20.03.2026, 01:53 ✶
Nie oceniali się za picie razem. Wręcz przeciwnie. Nie było dla Woody’ego w tej sytuacji nic żenującego, kiedy Aaron był tak samo najbany jak on. Ktoś Woody’ego rozumiał — przez tę mgłę napierdolenia ktoś go rozumiał, ktoś odpowiadał na jego rechot swoim rechotem. I to nie był byle kto, nie byle jaka przybłęda nokturńska, która zahaczyła o jego bar na jeden wieczór. Pił z najlepszym przyjacielem i znajdował w tym piciu z nim usprawiedliwienie jak rzadko kiedy; bez wstydu folgował uzależnieniu, gdy uczestniczyli w nim we dwóch. Upojeni w jego barze byli weseli, zjednoczeni nad kielichem. To nie smakowało tak jak to żałosne samotne upodlenie w barłogu na górze, nie smakowało jak upadek. Nie smakowało w tej chwili smutno, mimo że miało zaboleć później. Teraz Woody cieszył się każdym wyplutym spirytusowym słowem, bo widział, że każda ta wyartykułowana głupota wyrywa śmiech z piersi brata — i vice versa. Byli dziś radośni.
— A żeż kurwa — zerwał się niezgrabnie zza lady, rzucając na parkiet ścierę. Przeciągnął nią stopą w miejscu plamy, przytrzymując się ręką oparcia pierwszego z brzegu krzesła. Kręciło mu się w głowie i nie utrzymałby na jednej nodze równowagi. Ściera szybko przesiąkła, ale Woody nie przestawał trzeć, mimo że już tylko rozgarniał wodę po podłodze. — Żeż kurwa.
Kucnął, stękając. Żołądek zgniótł mu się nieprzyjemnie; zdało się, że coś podeszło mu niebezpiecznie wysoko do gardła. Zrobiło mu się niedobrze, bynajmniej nie od brudnej ściery, którą zaraz dzielnie podniósł i przerzucił przez oparcie krzesła. Przeklęty parkiet i przeklęte aquamenti.
Wytarł mokrą łapę w spodnie i klapnął sobie na stołku barowym po stronie Aarona, jakby znów obaj byli tu klientami. Tak, pamiętał czas, gdy obaj byli tylko klientami Rejwachu. Nigdy nie przypuszczał, że pewnego dnia Aaron wyjdzie z tego pubu, a on w nim zostanie na zawsze. Gdyby ktoś mu wtedy powiedział… nie uwierzyłby.
— Powiem ci… powiem ci coś w tajemnicy. — Oparł się łokciem o blat, podnosząc swój kufel. Nachylił się do Moody’ego i spojrzał mu poważnie w oczy, niby miał wyznać oto największy grzech. — Nigdy nie czytałem tego… Tolkiena. A kurwa podbijałem jakieś… kurwa, coś świadczyłem… pod jakimiś dowodami się wtedy podpisałem. Przyjmowałem analizę… ktoś zrobił analizę, jakiś biegły, że ta książka spełnia… spełniała przesłanki do uznania jej za naruszenie Kodeksu. Ta analiza… tasiemiec. Kurwa. Ja tego, posłuchaj, no nie czytałem. Ani tej książki jego, ani opinii biegłego. Nie mów nikomu. Co mnie to, kurwa, obchodziło. Znasz… kogoś, kto się zapoznawał z całą doookumentacją współprowadzonych spraw? Zawsze? — Prawdopodobnie ten ktoś właśnie siedział przed nim. — A walić to. Powiedz im, że Longb-b-b-ottom ciął w chuja. Co mi zrobią? Drugi raz zwolnią?
Wszyscy są winni — mówił Aaron. Woody nie rozumiał, a może nie podzielał. Całe życie temu poświęcił: próbie oddzielenia winnych od niewinnych. Na rozsądzeniu w głębi oskarżonych umysłów, kto jest dobrym, a kto złym. Zaprowadziło go to tutaj: donikąd — lecz nawet upodlony i upokorzony na Nokturnie, wierzył wciąż w istnienie cnoty.
Nawet jeśli Moody mówił o winie przez zaniedbanie, nawet wówczas coś nie pozwalało mu się z nim zgodzić.
— Upadłeś na głowę, Moody? Gdzie ja będę takie szkaradztwo Tessie pod dom… nie, jędza jest, jaka jest, ale tamtych miejsce jest, kurwa, pod ziemią i nigdzie indziej. Pij więcej, pij, bo ci się w głowie pierdoli — zachęcił.
— A żeż kurwa — zerwał się niezgrabnie zza lady, rzucając na parkiet ścierę. Przeciągnął nią stopą w miejscu plamy, przytrzymując się ręką oparcia pierwszego z brzegu krzesła. Kręciło mu się w głowie i nie utrzymałby na jednej nodze równowagi. Ściera szybko przesiąkła, ale Woody nie przestawał trzeć, mimo że już tylko rozgarniał wodę po podłodze. — Żeż kurwa.
Kucnął, stękając. Żołądek zgniótł mu się nieprzyjemnie; zdało się, że coś podeszło mu niebezpiecznie wysoko do gardła. Zrobiło mu się niedobrze, bynajmniej nie od brudnej ściery, którą zaraz dzielnie podniósł i przerzucił przez oparcie krzesła. Przeklęty parkiet i przeklęte aquamenti.
Wytarł mokrą łapę w spodnie i klapnął sobie na stołku barowym po stronie Aarona, jakby znów obaj byli tu klientami. Tak, pamiętał czas, gdy obaj byli tylko klientami Rejwachu. Nigdy nie przypuszczał, że pewnego dnia Aaron wyjdzie z tego pubu, a on w nim zostanie na zawsze. Gdyby ktoś mu wtedy powiedział… nie uwierzyłby.
— Powiem ci… powiem ci coś w tajemnicy. — Oparł się łokciem o blat, podnosząc swój kufel. Nachylił się do Moody’ego i spojrzał mu poważnie w oczy, niby miał wyznać oto największy grzech. — Nigdy nie czytałem tego… Tolkiena. A kurwa podbijałem jakieś… kurwa, coś świadczyłem… pod jakimiś dowodami się wtedy podpisałem. Przyjmowałem analizę… ktoś zrobił analizę, jakiś biegły, że ta książka spełnia… spełniała przesłanki do uznania jej za naruszenie Kodeksu. Ta analiza… tasiemiec. Kurwa. Ja tego, posłuchaj, no nie czytałem. Ani tej książki jego, ani opinii biegłego. Nie mów nikomu. Co mnie to, kurwa, obchodziło. Znasz… kogoś, kto się zapoznawał z całą doookumentacją współprowadzonych spraw? Zawsze? — Prawdopodobnie ten ktoś właśnie siedział przed nim. — A walić to. Powiedz im, że Longb-b-b-ottom ciął w chuja. Co mi zrobią? Drugi raz zwolnią?
Wszyscy są winni — mówił Aaron. Woody nie rozumiał, a może nie podzielał. Całe życie temu poświęcił: próbie oddzielenia winnych od niewinnych. Na rozsądzeniu w głębi oskarżonych umysłów, kto jest dobrym, a kto złym. Zaprowadziło go to tutaj: donikąd — lecz nawet upodlony i upokorzony na Nokturnie, wierzył wciąż w istnienie cnoty.
Nawet jeśli Moody mówił o winie przez zaniedbanie, nawet wówczas coś nie pozwalało mu się z nim zgodzić.
— Upadłeś na głowę, Moody? Gdzie ja będę takie szkaradztwo Tessie pod dom… nie, jędza jest, jaka jest, ale tamtych miejsce jest, kurwa, pod ziemią i nigdzie indziej. Pij więcej, pij, bo ci się w głowie pierdoli — zachęcił.
piw0 to moje paliwo