O Lorettcie zaś, można było powiedzieć równie wiele i w sposób tożsamy do Dolohova, nigdy nie władała wprawnie własną cierpliwością. Płomienny temperament kierował meandry jej życia ku wyborom okrutnie niewłaściwym, sympatiom olbrzymie krzywdzącym i gargantuicznym wprost stosom nieopanowania. W gruncie rzeczy pozostawała tą trzpiotką, której srebrne pantofelki niosły tętent w rodowej posiadłości, zwiastując huragan niebagatelnie olbrzymiej, acz kryjącej się w wątłym ciele, osobowości. Bo ta przerastała ją kilkukrotnie; w drobnej powierzchowności chowały się wszelkie szkopuły, znaczące barchanowym całunem jej istnienie jako iście diabelską mieszankę. Prawdopodobnie została stworzona z półmisku ognia i szczypty bezwarunkowej, mimowolnej kokieterii i choć wila krew nie płynęła wartko w jej żyłach – potrafiła trzepotać rzęsami w sposób niemniej urokliwy. Złość zaś, niejednokroć przejmująca stery nad nienaturalną, wierzchnią pogodą ducha, skrywała się na dnie szkatułki duszy – była jednak w równej mierze przerażająca, jak ta, którą cechował się Nikolai. W opozycji do niego z kolei – była rubasznie maskowana, ukrywana pod szerokim uśmiechem; tym, który ukazywał nierówne, mącące nieidealny ideał, zęby.
A szalona była w rytm nieukrywanego walca; jej rozbiegane spojrzenie, w którym tliły się znamiona iskier ekscytacji, energiczny chód i te urokliwe uśmiechy, które znaczyły zewnętrzne kąciki oczu niegłębokimi zmarszczkami, składały się w całokształt istoty niebagatelnie przyciągającej, magnetycznej, jak i w ludzki, najprostszy sposób, przyjaznej. Pierś falowała niespiesznie, gdy rozglądała się po wnętrzu, które znała tak sakramencko, tak dobrze. Momentalnie jej spojrzenie utkwiło w tlącym się, iskrzącym drewnie, którym wyłożone było palenisko kominkowe – zatonęła mimowolnie w tańczących iskrach, jednak nie na tyle, aby było to nagim i dostrzegalnym.
W istocie rzeczy, nie oczekiwała od niego niczego, poza niesioną prozą szczerością. Rozkochała się gorliwie w jego samym spojrzeniu, stalowym i nieprzejednanym; w ciężkiej dłoni, którą umiejscawiał na jej karku; w tych wszystkich niuansach, które dostrzegała jedynie u niego, u pospołu przeoczając, uznając za niewarte barw szczegóły. On jednak był inny, a zapach jego perfum, doskonale znanych, wdzierała się piżmem i ciężką wonią do nozdrzy, czyniąc w jej głowie zupełnie nieprzytomnie.
Prawdopodobnie dlatego tak okrutnie potrzebowała, aby ją posiadał.
Zamknęła jego oblicze w spojrzeniu, gdy tylko jej wargi zetknęły się z ciepłem policzka. Uchwyciła doskonale to, jak przekrzywił w jej stronę głowę, a coś w głębi klatki piersiowej zatrzepotało – prawdopodobnie ten uwięziony tam od dawien, skrzydlaty ptak. Wisiała tak nad nim przez ulotność sekund, zanim ujęła jego twarz w dłonie, gładząc kciukami policzki i wygiąwszy kąciki ust, złożyła na jego wargach krótki, rzeczowy pocałunek. Smakował alkoholem i papierosami, co sprawiło, że na jej skórze zatańczył dreszcz.
Uśmiech rozlał miękko jej usta ponownie, jak późnoletni sok. Jej imię, ułożone w pieszczotliwy skrót, w jego brzmieniu smakowało najlepiej. Aż musiała wziąć głębszy wdech, który spowił chłodem płuca; musiała napomnieć samą siebie, aby oddychać. Chwyciła w dłoń kryształową szklankę, której kąty odbijały języki płomieni tańczące w kominku. Pierwszy łyk ognistej smakował najlepiej – cierpki posmak prędko rozlał się po wątłym wnętrzu, wzniecając ogień potrzeb, jak i ogień niepokornych, nieposkładanych myśli. Z kieszeni wyjęła papierośnicę, aby po chwili wargami otulić filtr papierosa, którego końcówka zajęła się prędko żarem – spadającą gwiazdą śmierci.
– Kochany, czy masz zatem problemy ze wzrokiem? Przecież ja cię kocham tak niepoprawnie i tak burzliwie – rzekła zdziwiona, unosząc wysoko brwi. – To, że ty mnie nie, to inna bajka, z którą już zdążyłam się pogodzić – dodała, puentując swoje słowa miękkim uśmiechem.
– In-te-re-sów? – rzuciła sylabami, marszcząc niewinnie brwi. – Jestem twoim najpiękniejszym interesem – dodała rozbiegane palce układając na podciągniętych pod brodę kolanach. – Chyba nie sugerujesz, że istnieje coś istotniejszego niż moje towarzystwo, mój miły. Wówczas powinnam się okrutnie obrazić, a obrażalska nie jestem. – Zastukała paznokciami o szkło trzymane w dłoniach, którego zawartość z wolna obmyła ścianki, druga dłoń zaś, ponownie powędrowała ku wargom, moszcząc się w płucach nikotynową rozpustą.