22.03.2026, 08:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2026, 13:34 przez Brenna Longbottom.)
– Martwię się raczej czy nie zgubisz po drodze rąk, a bez nich byłoby ciężko w następnym meczu – odparła.
O, albo martwiła się, że Theo uzna, że jednak wyjdzie piechotą, a było widać, że on nie pasuje do Nokturna, jeszcze bardziej niż ona, też nie wpasowująca się tu dobrze, a podejmująca pewne środki ostrożności przecież. Jak odpowiednio znoszone ubranie. To, które miał na sobie Theo, było nowe. A chociaż nie był w reprezentacji Anglii czy coś, ktoś mógł zawsze rozpoznać profesjonalnego zawodnika i czystokrwistego, i skorzystać z okazji. Po Spalonej Nocy ludzie byli bardziej ostrożności, owszem, ale też czasem… zdesperowani, a podpity paniczyk stawał się łatwym celem. Może nie napadnięto ich, bo się tu teleportowali, albo bo był z nim ktoś, kto do osiemnastego roku życia się tu wychowywał czy zwyczajnie, ponieważ większą grupę mężczyzn zaczepiano rzadziej niż pojedynczego.
– Biały Wiwern to chyba średnie miejsce na nadrabianie? – spytała, odsuwając szalik z twarzy i posyłając Theodorowi uśmiech. Nie miała zwyczajnie czasu się z nim spotkać, choć o to pytał i zwykle naprawdę próbowała znaleźć moment dla każdego przyjaciela i znajomego, ale ot ostatnie cztery dni były mocno zajęte. – Ale gratuluję zwycięstwa w ostatnim meczu wyjazdowym, chyba zapomniałam o tym napisać w liście. I nie, nie przyszłam sama – rzuciła, wskazując na Atreusa, któremu właśnie podsunięto piwo. Jakiej jakości? No cóż, to był Wiwernej, ale ludzie tutaj oczekiwali, że zdołają się upić, więc… na pewno było piwem. Nie żeby Brenna zamierzała ryzykować napicie się tego, co znalazło się w niedoczyszczonych kuflach. I nie chodziło tutaj tylko o lojalność wobec Woodyego i asortymentu Rejwachu, bo tam też z kuflami i ich zawartością bywało różnie. – Nie jestem pewna, czy się znacie, ale pewnie graliście kiedyś w Hogwarcie przeciwko sobie czy coś takiego.
O, albo martwiła się, że Theo uzna, że jednak wyjdzie piechotą, a było widać, że on nie pasuje do Nokturna, jeszcze bardziej niż ona, też nie wpasowująca się tu dobrze, a podejmująca pewne środki ostrożności przecież. Jak odpowiednio znoszone ubranie. To, które miał na sobie Theo, było nowe. A chociaż nie był w reprezentacji Anglii czy coś, ktoś mógł zawsze rozpoznać profesjonalnego zawodnika i czystokrwistego, i skorzystać z okazji. Po Spalonej Nocy ludzie byli bardziej ostrożności, owszem, ale też czasem… zdesperowani, a podpity paniczyk stawał się łatwym celem. Może nie napadnięto ich, bo się tu teleportowali, albo bo był z nim ktoś, kto do osiemnastego roku życia się tu wychowywał czy zwyczajnie, ponieważ większą grupę mężczyzn zaczepiano rzadziej niż pojedynczego.
– Biały Wiwern to chyba średnie miejsce na nadrabianie? – spytała, odsuwając szalik z twarzy i posyłając Theodorowi uśmiech. Nie miała zwyczajnie czasu się z nim spotkać, choć o to pytał i zwykle naprawdę próbowała znaleźć moment dla każdego przyjaciela i znajomego, ale ot ostatnie cztery dni były mocno zajęte. – Ale gratuluję zwycięstwa w ostatnim meczu wyjazdowym, chyba zapomniałam o tym napisać w liście. I nie, nie przyszłam sama – rzuciła, wskazując na Atreusa, któremu właśnie podsunięto piwo. Jakiej jakości? No cóż, to był Wiwernej, ale ludzie tutaj oczekiwali, że zdołają się upić, więc… na pewno było piwem. Nie żeby Brenna zamierzała ryzykować napicie się tego, co znalazło się w niedoczyszczonych kuflach. I nie chodziło tutaj tylko o lojalność wobec Woodyego i asortymentu Rejwachu, bo tam też z kuflami i ich zawartością bywało różnie. – Nie jestem pewna, czy się znacie, ale pewnie graliście kiedyś w Hogwarcie przeciwko sobie czy coś takiego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.