16.03.2026, 23:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2026, 23:22 przez Hannibal Selwyn.)
Z Moną, Jonathanem i Jessiem.
Mimo ogólnej ponurej atmosfery Hannibal uśmiechnął się na wspomnienie nieprzyzwoitych świeczek. Na pewno nie byłby w stanie zachować należytej powagi ani skupienia podczas modlitwy przy czymś takim. Przelotnie zastanowił się, czy Matka nie doceniłaby odrobiny poczucia humoru i rozrywki w tych przygnębiających czasach, ale w tak ważnej kwestii, jak jego własne mieszkanie wolał trzymać się sprawdzonych sposobów na modlitwę. Zatrzymał się więc przy straganie ze świeczkami - w całkiem tradycyjnych kształtach, z pewnością odpowiednich zarówno dla Matki, jak i dla starszego pokolenia rodu.
- Ta powinna być odpowiednia - wybrał białą, smukłą świecę, ozdobioną złotymi drobinkami - Jak zwykła modlitwa nie podziała, gotów jestem tańczyć nago przy pełni księżyca, tak jak kiedyś mugole wierzyli, że robią czarownice.
Noce były już zimne, ale mógłby tańczyć bardzo energicznie. I rozgrzewać się grzańcem, albo coś.
Miał nadzieję głupimi i może odrobinę niestosownymi żarcikami poprawić nieco humor przyjaciela. Był świadkiem niepokojących (delikatnie mówiąc) objawów, które go męczyły. Gdyby zobaczył w takiej sytuacji kogoś innego, to zwyczajnie zacząłby się go bać. O Jessiego tylko się martwił. Położył mu dłoń na ramieniu, pocieszająco, uziemiająco, jak miał w zwyczaju od szkolnych czasów.
- Czy cokolwiek ci pomaga? - zapytał cicho.
Czy ja mogę jakoś pomóc?
Opuścił dłoń zanim kontakt stał się niezręcznie długi, ale koniuszkami palców złapał za rękaw płaszcza Jessiego i przytrzymał, nienachalnie zaznaczając swoją obecność tuż obok.
Mijali kolejne stoiska, aż natrafił na takie, na którym wystawione były płaszcze i peleryny. Ubiory były raczej tradycyjne w kroju, ale dobrze wykonane i wzrok Hannibala spoczął na ciężkim, ciemnozielonym materiale ozdobionym roślinnym haftem. Sprzedawczyni okazała się młodą, jasnowłosą dziewczyną, spoza Londynu, sądząc po stroju. Hannibal spojrzał na nią przelotnie i posłał jej lekki uśmiech.
- Jonathan, patrz! - pomacał jeden z płaszczy, oceniając jakość - To ładne, jak myślicie, pasuje mi zielony? - przyłożył połę okrycia do twarzy, by zaprezentować się pozostałym w tym kolorze.
W sąsiedztwie ubrań na ladzie pyszniły się wyplatane koszyki, ozdoby w jesiennych, mabonowych klimatach, przetwory, owoce i - jak niemal w każdym kramie należącym do sadowników - małe koszyczki spalonych owoców. Czarodziej ponownie wziął jeden w dwa palce, tym razem, jak podejrzewał, przypaloną gruszkę. Nad tą częścią asortymentu unosił się delikatny, nawet przyjemny zapach, pozostający w niepokojącym kontraście do tragedii, jaką reprezentowały owocowęgielki.
- Na potpourri może by się nadało… Chyba, że Mona ma jakieś zastosowanie dla… - owoców ususzonych na śmierć, miał ochotę powiedzieć, ale właścicielka straganu mogła ich doskonale słyszeć, a nie chciał, żeby pomyślała, że wyśmiewa jej towar.
- …hmm, tak mocno ususzonych owoców… - dokończył dyplomatycznie.
Spojrzał na kuzynkę. Nie wydawała się w nastroju do żartów.
- Tak czy owak myślę, że warto coś kupić, choćby po to, żeby wesprzeć ludzi. Gdyby ktoś miał takie pieczone jabłka z miodem albo owoce w czekoladzie…
Hannibal nie był beztroski, nie tak naprawdę, ale suma cierpienia i żałoby była tak ogromna, że nie czuł się w prawie do tego dokładać. Ani Selwyni jako tacy, ani ich majątek nie ucierpieli tak, jak niektórzy. Nie stracili nikogo bliskiego, dzięki bogom, Matce, ślepemu szczęściu, czy co tam zawiadywało podobnymi wydarzeniami. Nie miał prawa narzekać. Sam musiał poradzić sobie ze snami, poczuciem winy i tym, że czuł się…
- Bezsilny - mruknął na wpół świadomie. Skrzywił się przelotnie, zirytowany chwilowym obsunięciem się maski i kątem oka zerknął na towarzystwo, sprawdzając, czy ktoś je zauważył.
Mimo ogólnej ponurej atmosfery Hannibal uśmiechnął się na wspomnienie nieprzyzwoitych świeczek. Na pewno nie byłby w stanie zachować należytej powagi ani skupienia podczas modlitwy przy czymś takim. Przelotnie zastanowił się, czy Matka nie doceniłaby odrobiny poczucia humoru i rozrywki w tych przygnębiających czasach, ale w tak ważnej kwestii, jak jego własne mieszkanie wolał trzymać się sprawdzonych sposobów na modlitwę. Zatrzymał się więc przy straganie ze świeczkami - w całkiem tradycyjnych kształtach, z pewnością odpowiednich zarówno dla Matki, jak i dla starszego pokolenia rodu.
- Ta powinna być odpowiednia - wybrał białą, smukłą świecę, ozdobioną złotymi drobinkami - Jak zwykła modlitwa nie podziała, gotów jestem tańczyć nago przy pełni księżyca, tak jak kiedyś mugole wierzyli, że robią czarownice.
Noce były już zimne, ale mógłby tańczyć bardzo energicznie. I rozgrzewać się grzańcem, albo coś.
Miał nadzieję głupimi i może odrobinę niestosownymi żarcikami poprawić nieco humor przyjaciela. Był świadkiem niepokojących (delikatnie mówiąc) objawów, które go męczyły. Gdyby zobaczył w takiej sytuacji kogoś innego, to zwyczajnie zacząłby się go bać. O Jessiego tylko się martwił. Położył mu dłoń na ramieniu, pocieszająco, uziemiająco, jak miał w zwyczaju od szkolnych czasów.
- Czy cokolwiek ci pomaga? - zapytał cicho.
Czy ja mogę jakoś pomóc?
Opuścił dłoń zanim kontakt stał się niezręcznie długi, ale koniuszkami palców złapał za rękaw płaszcza Jessiego i przytrzymał, nienachalnie zaznaczając swoją obecność tuż obok.
Mijali kolejne stoiska, aż natrafił na takie, na którym wystawione były płaszcze i peleryny. Ubiory były raczej tradycyjne w kroju, ale dobrze wykonane i wzrok Hannibala spoczął na ciężkim, ciemnozielonym materiale ozdobionym roślinnym haftem. Sprzedawczyni okazała się młodą, jasnowłosą dziewczyną, spoza Londynu, sądząc po stroju. Hannibal spojrzał na nią przelotnie i posłał jej lekki uśmiech.
- Jonathan, patrz! - pomacał jeden z płaszczy, oceniając jakość - To ładne, jak myślicie, pasuje mi zielony? - przyłożył połę okrycia do twarzy, by zaprezentować się pozostałym w tym kolorze.
W sąsiedztwie ubrań na ladzie pyszniły się wyplatane koszyki, ozdoby w jesiennych, mabonowych klimatach, przetwory, owoce i - jak niemal w każdym kramie należącym do sadowników - małe koszyczki spalonych owoców. Czarodziej ponownie wziął jeden w dwa palce, tym razem, jak podejrzewał, przypaloną gruszkę. Nad tą częścią asortymentu unosił się delikatny, nawet przyjemny zapach, pozostający w niepokojącym kontraście do tragedii, jaką reprezentowały owocowęgielki.
- Na potpourri może by się nadało… Chyba, że Mona ma jakieś zastosowanie dla… - owoców ususzonych na śmierć, miał ochotę powiedzieć, ale właścicielka straganu mogła ich doskonale słyszeć, a nie chciał, żeby pomyślała, że wyśmiewa jej towar.
- …hmm, tak mocno ususzonych owoców… - dokończył dyplomatycznie.
Spojrzał na kuzynkę. Nie wydawała się w nastroju do żartów.
- Tak czy owak myślę, że warto coś kupić, choćby po to, żeby wesprzeć ludzi. Gdyby ktoś miał takie pieczone jabłka z miodem albo owoce w czekoladzie…
Hannibal nie był beztroski, nie tak naprawdę, ale suma cierpienia i żałoby była tak ogromna, że nie czuł się w prawie do tego dokładać. Ani Selwyni jako tacy, ani ich majątek nie ucierpieli tak, jak niektórzy. Nie stracili nikogo bliskiego, dzięki bogom, Matce, ślepemu szczęściu, czy co tam zawiadywało podobnymi wydarzeniami. Nie miał prawa narzekać. Sam musiał poradzić sobie ze snami, poczuciem winy i tym, że czuł się…
- Bezsilny - mruknął na wpół świadomie. Skrzywił się przelotnie, zirytowany chwilowym obsunięciem się maski i kątem oka zerknął na towarzystwo, sprawdzając, czy ktoś je zauważył.