• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy

[13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
18.03.2026, 00:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.03.2026, 00:26 przez Benjy Fenwick.)  
Na zewnątrz światło poranka powoli zaczynało przebijać się przez gęstą, mleczną mgłę, która otulała świat niczym całun, tłumiąc dźwięki budzącego się życia, w sypialni jednak wciąż panował gęsty półmrok, przesycony zapachem żelaza, ziół leczniczych, starego drewna i kurzu, który osiadał na grubych, aksamitnych zasłonach pozostawionych przez Ellie. Londyn - a przynajmniej ta jego część, którą widzieliśmy przez okno - wydawał się odcięty od reszty rzeczywistości, to był ten szczególny rodzaj cienia, który sprawiał, że wszystko wokół wydawało się trochę nierzeczywiste, zawieszone w próżni pomiędzy męczącym, rwanym snem a bolesną, pulsującą w skroniach rzeczywistością. Leżałem nieruchomo, niemal wstrzymując oddech, mając wrażenie, że jakikolwiek gwałtowniejszy ruch, choćby najlżejsze drgnienie palca, mogło zburzyć tę kruchą konstrukcję spokoju, którą udało nam się wznieść na dymiących zgliszczach minionej nocy.
Czułem pod dłonią, jak jej ciało powoli uspokajało się przy moim, chociaż wiedziałem - z tą irytującą, przyjacielsko-rywalsko-małżeńską pewnością - że to tylko pozór, wyćwiczona przez lata maska opanowania. Prudence potrafiła wyglądać spokojnie nawet wtedy, kiedy w jej głowie pracowało sto różnych myśli naraz, każda głośniejsza i bardziej natrętna od poprzedniej, znałem ten stan aż za dobrze, widziałem go u niej jeszcze w Hogwarcie, kiedy siedziała nad zakurzonymi księgami w bibliotece, otoczona aurą niemal nieludzkiego skupienia. Wyglądała wtedy na absolutnie opanowaną, podczas gdy w rzeczywistości jej umysł analizował jednocześnie dziesięć możliwych scenariuszy, pięć błędów popełnionych podczas sześciu poprzednich sytuacji i trzy rzeczy, które można było zrobić lepiej, by uniknąć ich następnym razem. Teraz było podobnie, chociaż jej oddech powoli się wyrównywał, a ciało przylgnęło do mojego, jakby instynktownie szukało ciepła i stabilności, których brakowało nam obojgu w szarym świetle świtu, jednak pod moimi palcami, gdzieś na wysokości łopatki, wciąż czułem napięcie mięśni - to ledwo wyczuwalne drżenie, jakby coś w niej nadal nie chciało, a może nie potrafiło pozwolić sobie na pełne rozluźnienie. Nie byłem tym zaskoczony, ta noc była zbyt długa, zbyt bliska czegoś ostatecznego i nieodwołalnego, żeby można ją było tak po prostu zamknąć jednym głębszym oddechem i udawać, że świat znów jest na swoim miejscu.
Słuchałem jej uważnie, naprawdę uważnie, bez tej mojej zwyczajowej, często gubiącej mnie skłonności do przerywania, żartowania w najmniej odpowiednich momentach albo skracania czyjejś wypowiedzi do wygodniejszej, mniej odsłaniającej mnie formy - nie wciąłem się ani razu, chociaż w kilku momentach czułem, jak w mojej głowie pojawia się gotowa odpowiedź, cięte zdanie, które mógłbym wcisnąć między słowa mojej żony, żeby coś doprecyzować lub, co bardziej prawdopodobne, odwrócić uwagę od poczucia winy, tego przepełniającego zarówno Pruey, jak i gnieżdżącego się w mojej własnej, obolałej piersi - to był jednak jeden z tych nielicznych momentów, kiedy nie chodziło o to, żeby mieć ostatnie słowo. Chodziło raczej o to, żeby pozwolić jej wypowiedzieć wszystko do końca, wyrzucić z siebie ten ciężar, zanim spróbuję rozplątać ten węzeł po swojemu. Nie przeszkadzało mi nawet jakoś specjalnie to, że się ze mną nie zgadzała, wręcz przeciwnie, gdyby nagle zaczęła potakiwać wszystkiemu, co mówiłem, byłoby to znacznie bardziej niepokojące niż jej najgorszy upór. Zawsze zresztą była najbardziej uparta wtedy, kiedy chodziło o rzeczy, które uważała za fundament swojej tożsamości - leczenie było jedną z nich - to była jedna z tych rzeczy, które w niej podziwiałem i jednocześnie jedna z tych, które czasami doprowadzały mnie do szewskiej pasji, gdy próbowała uleczyć cały świat, zapominając o sobie.
- Och, w to akulat nie wątpię. - Mruknąłem w końcu cicho, mój głos był niski i zachrypnięty, ale pojawiło się w nim coś znajomego, coś z tamtego chłopaka sprzed lat, który potrafił godzinami kłócić się z nią o najbardziej absurdalne rzeczy tylko dlatego, że żadne z nas nie chciało ustąpić ani o cal. Oddychałem spokojnie jeszcze przez chwilę, walcząc z tępym bólem w boku, zanim uniosłem minimalnie brew w geście, który był tak bardzo mój, że stał się niemal odruchem bezwarunkowym. - Ploblem polega tylko na tym, sze zawsze intelpletujesz „pisanie się na coś” jako automatyczne pszejęcie połowy odpowiedzialności za wszystko, co się wydaszy. Za kaszdą lanę, za kaszdą klątwę, za kaszdy mój błąd, któlego nie zdąszyłaś naplawiś. - Przesunąłem lekko głowę, patrząc gdzieś ponad jej ramieniem w matową szarość poranka, wdzierającą się przez szpary w zasłonach, która powoli wgryzała się w mrok pokoju. - A to nie działa w ten sposób. - W moim głosie nie pojawiła się ostrość, nie było w nim też protekcjonalnego tonu, którego tak nienawidziła, była w nim raczej ta uparta, niemal dziecięca pewność, która pojawiała się u mnie zawsze wtedy, kiedy naprawdę, całą duszą, wierzyłem w to, co mówię. To zdanie zabrzmiało jednak bardziej surowo, niż planowałem, bo chociaż nie było w nim złości, to prawda, było w nim coś znacznie twardszego - ten sam rodzaj uporu, który odzywał się we mnie zawsze wtedy, kiedy ktoś próbował mi wmówić, że coś jest „logiczne”, więc powinienem to po prostu zaakceptować bez pytania. Nigdy nie byłem szczególnie dobry w przyjmowaniu rzeczy tylko dlatego, że ktoś uznał je za rozsądne - nawet jeśli przy Pruey zdarzało mi się ustępować i bardziej niż przy kimkolwiek innym polegać na jej osądzie - życie rzadko bywało rozsądne, a ostatnia noc była tego najlepszym dowodem.
„Kompatybilni”, to słowo było stare, starsze niż połowa rzeczy, które wydarzyły się w naszym dorosłym życiu, załem je od lat, jeszcze z czasów, kiedy siedzieliśmy obok siebie w twardych, dębowych ławkach i kłóciliśmy się o rzeczy, które w tamtym wieku wydawały się absolutnie fundamentalne dla istnienia wszechświata. Zawsze miało między nami szczególne, niemal sakralne miejsce, pojawiało się w żartach rzucanych przy śniadaniu, w gorzkich kłótniach kończonych trzaskaniem drzwiami, w momentach, kiedy rozpaczliwie próbowaliśmy sobie udowodnić, że dwa zupełnie różne światy mogą albo nie mogą jakoś funkcjonować obok siebie. Bywało, że znaczyło dokładnie odwrotnie, niż ktoś mógłby pomyśleć - całkowicie przeciwnie niż w słowniku - oznaczało, iż jesteśmy tak samo niereformowalnie uparci i tak samo skłonni do robienia rzeczy po swojemu, że świat wokół nas powinien się modlić, żebyśmy akurat mieli wspólny cel. Czasem było wygodne, niczym wysłużona para traperów, a czasem cholernie uciążliwe, jak kamień w bucie, którego nie dało się usunąć - teraz było jednym i drugim jednocześnie. Nawet teraz, gdy już byliśmy ze sobą związani przysięgą, ani przez chwilę nie wątpiłem, iż „kompatybilni” w dalszym ciągu miało oznaczać absolutnie wszystko - od idealnego dopasowania duszy i ciała po katastrofalną kolizję charakterów, po której zostawały tylko dymiące szczątki.
- „Kompatybilni”, co? - Mruknąłem w końcu, a w moim głosie pojawiło się coś pomiędzy zmęczonym rozbawieniem a lekkim niedowierzaniem. - Widzisz, lósznica między nami polega na tym, sze ty musisz wiedzieś, dlaczego coś działa. Ja zazwyczaj kończę analizę na etapie „szyję”. - Przypomniałem jej, chociaż z pewnością nie miało to zmienić nic w naszej sytuacji - teraz Prue znów próbowała użyć tego powiązania między nami, jak tarczy, jak ostatecznego argumentu w dyskusji, której nie dało się wygrać. W mojej głowie pojawiło się kilka odpowiedzi naraz, kilka różnych dróg, którymi ta rozmowa mogła pójść, ale żadna z nich nie była tą łatwą, bezpieczną ścieżką, na której można było po prostu skinąć głową i przyznać jej rację. Westchnąłem cicho, chociaż ten ruch natychmiast przypomniał moim żebrom, że nadal nie były szczególnie zainteresowane głębokim oddychaniem ani właściwie jakimkolwiek ruchem - ból pojawił się na moment, tępy i głęboki, lecz już nie tak paraliżujący jak wcześniej, gdy krew wsiąkała mi w koszulę, nie znajdując niczego, co mogłoby zatamować jej utratę.
Kiedy Sunny wróciła do tematu klątw, do tej swojej precyzyjnej konstrukcji polegającej na przypominaniu mi o tym, że to ja poluję na rzeczy próbujące mnie zabić, a ona jedynie „naprawia szkody”, coś we mnie znowu się napięło - nie fizycznie, lecz głębiej - tam, gdzie trzymałem najbardziej osobiste lęki.
- Och, na Melina. - Wyrwało mi się plawie odruchowo, razem z cichym, zirytowanym burknięciem, które stłumiłem w brzegu poduszki, wciskając w nią nos i policzek. - To nie jest fail algument i dobsze o tym wiesz. - Poruszyłem minimalnie głową, wracając do poprzedniej pozycji i natychmiast czując ostry protest w skroniach, jakby ktoś wbijał mi tam małe, srebrne igły.
Niezależnie od tego, jakie role mielibyśmy akurat przypisane w tej chwili przez los czy konwenanse, wiedziałem jedno - nie stałbym z boku i nie patrzyłbym, jak coś lub ktoś próbuje ją zabić, nawet jeśli sam bym ryzykował, to nie podlegało negocjacjom - ona również to wiedziała, teraz bezczelnie to wykorzystując, w końcu nie tak dawno, podczas pożarów miasta, udowodniliśmy sobie, że nawet mając się za nieznajomych, byliśmy wobec siebie wyjątkowo protektywni. Kolejne słowa o „pakiecie” sprawiły jednak, że jeszcze bardziej zmarszczyłem brwi, prawie wywracając oczami - teoretycznie w dalszym ciągu nie było w tym jawnej dezaprobaty, lecz nawet nie myślałem o tym, by ukrywać przed nią coś w rodzaju uporczywego, wewnętrznego sprzeciwu wobec tej dziwnej logiki, którą próbowała do nas zastosować.
- Nie lubię tego słowa. - Powiedziałem w końcu z wymuszonym rozsądkiem, nie poruszyłem się ponownie, ponieważ ból w boku przypominał o sobie cichym, rytmicznym pulsowaniem. Ignorowałem go, były teraz ważniejsze rzeczy niż kilka poszarpanych mięśni i świeżo zszyte rany. - „Pakiet”. Nie jesteś dodatkiem do mojej placy, Pludence. - Nie pamiętałem, kiedy ostatnio użyłem pełnego imienia żony w ten sposób. - Nie jesteś czymś, co doblałem do zestawu, by lepiej ladziś sobie s niebezpieczeństwem. - Chciałem, żeby to było tak jasne jak to, co ona usiłowała mi przekazać - kochałem ją nie przez to, co mogła czy umiała, lecz przez to, kim była - szanowałem to, że posiadała wiedzę, z której mogła korzystać w sytuacjach awaryjnych, gdy tego wymagały, ale nie chciałem robić z tego nowej rzeczywistości, jednej z charakterystycznych cech naszego małżeństwa.
Oddychałem powoli, pozwalając, żeby jej słowa ułożyły się w mojej głowie w jakiś sensowny wzór - Pruey potrafiła przyjmować argumenty, analizować je z chłodną głową i rozkładać na czynniki pierwsze, ale kiedy już dochodziła do własnych wniosków, stała przy nich z uporem, który był niemal równie legendarny jak moja skłonność do pakowania się w kłopoty, w które nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby wchodzić. W tym momencie robiła dokładnie to samo - budowała mur z logiki, by oddzielić się od emocji, ja natomiast przez chwilę milczałem, czując, jak jej palce zataczają kolejne drobne, kojące kręgi na mojej klatce piersiowej. Ten dotyk był tak ostrożny, tak pełen nienazwanej obawy, że niemal niewyczuwalny przez materiał cienkiej tkaniny, zupełnie tak, jakbym mógł rozpaść się pod jej dotykiem… Cholera jasna, to było nawet gorsze od bólu pulsującego w moim ciele.
Nie zamknąłem się dlatego, że nie miałem odpowiedzi - miałem ich aż nadto - raczej dlatego, że większość z nich była dokładnie tymi samymi argumentami, które powtarzaliśmy sobie przez lata, odkąd tylko zrozumieliśmy, że w naszym przypadku „kompatybilność” była jednocześnie największym błogosławieństwem i najbardziej wyrafinowanym przekleństwem. Pamiętałem je z tych wszystkich dni spędzonych na zażartych rozmowach, kiedy próbowaliśmy sobie udowodnić, że jesteśmy jak ogień i woda, a potem z tych chwil, kiedy okazywało się, że jednak działamy najlepiej właśnie wtedy, gdy jesteśmy obok siebie - ona z tym swoim rozpisanym w głowie schematem i planem awaryjnym, ja z tą nieco bardziej impulsywną potrzebą wejścia w sam środek burzy, by sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak niszczycielska, jak twierdzą inni - niektóre rzeczy naprawdę się nie zmieniały, bez względu na upływ czasu, niezależnie od tego, ile lat mijało i ile blizn przybywało na naszych ciałach.
Tym razem jednak nie chodziło o kolejną szkolną kłótnię o punktację domów czy interpretację starożytnych run, chodziło o coś, co sprawiało, że jej dłoń drżała na mojej skórze. To właśnie była ta część kompatybilności, której nikt nam nie wytłumaczył, kiedy mieliśmy po trzynaście lat i świat wydawał się prostym miejscem podzielonym co najwyżej na barwy krawatów - ta część, w której dwoje ludzi o identycznie głupim poczuciu obowiązku postanawia spędzić razem resztę życia, ignorując wszelkie ostrzeżenia.
Mój głos, gdy znów się odezwałem, nie był ostry - był spokojny, niemal łagodny, ale pojawiła się w nim ta znajoma nuta przekory, która zwykle zapowiadała, że zaraz powiem coś, co niekoniecznie przypadnie jej do gustu, ale co jest bezlitośnie prawdziwe.
- Oczywiście, sze bym zaleagował. - Powiedziałem to tym samym zdecydowanym tonem, który zawsze rezerwowałem na najważniejsze bitwy. - Niezalesznie od tego, czy byłabyś moją soną, czy nie. - Przesunąłem palcami po jej włosach, czując ich jedwabistą miękkość, i odgarnąłem jeden zbłąkany kosmyk z jej policzka. - Zaleagowałbym, gdybyś była zupełnie obcą czalwnicą na ulicy, tak jak wciąsz leagowałem, kiedy nie pszepadaliśmy za sobą w szkole, ale ktoś pszegiął pałę, bo taką mam wobec ciebie natulę, Pludence. Ale fakt, sze to ty byłaś w tym wczolaj... Sama. - Podkreśliłem. - To zmienia wszystko w ślodku, nawet jeśli na zewnątsz wygląda tak samo. - Kącik moich ust drgnął odrobinę w czymś, co miało być uśmiechem, chociaż pewnie wyszedł z tego tylko grymas zmęczenia.
To nie było przesadne wyznanie, nie było też szczególnie romantyczne w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, było po prostu faktem, tak oczywistym jak prawo grawitacji. Dopiero kiedy zapadła między nami długa cisza, przesunąłem minimalnie głowę, tak żeby móc spojrzeć na nią lepiej, chociaż półmrok sypialni wciąż był na tyle gęsty, że widziałem tylko zarys jej twarzy i ciemniejszą linię włosów rozsypanych na poduszce. Nie próbowałem jej przekonywać, że powinna teraz spać - wiedziałem, że to nie zadziała - Prudence nie była typem człowieka, który potrafił wyłączyć głowę na zawołanie, zwłaszcza gdy adrenalina wciąż krążyła w jej żyłach. Byłem praktycznie przekonany, że umysł mojej żony, jak zawsze, pracował kilka kroków dalej, analizując dawki eliksirów i możliwe powikłania moich ran.
Zmarszczyłem nos - ten odruch pojawił się szybciej niż jakakolwiek logiczna myśl, zupełnie tak jak wtedy, kiedy mieliśmy po trzynaście lat i mówiła coś, co w mojej głowie od razu kwalifikowało się do kategorii „czysty absurd” - nie był to nawet świadomy gest, raczej coś, co moje ciało robiło samo, zanim mózg zdążył zdecydować, jak bardzo zamierzał się z nią nie zgodzić. Ten automatyzm był silniejszy niż ból, silniejszy niż zmęczenie. Zrobiłem tak tysiące razy wcześniej, kiedy mówiła coś, co uważałem za niepotrzebnie surowe wobec samej siebie, kiedy zaczynała analizować rzeczywistość do granic wytrzymałości, kiedy w jej głowie pojawiały się te wszystkie niewidzialne listy błędów, poprawek i alternatywnych wszechświatów, które należało natychmiast rozłożyć na części pierwsze. Nie sprawiałem wrażenia szczególnie przekonanego jej wywodami, a już na pewno nie zamierzałem udawać, że się z nimi zgadzam tylko dlatego, że była całkowicie oddana sprawie, znałem ją zbyt długo, żeby nie wiedzieć, że kiedy zaczynała wpadać w tę spiralę samobiczowania, rozmowa z kimś, kto potulnie przytakuje, była ostatnią rzeczą, której naprawdę potrzebowała - Pruey potrzebowała kotwicy, a nie echa.
Przez moment tylko patrzyłem na nią w tym gęstym półmroku, dostrzegając to drobne drżenie jej dłoni. Może ktoś inny by go nie zauważył, biorąc je za chłód poranka, może ktoś obcy pomyślałby, że to zwykłe zmęczenie po nieprzespanej, dramatycznej nocy, ale ja znałem Prudence za dobrze, wiedziałem dokładnie, jak wyglądała, kiedy naprawdę traciła kontrolę nad napięciem, które gromadziło się w niej przez lata. A ona nie była typem człowieka, który pozwalał sobie na taką słabość często - nigdy nie była.
Westchnąłem cicho, starając się nie urazić gojących się żeber.
- Och, nie, nie, nie - Mruknąłem cicho, a mój głos, chociaż wciąż zachrypnięty, brzmiał teraz zaskakująco żywo, niemal energicznie jak na człowieka, który jeszcze kilka godzin wcześniej wyglądał jak ktoś, kto lada chwila przestanie oddychać. - Dopiszę to do listy. Jak najbalsiej. - Gdybym mógł, pewnie skwitowałbym to jeszcze jakimś wyraźniejszym gestem, ale teraz tylko posłałem jej spojrzenie, w którym nie było ani odrobiny wahania.
- Och? - Uniosłem lekko brew, chociaż wiedziałem, że w naszej obecnej pozycji raczej tego nie dostrzeże, to był jeden z tych momentów, w których nawet skrajne wyczerpanie nie było w stanie całkowicie zabić we mnie tej przekornej części charakteru, która zawsze musiała wtrącić swoje trzy knuty do każdej poważnej rozmowy. - Daleko ci do alystoklatki? Na twoje nieszczęście - powiedziałem z ironicznym spokojem - wyszłaś jednak za alystokratę, nawet jeśli bes tytułów i majątków ziemskich. Technicznie szesz bioląs, nasz wsteczny lytuał klwi czyni cię arystoklatką pszes małszeństwo. Balso się stalałem, szebyś nie musiała o tym pamiętać na co dzień, ale fakty to fakty. - W moim głosie pojawiła się ta specyficzna, lekka ironia, którą tak dobrze znała. - Więc obawiam się, sze pewne absuldalne blytyjskie tladycje mogą cię jeszcze od czasu do czasu dogoniś. - Powiedziałem to z tą samą powagą, z jaką zwykłem przypominać inne oczywiste fakty historyczne. Czułem potrzebę rozmycia tej ciężkiej atmosfery, która gęstniała wokół nas, dodałem więc z tą specyficzną mieszaniną ironii i dziwnej teatralnej dumy, którą rezerwowałem dla chwil, gdy ktoś próbował ignorować mój wyśmienity rodowód:
- Glatuluję awansu społecznego czy coś. - Nie brzmiało to jak prawdziwe przechwałki, raczej jak zmęczony, nieco starty i zaśniedziały żart, który miał na celu rozluźnienie napięcia, ale nie łudziłem się, że zadziała na coś więcej, niż tylko na krótki moment, jeśli w ogóle. - Wblew pozolom nie oczekuję od ciebie stoickiego znoszenia mojego istnienia i moich lan dla dobra Impelium czy czystości klwi.
Za oknem mgła powoli zaczynała się rozrzedzać, odsłaniając kontury pobliskich budynków, pierwsze odgłosy budzącego się miasta wdzierały się do sypialni razem z chłodnym, porannym światłem, które bezlitośnie obnażało bałagan w pokoju. Świat, niezależnie od naszych dramatów, wracał do swojego niezmiennego rytmu, więc każda sekunda tej ciszy była na wagę złota, okupiona krwią i wycieńczeniem, których ślady wciąż pulsowały pod moją skórą.
- Wiesz pszeciesz, sze znam lósznicę między odpoczywaniem a czuwaniem. Widzę, sze nie odpoczywasz, Sun. - Upomniałem ją, bo pod palcami, którymi gładziłem jej ramię, wciąż czułem ten subtelny, niemal elektryczny opór, jakby coś w głębi jej duszy nadal nie chciało pozwolić sobie na pełne rozluźnienie, na ten ostateczny upadek w ramiona snu.
Wciąż leżeliśmy w tym samym miejscu, w tej samej pościeli przesiąkniętej zapachem ziół, zawieszeni pomiędzy potwornym zmęczeniem a niewysłowioną ulgą, pomiędzy minionym bólem a tą dziwną, cichą świadomością, że mimo wszystkiego, co próbowało nas złamać, nadal byliśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy być.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (13202), Prudence Fenwick (8275)




Wiadomości w tym wątku
[13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 04.03.2026, 13:08
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 07.03.2026, 10:05
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 09.03.2026, 19:07
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 10.03.2026, 00:10
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 10.03.2026, 00:58
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 10.03.2026, 19:38
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 10.03.2026, 21:21
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 11.03.2026, 01:56
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 11.03.2026, 22:08
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.03.2026, 20:39
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 12.03.2026, 22:10
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.03.2026, 00:25

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa