Przeklęta Marta. Hogwart roił się od duchów i jakiegoś można było znaleźć za każdym niemal zakrętem, ale jeśli miał zrobić jakąś listę tych najbardziej nieznośnych, to męczennica z damskiej łazienki na pierwszym piętrze, definitywnie znajdowała się na samym szczycie listy, pokonując nawet Irytka. Bo poltergeist, nawet jeśli irytował, jak z resztą wskazywało jego imię, to czasem wydawał się nawet zabawny. Psocił, i tyle. Ale Marta? Marta próbowała wzbudzić jakieś dziwne pokłady współczucia, czy nawet litości. Użalała się nad swoim losem, jakby ten cokolwiek znaczył, a nie była tylko durną szlamą o której nikt inaczej by nie pamiętał. Słyszał o niej historie, wyniesione od kuzynostwa które podejmowało różne prace w Departamencie Kontroli nad Stworzeniami, jakoby w pewnym momencie biuro zajmujące się duchami miało z nią zwyczajny problem, bo postanowiła terroryzować tę całą Olivię poza zamkiem. Musieli ją na siłę łapać i przesiedlać do Hogwartu.
Rowle na moment zatkał uszy, kiedy duch zaczął na nich krzyczeć, oburzony jego słowami. Niby można się było spodziewać takiego obrotu spraw, ale też liczył trochę na to, że jak się zdenerwuje to zanurkuje w posadzce i się stąd zabierze. Zamiast tego zaczęła machać oskarżycielsko paluchem.
- Wystarczy, ty ektoplazmatyczna małpo... - syknął w jej stronę, chociaż jeszcze nie był pewien co właściwie powinien z tym wszystkim zrobić, bo przecież nie był egzorcystą. Na duchy też nie działały wszystkie zaklęcia, a zdanie się na jej łaskę wydawało się głupotą.
- Co tu się wyprawia?! - usłyszeli wreszcie podniesiony głos, którego nie dało się pomylić z nikim innym. Bibliotekarka.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast