• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy

[13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
12.03.2026, 20:39  ✶  
„Naprawdę było blisko”, to nie była przesada, czułem to w każdym miejscu własnego ciała.

Październikowa mgła za szybą zdawała się gęstnieć z każdą minutą, wgryzając się w mury budynku i wyciągając z nich ciepło. Nie opadała ani na sekundę, spowijając wszystko mlecznym światłem, chociaż powinna była rzędnać, jak zawsze, wraz z nastaniem kolejnego chłodnego poranka - to był jeden z niezaprzeczalnych znaków tego, że brytyjska jesień trwale wyparła lato, nawet nie dając nam przywyknąć do tej przejściowej pogody - gdzieś bardzo daleko, przez grube szkło, dało się słyszeć szum miasta i krzyk odlatujących ptaków, poza tym w pomieszczeniu było przejmująco cicho. Nie zamierzałem jednak odzywać się tylko po to, żeby zapełnić ciszę, ponieważ cisza wcale nie była tutaj problemem.
Przez chwilę patrzyłem w sufit nad łóżkiem, w punkt, gdzie mleczne światło poranka przeciskało się przez zasłony. Zajmowanie się rzeczami, które potrafiły człowieka rozerwać na kawałki, nie należało do zajęć szczególnie bezpiecznych, praktycznie każdy, kto wchodził w ten świat, prędzej czy później stawał w miejscu, gdzie jeden błąd znaczył koniec. W tamtym lesie naprawdę przyszedł taki moment - jeden z tych krótkich, bardzo konkretnych przebłysków, w którym człowiek przestaje kalkulować i zaczyna rozumieć, że wszystko może się skończyć w ciągu kilku sekund - nie było w nim paniki ani dramatyzmu, raczej chłodna świadomość faktu. Widziałem już takie chwile wcześniej, byłem ich częścią, a jednak nigdy przedtem nie miałem tego poczucia, że mogłem zawieść o wiele więcej osób, na których mi zależało, niż kiedykolwiek.
Oddychałem przez chwilę powoli, czując jak moje żebra podnosiły się i opadały, dając o sobie znać tą dziwną, nie do końca równą pracą, którą ciało wybierało, kiedy próbowało nie drażnić zbyt wielu uszkodzonych miejsc naraz. Ból w boku nadal był tam, gdzie powinien - głęboki, tępy, przypominający o sobie przy każdym głębszym oddechu, ale przynajmniej przestał już być tym ostrym impulsem, który wcześniej odbierał mi zdolność skupienia się na czymkolwiek poza nim. Zsunąłem spojrzenie na moment na jej twarz, na te lekko zmarszczone brwi, które pojawiały się zawsze, kiedy próbowała jednocześnie analizować sytuację i nie okazywać zbyt wielu emocji. Przez chwilę tylko patrzyłem na nią z tym swoim spokojnym, prawie niewinnym wyrazem twarzy, kiedy powiedziała, że mam jej częściej przypominać o swoich zaletach.
- S pszyjemnością. - Mruknąłem nisko, trochę ochryple. - Mogę nawet pszygotowaś listę. - Na moment przymknąłem oczy, jakbym naprawdę rozważał to z pełną powagą, po czym poruszyłem lekko brwiami, mrugając. - W posządku gladasyjnym czy alfabetycznym? - Spytałem, bo przecież musiałem wiedzieć, jak łatwiej byłoby jej zapamiętać, z jakim zajebistym człowiekiem teraz żyła. W normalnych okolicznościach pewnie od razu skorzystałbym z takiej okazji, rozwinął temat z przesadną pewnością siebie, wymienił przynajmniej kilka cech, które rzekomo powinny być zapisywane w kronikach rodzinnych, ale tym razem mój repertuar był nieco ograniczony przez fakt, że oddychanie samo w sobie wciąż wymagało ode mnie więcej wysiłku, niż bym chciał przyznać. Po części naprawdę nie miałem ochoty sprawdzać, ile powietrza mogę zużyć na jedną dłuższą przemowę bez konsekwencji dla własnych płuc, po drugie - obserwowanie jej reakcji było w tej chwili ciekawsze niż słuchanie własnego głosu.
„Mam nadzieję, że nie ściemniasz.” Kącik moich ust drgnął odrobinę, ale nie był to uśmiech w pełnym znaczeniu tego słowa, tylko raczej coś pomiędzy nim a krótkim grymasem, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy w jej zdaniach było więcej sensu, niż chciałbym przyznać. Prudence miała tę zdolność mówienia rzeczy, które z jednej strony brzmiały zupełnie zwyczajnie, a z drugiej sprawiały, że człowiek nagle zaczynał się zastanawiać, czy przypadkiem właśnie nie został subtelnie zaczepiony i skonfrontowany z rzeczywistością. Przez moment nic nie powiedziałem, ale nie dlatego, że nie miałem odpowiedzi - dlatego, że zastanawiałem się, jak bardzo szczera powinna ona być. Powoli wypuściłem powietrze z płuc, czując jak ten ruch rozciąga mięśnie przy moich żebrach i przypomina mi bardzo wyraźnie, dlaczego właściwie w ogóle prowadziliśmy tę rozmowę.
- Nigdy bym tak nie okłamał miłości mojego szycia. - Powiedziałem to spokojnie, niemal poważnie, jakbyśmy rozmawiali o czymś zupełnie zwyczajnym, a nie o sytuacji, w której ledwo byłem w stanie podnieść głowę bez przypomnienia sobie o wszystkich miejscach, gdzie moje ciało zostało tej nocy brutalnie przekonane o własnej śmiertelności. Tylko ten jeden drobny błysk w oczach zdradzał, że zdanie nie było do końca tak święte, jak brzmiało - bo oczywiście, że ściemniałem, nie jakoś dramatycznie, nie tak, żeby robić z siebie bohatera, który nic nie czuje, ale liczba, którą jej podałem, była bardziej uprzejmością niż raportem medycznym. Prawda była taka, że bliżej temu było do ośmiu niż do trzech i pół, czułem to przy każdym oddechu, przy każdym minimalnym napięciu mięśni, przy każdym milimetrze ruchu, ale jednocześnie wiedziałem też coś innego… Wiedziałem, że gdybym powiedział to na głos, jej ciało natychmiast by się wycofało, jakby dotknęła rozżarzonego żelaza, a nie miałem najmniejszego zamiaru pozwolić, żeby się ode mnie odsunęła - nie po tej nocy, nie kiedy dopiero co zacząłem przekonywać ją, że mogła przylgnąć do mnie bliżej.
- Mhm. - Ten dźwięk był przeciągły, trochę podejrzany. Uniosłem jedną brew z tą samą półironiczną miną, którą znała aż za dobrze. Nie było w tym dumy, nie było też skruchy, było coś pomiędzy ironicznym zmęczeniem a przyzwyczajeniem do takiego stanu rzeczy - nie było sensu robić z tego wielkiej tajemnicy - oboje wiedzieliśmy, że tak było, widziała to już nieraz, zanim jeszcze przestaliśmy być dla siebie kimś więcej niż przyjaciółmi, a później… Później pewnie też to dostrzegała, tylko nie musiała zaprzątać sobie tym głowy, skoro łączyły nas chłodne stosunki. Nie chciałem, by widziała to teraz częściej, niż kiedykolwiek, ale prawda była taka, iż nie mogłem nic na to poradzić, to była część moich naturalnych mechanizmów, część mnie. Kiedyś w ogóle nie prowadziłem raportów, raczej nie lubiłem chwalić się fatalnym samopoczuciem.
- Zobacz, jak się loswijam. - Odparłem spokojnie, głos wciąż miałem niski i trochę zdarty, ale tym razem pojawiła się w nim nuta czegoś lżejszego. Przechyliłem lekko głowę, tak żeby móc spojrzeć na nią z góry, chociaż przez moment milczałem, analizując jej twarz. Gdyby ktoś patrzył na to z boku, mógłby odnieść wrażenie, że próbowała rozbroić bombę, a nie przytulić własnego męża.
Dostrzegłem dokładnie ten moment, w którym przestała się powstrzymywać - materac ugiął się odrobinę głębiej, jej ciało przesunęło się bliżej mojego i nagle ta przestrzeń pomiędzy nami, którą tak skrupulatnie zostawiła wcześniej, po prostu przestała istnieć. Gdy tylko podjęła decyzję, przesunąłem minimalnie ramię, robiąc trochę więcej miejsca, tak żeby mogła ułożyć się wygodniej, nawet jeśli ten ruch przypomniał mi natychmiast o kilku miejscach, które zdecydowanie wolałyby, żebym niczego dzisiaj nie przesuwał. Nie zmieniłem wyrazu twarzy, nie dlatego, że chciałem ją oszukać, po prostu nie było sensu robić z tego spektaklu. Ciepło jej skóry było wyraźne nawet przez warstwy okryć, a oddech, który powoli zaczynał wracać do spokojniejszego rytmu, ogrzewał moją szyję.
- I tak, w tym konkletnym pszypadku naplawdę wolałbym, szebyś się nie wielsiła. - To zdanie zabrzmiało bardzo poważnie przez pierwszą sekundę, a potem kącik moich ust uniósł się odrobinę wyżej. - Chociasz w większości sytuacji jestem zdecydowanie zwolennikiem twojej aktywności. - Nie musiałem nic więcej dodawać, sens tego zdania był aż nazbyt oczywisty, w moim głosie pojawiła się ta charakterystyczna nuta, która zwykle pojawiała się wtedy, kiedy droczyłem się z nią bardziej świadomie.
- Mhm. - Mruknąłem cicho, kiedy wspomniała o wilkołaku i o tym, że dobrze, że go zabiliśmy. W jej głosie była twardość, której nie musiała udawać - wiedziałem, jak bardzo ich nienawidziła - po tej nocy miała jeszcze jeden powód. Na moment przymknąłem oczy, oddychając spokojniej, jej ciało wciąż drżało lekko, oddech był rozchwiany, pozbawiony rytmu, próbowała to ukryć, ale nie było sensu udawać, że tego nie widzę, tak samo jak nie było sensu zaczynać teraz jakiejś wielkiej dyskusji o tym, czy miała prawo się bać - oczywiście, że miała - każdy, kto widział kogoś wykrwawiającego się na własnym dywanie, miał to prawo, a ona i tak zawsze była dobra w trzymaniu emocji w ryzach, lepsza niż większość ludzi, których znałem. Zbyt dobra… Przez chwilę patrzyłem w pustą przestrzeń przed sobą. Jej słowa nie były dla mnie zaskoczeniem, ale ich ciężar i tak osiadł gdzieś głęboko, tam gdzie zwykle nie dopuszczałem zbyt wielu rzeczy - przez sekundę naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć - czułem, jak ciało Prue napina się przy mnie, jak próbuje trzymać się w całości jeszcze odrobinę dłużej, jeszcze jedną minutę, jeszcze jeden oddech…
Wiedziałem, jak wyglądało to „trzymanie się”, sam robiłem to całe życie. Spojrzałem na nią jeszcze raz, uważnie.
- To, co się wydaszyło… - Mój głos był cichy, ale bardzo pewny. - To nie jest coś, za co masz odpowiadaś. - Zrobiłem krótką pauzę. - To nie jest cięszal, któly powinien lesześ na twoich balkach. - Zacząłem wolniej. - Ja wybielam tę lobotę. - Powiedziałem ciężej, w taki sposób, aby nie brzmiało to jak usprawiedliwienie, tylko przyznanie się do czegoś, co oboje wiedzieliśmy od dawna. - Ja chodzę w miejsca, gdzie szeszy plóbują mnie zabiś. - Krótki, zmęczony wydech wydostał mi się z piersi. - I czasem im się plawie udaje. - To była surowa, nieoszlifowana prawda, która pojawiła się między nami bez żadnej szczególnej ceremonii.
Powoli przesunąłem dłonią po jej ramieniu, bardzo ostrożnie, aż zatrzymałem palce gdzieś w połowie drogi między łopatką a karkiem - ten ruch był spokojny, niemal leniwy, ale miał w sobie coś z odruchowej czułości, która pojawiała się między nami bez żadnego wysiłku. Nie próbowałem jej pocieszać, nie w ten tani, wyświechtany sposób, w jaki ludzie mówią „już okej” albo „nie myśl o tym” - to byłoby kłamstwo, a ona zasługiwała na więcej niż uprzejme bzdury - puste słowa o tym, że przecież wszystko skończyło się dobrze, byłyby teraz jak splunięcie jej w twarz. Oboje wiedzieliśmy, że nie było dobrze - było tragicznie, krwawo i o włos od ostateczności, fakt, że udało nam się odpełznąć od krawędzi, nie oznaczał, że przepaść zniknęła. Nie zatrzymywałem się przy tym wspomnieniu na długo, ale ono i tak wracało, kiedy chciało, nie potrzebowało zaproszenia. Oddychaliśmy przez chwilę w tym samym rytmie, mgła za oknem wciąż sprawiała, że świat wydawał się dziwnie zawieszony pomiędzy nocą a dniem.
- Jasne, kaszdy medyk zachowałby się tak samo… - Powtórzyłem jej słowa z lekką, gorzką ironią, której nie potrafiłem powstrzymać. Widziałem ludzi, którzy potrafili zszyć obcego człowieka w kilka minut, a przy własnym bracie zaczynali drżeć tak, że nie mogli utrzymać różdżki prosto, natomiast ona… - Ale ty nie jesteś tylko „kaszdym”. Jesteś moją soną, nie moim usdlowisielem, nie ploś mnie, szebym udawał, sze to było „nic wielkiego”. To, co zlobiłaś na tym dywanie w pszedpokoju, to nie była „współplaca” s moim silnym olganismem. - Nie chciałem spierać się z nią o to, co było a co nie było niestandardowym osiągnięciem, teraz nie miałem na to aż tyle energii, ale iskra gdzieś w środku i tak się zapaliła, jak zawsze, kiedy zostawiała mi podobne otwarcie. - Placowałaś s tlupami, leczyłaś setki ludzi, wiem to. - Kontynuowałem, ignorując pulsowanie w skroniach, wziąłem głębszy oddech, który zakończył się krótkim, stłumionym syknięciem. - Wiem, sze to jest twoja plasa, twoje szemiosło, twoja cholelnie cięszko wyplacowana wiedza. Wiem, sze potlafisz lobiś takie szeszy. - Podjąłem po chwili. - Wiem, sze masz do tego głowę, lęce i nelwy ze stali. - Powoli wypuściłem powietrze z płuc, ten oddech był dłuższy niż poprzednie i od razu przypomniał moim żebrom, że nie powinienem jeszcze próbować takich eksperymentów - zignorowałem również to - ta jedna łza, którą poczułem gdzieś przy szyi, powiedziała mi więcej niż całe zdania. - Jestem cholelnie wdzięczny, sze byłaś tu tej nocy, ale... - Na krótką chwilę zamknąłem oczy, obraz sprzed kilku godzin wrócił sam, bez zaproszenia - podłoga w przedpokoju, zapach krwi, rozmyty sufit nad głową i jej twarz pochylona nade mną, napięta, skupiona, o wiele spokojniejsza niż sytuacja na to zasługiwała. - Jesteś moją małszonką, Pluey. - Powiedziałem to spokojnie, rozchylając powieki.. - Nie moim planem latunkowym. - Patrzyłem w szarą przestrzeń pokoju, czując znajomy ciężar gdzieś w klatce piersiowej - coś pomiędzy winą a świadomością, że mimo wszystko nie potrafiłbym żyć inaczej, oboje o tym wiedzieliśmy. - Wiem, sze potlafisz mnie poskładaś do kupy lepiej nisz połowa ludzi w Mungu. - Kącik moich ust drgnął odrobinę, ale w moim głosie nie było żartu. - I wiem tesz, sze gdyby sytuacja się powtószyła, zlobiłabyś dokładnie to samo, ale nie jesteś moim zapleczem medycznym. - Była to jedna z tych prostych prawd, które nie potrzebowały ozdobników. Powietrze w pokoju było ciepłe, tylko nasze oddechy i odległy szum miasta gdzieś za oknem przypominały, że świat poza tym łóżkiem wciąż istniał. - Jesteś najwaszniejszą osobą w moim szyciu. - To zdanie nie było patetyczne, nie było też dramatyczne, padło tak po prostu, jako fakt. - Nie chcę, szebyś zaczęła myśleś o sobie jak o kimś, kto ma mnie naplawiaś za kaszdym lasem, kiedy coś pójdzie nie tak. - Moje palce przesunęły się jeszcze raz powoli po jej włosach. - Bo nie po to za mnie wychodziłaś.
Cisza znów na chwilę wróciła do pokoju, jednak nie próbowałem wypełniać milczenia słowami, dopiero po chwili przesunąłem lekko dłoń z karku Prue na jej ramię, oplatając sobie kosmyk ciemnych włosów wokół palca, bardziej żeby zmienić pozycję niż zrobić coś konkretnego. Ten ruch był powolny, ostrożny, ale nie pozbawiony energii - cokolwiek się stało, nie byliśmy już w tym samym punkcie, co w nocy, teraz było stabilnie. Ból nadal był tam, gdzie wcześniej, nie zamierzał się nigdzie wybierać, ale w tej chwili przynajmniej nie dominował całego świata.
- Niestety dla ciebie - przyznałem bez krztyny niepewności czy wahania - jestem całkiem dobsze wytlenowany w zauwaszaniu takich szeszy. - Przesunąłem palcami po jej ramieniu, powoli, bez pośpiechu, aż zatrzymały się przy jej łopatce. Znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, ile wysiłku kosztowało ją każde spokojne zdanie, które wypowiedziała od momentu, kiedy się obudziłem. Wiedziałem, że Prue nienawidziła chaosu, a ta noc była definicją entropii, potrafiła z zimną krwią zszywać rozerwane tętnice, jednak teraz trzęsła się pod moim ramieniem, bo rzeczywistość w końcu przebiła się przez jej mury ochronne. Chciała być silna, chciała być tą opanowaną Prudence, która zawsze wie, gdzie leżą bandaże i jakie zioła zaparzyć na gorączkę, ale pod tą maską profesjonalizmu była kobieta, która przed chwilą patrzyła, jak życie wycieka z mężczyzny, który obiecał jej może nie starość, lecz z pewnością coś dłuższego niż kilka wspólnych tygodni, nawet wspaniałych. Nie rzucałem pustych słów o tym, że przecież wszystko jest w porządku, bo nie było - leżeliśmy w sercu październikowej mgły, pośród nieświeżej już pościeli, woni eliksirów i zapachu krwi, której nie dało się całkowicie zmyć z desek w przedpokoju samym tylko wycieraniem szmatą. Nie zamierzałem komentować niczego, co wkradło się w tę chwilę - ani przytakiwać temu, że wiedziałem, jak było blisko, ani próbować bagatelizować mojego spotkania ze śmiercią - przetrwaliśmy to oboje, ale nie było w tym nic z triumfu, tylko obopólne zmęczenie dwojga ludzi, którzy właśnie oszukali przeznaczenie i nie mieli pojęcia, na jak długo. Ten kundel, który teraz był tylko garstką kości i prochem w lesie, niemal odebrał nam wszystko, co budowaliśmy - każdy plan, każdą przyszłą listę, każde wspólne śniadanie w tej przeklętej, mroźnej Anglii. To był realny ciężar naszej codzienności, każde moje wyjście, każde zlecenie, każda noc poza domem była rzutem monetą, a ona była tą, która musiała czekać, by sprawdzić, na którą stronę upadła. To nie był strach nowicjusza, to był strach kogoś, kto wiedział aż za dobrze, co znajduje się po drugiej stronie, i kto musiał patrzeć, jak osoba, którą kocha, jedną nogą już tam stoi. Nie było żadnego „następnego świata”, w którym mogłaby to naprawić, był tylko ten jeden, tu i teraz, w którym oboje byliśmy potwornie zmęczeni i naznaczeni przez to, co wydarzyło się w lesie.
Przesunęła dłoń na moją klatkę piersiową, a ja instynktownie spiąłem mięśnie, by zaraz potem zmusić się do rozluźnienia. Naprawdę była przekonana, że jeden zły ruch może coś popsuć, prawda była taka, że większość rzeczy w moim ciele już była popsuta, ale to nie było coś, o czym zamierzałem teraz robić wykład.
- Wiesz… - Odezwałem się po chwili, trochę ciszej, mój głos był niski, ochrypły od zmęczenia i wysuszonego gardła. - Jest taka stala, alystoklatyszna lada. - Minimalnie poruszyłem głową, tak żeby móc oprzeć skroń o jej włosy. - Podobno balso skuteczna. - Zrobiłem krótką pauzę, kącik moich ust drgnął odrobinę. - „Zamknij oczy i myśl o Anglii”. - W moim głosie wybrzmiało coś pomiędzy ironią a zmęczonym rozbawieniem - podobno była to oficjalna strategia przetrwania wielu małżeństw - ten cytat był tak absurdalnie niedopasowany do sytuacji, że aż pasował idealnie.
Przez chwilę nic więcej nie mówiłem, ale moja dłoń przesunęła się po jej włosach jeszcze raz, powoli, spokojnie.
- Selio - dodałem po kilku sekundach ciszy, bardziej miękko - splóbuj odpocząś. - Nie brzmiało to jak rozkaz, a jak bardzo pragmatyczna propozycja kogoś, kto właśnie wrócił z miejsca, gdzie noc mogła skończyć się zupełnie inaczej. Zamilkłem, słuchając naszego wspólnego rytmu zsynchronizowanych oddechów i cichego szumu miasta za oknem, który powoli zaczynał gęstnieć razem z porankiem. Spojrzałem w stronę okna, przed siebie, w jasność, gdzie mleczna biel mgły powoli rozrzedzała się, ustępując miejsca szarości świtu. To był brzydki dzień - brudny, zimny i wilgotny, ale… Był. Świat dopiero zaczynał powoli wracać do życia, miałem bardzo wyraźne wrażenie, że mimo bólu, zmęczenia i wszystkiego, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej, nie zamieniłbym tej chwili na żadną inną.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (13202), Prudence Fenwick (8275)




Wiadomości w tym wątku
[13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 04.03.2026, 13:08
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 07.03.2026, 10:05
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 09.03.2026, 19:07
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 10.03.2026, 00:10
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 10.03.2026, 00:58
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 10.03.2026, 19:38
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 10.03.2026, 21:21
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 11.03.2026, 01:56
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 11.03.2026, 22:08
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.03.2026, 20:39
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Prudence Fenwick - 12.03.2026, 22:10
RE: [13.10.1972] as good as it gets | Prue & Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.03.2026, 00:25

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa