyszeć pełne gniewu słowa.
– SZLAMY! Jebane szlamy! To wszysto ich wina!
Nagle przed czwórką czarodziejów pojawiła się półprzeźroczysta aparycja mężczyzny, którego wybałuszone oczy były przerażająco podobne do tych należących do trupa leżącego na podłodze.
– To te jebane szlamy mnie zabiły! – zawył duch.