30.03.2026, 08:32 ✶
Och, gdyby Charlotte wiedziała o przypadłości brata Odile, może zaczęłaby ją niewinnie namawiać, aby te eksperymenty zacząć wcześniej. Bo co sprawiało, że człowiek stawał się ghulem? Jaka magia tkwiła w ciałach McKinnonów? Czy dało się ją znaleźć we krwi? W tkance? Nie ubyłoby mu wiele, gdyby posiedział parę minut, no dobrze, może godzin, w kręgu w sali śmierci i dał odprawić parę rytuałów. I czy nie mógłby dać siostrze do analiz krwi, włosów? Ewentualnie palca, nawet tego najmniejszego, miał ich przecież aż dziesięć, jeden niewiele by zmienił.
Na szczęście dla rodzeństwa Fawleyów Kelly nic o tym wszystkim nie wiedziała, nie mogła więc zacząć kusić Odile oceanem otwierających się przed nimi możliwości, których zbadanie wymagałoby zaledwie odrobiny poświęcenia... ze strony Othello oczywiście.
Kelly była gotowa na poświęcenia w imię dobra ludzkości (oraz ewentualnych awansów), rzecz jasna jak długo nie wymagano ich od niej.
– Naprawdę? Sądziłam, że mogą żyć nawet bez głowy, więc jakoś zakładałam, że i bez mózgu… Masz może jakąś dobrą książkę do polecenia na ten temat? – spytała Charlotte, dochodząc do wniosku, że chyba pora znaleźć trochę więcej czasu na douczenie się w sprawach bardziej przyziemnych niż tylko te duchowe. – Z tego co mi wiadomo, jego skórę opisano jako bardzo bladą, ze zsinieniami… – stwierdziła z podwójnym nagle zainteresowaniem, bo może faktycznie trafili tutaj na jakiegoś bękarta McKinnonów? Zważywszy na to, czym zaczęła trudnić się ich rodzina po skandalu z amortencją, Kelly nie byłaby zdumiona, gdyby trafił się ktoś, kogo w rejestrach nie zapisano jako spokrewnionego. Może zwyczajnie od tych obrażeń mózgu, które miały zabić w ciągu kilku minut, umierał raz za razem?
Ktoś bardziej empatyczny mógłby przejąć się jego losem, ale Charlotte skupiała się bardziej na tym, czy ta teoria miała rację bytu, czy raczej mężczyzna był już martwy i ktoś animował jego zwłoki.
– Druga opcja, jaką widzę, to zaklęcia rzucone na ciało, wprawiające go w ruch… nie wydaje mi się, żeby było to coś jak inferius, chyba wtedy by kogoś zaatakował, no i czarną magią cuchnęłoby tak, że Brygadziści i aurorzy zleciliby się jak pszczoły do miodu – dorzuciła jeszcze, a potem uśmiechnęła się wręcz radośnie na zaproszenie i wstała. Ustawiła się w taki sposób, by wszystko widzieć, ale broń Merlinie nie przeszkadzać przy pracy, nie chuchać, nie zasłaniać światła: wiedziała, jak ją samą by to wszystko rozpraszało i denerwowało, a przecież była naprawdę zainteresowana wynikami tej sekcji!!!
Na szczęście dla rodzeństwa Fawleyów Kelly nic o tym wszystkim nie wiedziała, nie mogła więc zacząć kusić Odile oceanem otwierających się przed nimi możliwości, których zbadanie wymagałoby zaledwie odrobiny poświęcenia... ze strony Othello oczywiście.
Kelly była gotowa na poświęcenia w imię dobra ludzkości (oraz ewentualnych awansów), rzecz jasna jak długo nie wymagano ich od niej.
– Naprawdę? Sądziłam, że mogą żyć nawet bez głowy, więc jakoś zakładałam, że i bez mózgu… Masz może jakąś dobrą książkę do polecenia na ten temat? – spytała Charlotte, dochodząc do wniosku, że chyba pora znaleźć trochę więcej czasu na douczenie się w sprawach bardziej przyziemnych niż tylko te duchowe. – Z tego co mi wiadomo, jego skórę opisano jako bardzo bladą, ze zsinieniami… – stwierdziła z podwójnym nagle zainteresowaniem, bo może faktycznie trafili tutaj na jakiegoś bękarta McKinnonów? Zważywszy na to, czym zaczęła trudnić się ich rodzina po skandalu z amortencją, Kelly nie byłaby zdumiona, gdyby trafił się ktoś, kogo w rejestrach nie zapisano jako spokrewnionego. Może zwyczajnie od tych obrażeń mózgu, które miały zabić w ciągu kilku minut, umierał raz za razem?
Ktoś bardziej empatyczny mógłby przejąć się jego losem, ale Charlotte skupiała się bardziej na tym, czy ta teoria miała rację bytu, czy raczej mężczyzna był już martwy i ktoś animował jego zwłoki.
– Druga opcja, jaką widzę, to zaklęcia rzucone na ciało, wprawiające go w ruch… nie wydaje mi się, żeby było to coś jak inferius, chyba wtedy by kogoś zaatakował, no i czarną magią cuchnęłoby tak, że Brygadziści i aurorzy zleciliby się jak pszczoły do miodu – dorzuciła jeszcze, a potem uśmiechnęła się wręcz radośnie na zaproszenie i wstała. Ustawiła się w taki sposób, by wszystko widzieć, ale broń Merlinie nie przeszkadzać przy pracy, nie chuchać, nie zasłaniać światła: wiedziała, jak ją samą by to wszystko rozpraszało i denerwowało, a przecież była naprawdę zainteresowana wynikami tej sekcji!!!