13.03.2026, 10:40 ✶
Fałsz w jej uśmiechach potrafiło dostrzec niewielu, bo bardzo mało ludzi naprawdę znało Charlotte Kelly. Była kimś na swój sposób pełnym sprzeczności, ponieważ noszącym wiele masek, ale przywdziewającym je raczej z przyzwyczajenia czy dla rozrywki niż z jakiegokolwiek innego powodu. Odile mogła ukrywać prawdziwą siebie za zmienionymi rysami, a Charlotte robiła to za uśmiechem, oczyma mokrymi od nieszczerych łez, ciepłym tonem, wyrazami troski wypowiadanymi, gdy w jej sercu gościł lód lub dziwna satysfakcja.
Tym razem jednak była naprawdę zainteresowana. Charlotte lubiła swoją pracę. Gdyby było inaczej, na pewno nie siedziałaby w tej chwili w salach Departamentu Tajemnic.
– Och, to jest naprawdę fascynujące. Otóż nasz denat, według opisów, pewnego dnia po prostu padł martwy na środku ulicy. Problem w tym, moja droga, że według sekcji był martwy już dobre kilka godzin wcześniej, a do samych deformacji musiało dojść jeszcze przed tym… bez wątpienia doszło do nich na skutek jakiegoś magicznego urazu, ponieważ na ciele niewiele było widać – stwierdziła Charlotte. Tym razem musiała się pilnować, by uśmiech się nie poszerzył: by jej piękna twarz nie przybrała maniakalnego wyrazu. – Nie znamy więc pełnych okoliczności śmierci. Ten człowiek wyszedł skądś, prawdopodobnie z Nokturnu, szedł Horyzontalną, a później padł martwy… ale wygląda to tak, jakby jego ciało wcześniej nie zauważyło, że obrażenia mogły go zabić. Czy to nieudana przemiana w ghula? Czy dosięgły go jakieś potężne zaklęcia? Mamy do czynienia z jakąś formą nekromancji? To wszystko wymaga zbadania…
Charlotte westchnęła, przeciągle. Nekromancja. To było niefortunne, że w Anglii tak ciężko było o informacje na ten temat: fascynował panią Kelly, często stykała się z nim w pracy, a jednocześnie jeśli człowiek chciał zgłębić trochę informacji, w celach naukowych, oczywiście, dostawał po łapach jak jakiś dzieciak, że nie, nie, nie wolno.
A jednocześnie nikt nie marudził, kiedy uczyła się rzucać kule ognia. To naprawdę były absurdy.
– Jak sądzisz, jak długo mógł przeżyć… a raczej jak długo powinien móc przeżyć… ktoś z takimi obrażeniami?
Tym razem jednak była naprawdę zainteresowana. Charlotte lubiła swoją pracę. Gdyby było inaczej, na pewno nie siedziałaby w tej chwili w salach Departamentu Tajemnic.
– Och, to jest naprawdę fascynujące. Otóż nasz denat, według opisów, pewnego dnia po prostu padł martwy na środku ulicy. Problem w tym, moja droga, że według sekcji był martwy już dobre kilka godzin wcześniej, a do samych deformacji musiało dojść jeszcze przed tym… bez wątpienia doszło do nich na skutek jakiegoś magicznego urazu, ponieważ na ciele niewiele było widać – stwierdziła Charlotte. Tym razem musiała się pilnować, by uśmiech się nie poszerzył: by jej piękna twarz nie przybrała maniakalnego wyrazu. – Nie znamy więc pełnych okoliczności śmierci. Ten człowiek wyszedł skądś, prawdopodobnie z Nokturnu, szedł Horyzontalną, a później padł martwy… ale wygląda to tak, jakby jego ciało wcześniej nie zauważyło, że obrażenia mogły go zabić. Czy to nieudana przemiana w ghula? Czy dosięgły go jakieś potężne zaklęcia? Mamy do czynienia z jakąś formą nekromancji? To wszystko wymaga zbadania…
Charlotte westchnęła, przeciągle. Nekromancja. To było niefortunne, że w Anglii tak ciężko było o informacje na ten temat: fascynował panią Kelly, często stykała się z nim w pracy, a jednocześnie jeśli człowiek chciał zgłębić trochę informacji, w celach naukowych, oczywiście, dostawał po łapach jak jakiś dzieciak, że nie, nie, nie wolno.
A jednocześnie nikt nie marudził, kiedy uczyła się rzucać kule ognia. To naprawdę były absurdy.
– Jak sądzisz, jak długo mógł przeżyć… a raczej jak długo powinien móc przeżyć… ktoś z takimi obrażeniami?