Wsłuchiwał się w jej głos, choć z każdym kolejnym zdaniem przychodziło mu to coraz trudniej. Nie dlatego, że brakowało im sensu. Przeciwnie, były zbyt gęste od własnej logiki, zbyt pewne siebie, by nie budzić podejrzenia. Zaczynał się zastanawiać, czy w ogóle warto było wchodzić w polemikę ze stworzeniem, które po własnym domu błądziło niczym człowiek pierwotny po swojej jaskini, snując opowieści równie przekonane o swojej prawdzie, co oderwane od czegokolwiek poza własnym echem. Coraz wyraźniej widział w Helloise coś więcej niż tylko dzikość. Widział obłąkanie, powolny efekt samotności, życia poza społeczną tkanką, która choć kaleczyła, nadawała jednak formę. A jednak nie przestawał słuchać. Jakby uparcie, niemal wbrew sobie, próbował doszukać się w niej czegoś, co jeszcze nie zostało całkowicie rozproszone. Czegoś ludzkiego. Czegoś, co mogłoby zawibrować, gdyby tylko trafić we właściwą część jej rozbitej struktury. Samotność namieszała jej w głowie, to było już dla niego oczywiste. Lecz mimo to wciąż zakładał, że pod warstwą tej osobliwej deformacji musi istnieć rdzeń zdolny odpowiedzieć, jeśli tylko zostanie właściwie dotknięty.
Pozwolił sobie na ledwie dostrzegalny uśmiech, który nie miał w sobie ciepła. Bo oto kobieta, która mówiła o wolności ducha, jednocześnie z pełną świadomością kształtowała cudzą naturę, a potem nazywała to schronieniem. Mówiła o odwadze mierzenia się z własnymi impulsami, a jednocześnie odbierała innemu stworzeniu możliwość, by jego impulsy w ogóle się zamanifestowały. Mówiła o odpowiedzialności, ale tylko tam, gdzie była wygodna. Nie powiedział tego wprost. Nie musiał. Zamiast tego zrobił kilka kroków w jej stronę, powoli, bez pośpiechu, jak ktoś, kto nie zamierza atakować, tylko ustawić się w odpowiednim miejscu, by lepiej widzieć. - Ciekawe - odezwał się w końcu cicho, a jego głos nie niósł ani sprzeciwu, ani zgody. - Mówisz o kratach, a potem z taką łatwością decydujesz, które stworzenia zasługują na to, by je z nich wyjąć i jakie nowe im zbudować. Na moment zawiesił spojrzenie na niej, a potem przeniósł je gdzieś dalej, jakby mówił nie tylko do niej, ale do samej idei, którą przed nim postawiła.- Mówisz, że to ty go oswoiłaś. Że to ty zabiłaś w nim strach. - Skinął głową, jakby przyjmował ten fakt bez zastrzeżeń. - A potem pytasz, kto z nas jest okrutny. Zatrzymał się na chwilę, jakby pozwalając temu pytaniu wybrzmieć jeszcze raz. tym razem w jego ustach. - Próbujesz udowodnić swoją niewinność czy bezcelowość? Nie było w tym podniesionego tonu. Raczej chłodna obserwacja, która nie potrzebowała akcentów. Jego spojrzenie wróciło do niej z większą ostrością. - Bo widzisz, ty nie odebrałaś mu natury. Ty ją tylko zawiesiłaś. Nie w imię przetrwania. W imię własnej decyzji. Lekko przechylił głowę, jakby przyglądał się jej teraz pod innym kątem. - A kiedy przestanie być użyteczna, kiedy twoja obecność zniknie, jego los będzie dokładnie taki, jaki sama opisałaś. Nie było w tym triumfu. Była konsekwencja. - Więc pytanie nie brzmi, kto jest okrutny. Tylko kto naprawdę decyduje, kiedy okrucieństwo się zaczyna.
Louvain nie domknął tej myśli wraz z wypowiedzianymi słowami. Dopiero w ciszy zaczęła się ona układać w chłodną, bezlitosną całość. Patrząc na miejsce po lisie, zrozumiał, że decyzja Helloise nie była impulsem, lecz świadomym działaniem. Nie zmieniła biegu rzeczy, jedynie przesunęła go w czasie, resetując cykl zamiast go przerwać. Zastąpiła jedną klatkę drugą, bardziej miękką, mniej widoczną, a przez to groźniejszą. Dała stworzeniu powód do życia, ale odebrała mu zdolność przetrwania poza własną obecnością. Instynkt został stłumiony, a wraz z nim możliwość powrotu do naturalnego porządku. Gdy jej zabraknie, lis nie wróci do lasu, pójdzie do ludzi, gdzie zostanie uznany za zagrożenie i zniszczony. To nie był mechanizm natury, lecz mechanizm ludzki ten sam, który Helloise przypisywała społeczeństwu. Kontrola, selekcja, decydowanie o cudzym losie. Różniła się tylko forma, nie istota. Nie była więc od nich inna, była ich odbiciem, pozbawionym jedynie ich estetyki i języka. Jej wolność nie wynikała z tego, co robiła, lecz z tego, czego się wyzbyła. Wstydu, masek, potrzeby usprawiedliwień. To czyniło ją bardziej bezpośrednią, ale nie mądrzejszą. Pozwalała swoim impulsom istnieć bez oporu i nazywała to prawdą, lecz dla Louvaina było to jedynie demonstracją wolności, nie jej świadomym użyciem. Jakby każdy jej wybór miał przede wszystkim dowodzić, że nie podlega żadnym granicom. A w tym było coś głęboko ludzkiego, i właśnie dlatego ograniczającego. Niewolnik nie pragnie najbardziej wolności. Niewolnik pragnie mieć własnego niewolnika. Pomyślał, jednak nie rzucił tego w przestrzeń. Nie ma nic bardziej daremnego i bardziej szalonego, niż tłumaczyć obłąkanemu naturę jego własnego obłędu.
Louvain spojrzał na wypiek z wyraźnym niesmakiem, którego nie próbował nawet ukryć. Zbyt wiele widział już w niej drobnych, odpychających nawyków, by bez wyraźnego powodu ryzykować skosztowanie czegokolwiek, co wyszło spod jej dłoni. Bogowie jedni wiedzieli, co właściwie dodała do tego przysmaku. Jego wzrok zatrzymał się na czarnych płatkach, które wydłubywała z ciasta. Przyglądał im się przez chwilę uważnie, coś w tej czerni było znajome. Nie kuchenne. Nie naturalne. Uśmiech pojawił się na jego twarzy mimowolnie. Cienki, arogancki. Jej domaganie odebrał niemal jako komplement. Krew Blacków miała swoją renomę. Działała. I działała dobrze. Nie dziwiło go, że chciała jej więcej. Usiadł bezceremonialnie na najmniej zabrudzonym stołku i odpalił papierosa, jakby robił to u siebie. Paczkę odłożył na blat, przesuwając ją w jej stronę, nie zamierzał próbować niczego od niej, ale nie widział potrzeby, by być niegrzecznym, skoro tak chętnie zarzucał jej brak cywilizowania. Zaciągnął się powoli i dopiero wtedy na nią spojrzał. - Nie zamierzam ci za nic płacić. Powiedział to spokojnie. Bez podniesionego tonu. Bez emocji, które można by uznać za reakcję. - Być może nie dotarło do ciebie - kontynuował z tą samą chłodną precyzją - ale nie jesteś w pozycji, w której ustala się ceny. Ani warunki współpracy. Krótkie zawieszenie głosu. - Jeśli chcesz uzdrowić swoją knieję… - jego spojrzenie na moment stwardniało - …będziesz musiała najpierw wykazać swoją użyteczność.