17.03.2026, 12:41 ✶
– Brzmi jak zwierzątko tylko dla tych czarodziejów, którzy świetnie radzą sobie z usuwaniem przykrych zapachów – podsumował Christopher, bo najwyraźniej jego skojarzenie nazwy było jak najbardziej słuszne, i trochę wzdrygał się na myśl o takim ulubieńcu. Bo przecież zwierzak zawsze mógł się przestraszyć albo zezłościć, prawda?
Magiczne zwierzęta niezbyt go interesowały, słuchaj jednak. Słuchał, bo po pierwsze sam spytał, po drugie może i był samolubnym paniczykiem z bogatego domu, ale chcąc nie chcąc, obracał się stale w towarzystwie kobiet. Krewnych, pracownic, klientek, modelek. Niewiele z nich wzbudzało w nim zainteresowanie faktyczne, bywało, że niektóre były elementem tła, o wielu zapominał, ledwo znikały mu z widoku. Ale też sposób, w jaki podchodził do pracy sprawiał, że czasem zależało mu, by dostrzec coś poza samym wyglądem, i nauczył się na pewno tego, że mało co zraża dziewczynę bardziej niż niesłuchanie i brak zainteresowania.
Po prostu nie zawsze się tą obserwacją przejmował.
– Czasem trzeba ponosić drobne ofiary – westchnął niemalże teatralnie, a potem pogłaskał Lunę, skoro już się nie ruszyła, zaraz jednak opuścił dłoń, zwracając spojrzenie znów ku Victorii. A potem opuścił je na moment na jajko.
Trzeba było przyznać, że wizja posiadania jakiejś magicznej sowy, eksportowanej z dalekiego wschodu, wydawała się mu całkiem intrygująca. Prawdopodobnie nie każdy w Anglii takie posiadał. Niektóre rzeczy trudno było załatwić, nawet jeśli miałeś pieniądze. A Christoper lubił to, co było niekoniecznie drogie, za to wydawało się unikalne.
– Dobrze, że to które znalazłem nie wyglądało jak twoje, bo chyba uznałbym, że to coś przypalonego w ogniu – ocenił, pochylając się lekko, kiedy Victoria ułożyła drugie jajko obok tego przypominającego „szyszkę”. Z dużym prawdopodobieństwem Rosier by go nie podniósł, nawet gdyby się o nie potknął. – Sądzisz, że moglibyśmy umieścić je gdzieś tutaj, w pobliżu twojego domu? Nie mam pojęcia, gdzie w Londynie mógłbym znaleźć leśną ściółkę, a poza tym prawie na pewno zrobiłbym coś źle.
Zwykle przyznawanie, że zrobiłby coś źle nie przychodziło Chrisowi łatwo… właściwie wcale tego nie przyznawał… ale akurat przy hodowli zwierząt czy pracy w ziemi nie miał większych oporów. Bo nigdy nie uważał, że to, że tego nie robił, było choć odrobinę wadą.
– Potem możemy iść załatwić tę sprawę z kręceniem się wokół... waszego domu.
Czy raczej jego ruin.
Magiczne zwierzęta niezbyt go interesowały, słuchaj jednak. Słuchał, bo po pierwsze sam spytał, po drugie może i był samolubnym paniczykiem z bogatego domu, ale chcąc nie chcąc, obracał się stale w towarzystwie kobiet. Krewnych, pracownic, klientek, modelek. Niewiele z nich wzbudzało w nim zainteresowanie faktyczne, bywało, że niektóre były elementem tła, o wielu zapominał, ledwo znikały mu z widoku. Ale też sposób, w jaki podchodził do pracy sprawiał, że czasem zależało mu, by dostrzec coś poza samym wyglądem, i nauczył się na pewno tego, że mało co zraża dziewczynę bardziej niż niesłuchanie i brak zainteresowania.
Po prostu nie zawsze się tą obserwacją przejmował.
– Czasem trzeba ponosić drobne ofiary – westchnął niemalże teatralnie, a potem pogłaskał Lunę, skoro już się nie ruszyła, zaraz jednak opuścił dłoń, zwracając spojrzenie znów ku Victorii. A potem opuścił je na moment na jajko.
Trzeba było przyznać, że wizja posiadania jakiejś magicznej sowy, eksportowanej z dalekiego wschodu, wydawała się mu całkiem intrygująca. Prawdopodobnie nie każdy w Anglii takie posiadał. Niektóre rzeczy trudno było załatwić, nawet jeśli miałeś pieniądze. A Christoper lubił to, co było niekoniecznie drogie, za to wydawało się unikalne.
– Dobrze, że to które znalazłem nie wyglądało jak twoje, bo chyba uznałbym, że to coś przypalonego w ogniu – ocenił, pochylając się lekko, kiedy Victoria ułożyła drugie jajko obok tego przypominającego „szyszkę”. Z dużym prawdopodobieństwem Rosier by go nie podniósł, nawet gdyby się o nie potknął. – Sądzisz, że moglibyśmy umieścić je gdzieś tutaj, w pobliżu twojego domu? Nie mam pojęcia, gdzie w Londynie mógłbym znaleźć leśną ściółkę, a poza tym prawie na pewno zrobiłbym coś źle.
Zwykle przyznawanie, że zrobiłby coś źle nie przychodziło Chrisowi łatwo… właściwie wcale tego nie przyznawał… ale akurat przy hodowli zwierząt czy pracy w ziemi nie miał większych oporów. Bo nigdy nie uważał, że to, że tego nie robił, było choć odrobinę wadą.
– Potem możemy iść załatwić tę sprawę z kręceniem się wokół... waszego domu.
Czy raczej jego ruin.