24.03.2026, 09:40 ✶
Bar miał być czarodziejski, ale Brenna tak na wszelki wypadek dała Dorze rękawiczki, szalik i czapkę. Jesień tego roku była chłodna i deszczowa, nikogo więc nie powinny zdziwić, a tu nie chodziło nawet o ukrywanie przed Borginami, co powinny umożliwić zmiana rysów i Manchester. Po prostu Bren wolała nie ryzykować, że jednak okaże się, że do pubu wpuszczano także mugoli, i kogoś zdziwią zielone plamy, które w październiku rozprzestrzeniły się na dłoniach Dory już na tyle, że ciężko było je ukryć.
Może dobrze. Może to też była jakaś forma ukrywania przed Borginami. Latem Dora nie była jeszcze na to chora i dlatego Brenna nie walczyła z nią specjalnie w kwestii leczenia.
Zerknęła na dziewczynę kontrolnie, gdy teleportowały się w ciemnej uliczce. Gdy pytała, czy może coś dla niej zrobić, ta chyba nie do końca zrozumiała pytanie, a Brenna postanowiła nie drążyć. Ale dręczyły ją wyrzuty sumienia, że nawet ta wizyta musiała być krótka, bo po prostu dzisiaj musiała stawić się w pracy. Poświęcała chyba Dorze za mało czasu. Chociaż nie żeby ta była sama: przez Księżycowy Staw stale przewijali się ludzie. Tyle że było ich dużo, dużo mniej niż jeszcze pół roku temu przewijających się przez Warownię, która wprawdzie podnosiła się z gruzów, ale…
…ale nawet jeśli odnowią wszystko, to przecież nie będzie już chyba nigdy to samo. Na pewno nie teraz. Może już nigdy. Chociaż Brenna chciała trzymać się nadziei, że będzie inaczej.
– O tym miejscu mówiłaś? – spytała Brenna, wychylając się z zaułka, by spojrzeć na szyld pubu po drugiej stronie ulicy. Wyglądał zupełnie normalnie, przynajmniej w jej oczach, a chociaż gdy przesunęła spojrzeniem po ludziach, przechodzących obok, nikt nie patrzył w tamtą stronę… to równie dobrze mugole mogli go nie widzieć, jak zwyczajnie spieszyć się do pracy i nie zwracać uwagi na otoczenie. Miejsce niczym się nie wyróżniało i przywodziło jej skojarzenia z Dziurawym Kotłem, choć na pewno nie było ani tak duże, ani popularne, skoro nawet o nim nie słyszała.
Może dobrze. Może to też była jakaś forma ukrywania przed Borginami. Latem Dora nie była jeszcze na to chora i dlatego Brenna nie walczyła z nią specjalnie w kwestii leczenia.
Zerknęła na dziewczynę kontrolnie, gdy teleportowały się w ciemnej uliczce. Gdy pytała, czy może coś dla niej zrobić, ta chyba nie do końca zrozumiała pytanie, a Brenna postanowiła nie drążyć. Ale dręczyły ją wyrzuty sumienia, że nawet ta wizyta musiała być krótka, bo po prostu dzisiaj musiała stawić się w pracy. Poświęcała chyba Dorze za mało czasu. Chociaż nie żeby ta była sama: przez Księżycowy Staw stale przewijali się ludzie. Tyle że było ich dużo, dużo mniej niż jeszcze pół roku temu przewijających się przez Warownię, która wprawdzie podnosiła się z gruzów, ale…
…ale nawet jeśli odnowią wszystko, to przecież nie będzie już chyba nigdy to samo. Na pewno nie teraz. Może już nigdy. Chociaż Brenna chciała trzymać się nadziei, że będzie inaczej.
– O tym miejscu mówiłaś? – spytała Brenna, wychylając się z zaułka, by spojrzeć na szyld pubu po drugiej stronie ulicy. Wyglądał zupełnie normalnie, przynajmniej w jej oczach, a chociaż gdy przesunęła spojrzeniem po ludziach, przechodzących obok, nikt nie patrzył w tamtą stronę… to równie dobrze mugole mogli go nie widzieć, jak zwyczajnie spieszyć się do pracy i nie zwracać uwagi na otoczenie. Miejsce niczym się nie wyróżniało i przywodziło jej skojarzenia z Dziurawym Kotłem, choć na pewno nie było ani tak duże, ani popularne, skoro nawet o nim nie słyszała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.