12.03.2026, 11:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.03.2026, 11:07 przez Anthony Shafiq.)
Noc była najgorsza.
Rwany sen, kadzidła nie zdały się na zbyt wiele, eliksir był zbyt słaby na lęk, na obawę, na niekończącą się spiralę koszmarów ukształtowanych lękiem o ukochaną osobę. Nie pamiętał nawet konkretnych obrazów. Tylko krzyk. Ogień. Drganie ciała wywijanego przeklętym crucio. Tortury. Krzyki.
Ból.
Poranek był najgorszy.
Zwlekł się z łóżka jeszcze przed świtem. Przekrwione oczy szybko dostały po kropli eliksiru, cienie pod oczami zamaskował ulubioną w ostatnim czasie maścią. Nie był w stanie jeść, ledwie przełknął kawę gorzką jak myśli, które nim owładnęły. Żadnych wieści. Żadnego słowa. Nic. Czekanie. Patrzenie na dokumenty i czytanie kolejny raz tego samego wiersza w dokumencie pozbawionym znaczenia, skoro Jonathan mógłby już nie żyć.
Czy jego towarzysze wiedzieli, żeby przekazać mu najgorsze wieści? Tyle, że Morpheus byłby tego świadom, ale pozostali?
Głowa nieustannie podsuwała wizje pogrzebu, zebranych żałobników, rozpaczliwe próby odegnania tej wizji tylko ją zaogniały w wewnętrznym konflikcie, w którym na nic się zdało przekonywanie siebie, że nie ma co płakać na śmiercią, która - bez potwierdzenia - była li tylko wytworem jego rozregulowanej wyobraźni.
Nieświadomość jest definicją szczęścia.
Ale wiedział. Wiedział i czekał. Czekał i wiedział.
Przedpołudnie było najgorsze.
Zaczął się modlić, pogardzając sobą w duchu, była to jednak ostatnia rzecz, którą mógł zrobić. Bardzo świadomie przekierowywał swoje myśli, co kosztowało go lwią część energii, na przyjemne aspekty tej relacji. Jeszcze jeden pocałunek. O nic więcej nie proszę. Jeden. Szansę na to by poczuć obok ciepło. Uścisk. Uśmiech. Jeden pocałunek. Nic więcej... – powtarzał w myślach palcami przewijając sznur smoczych pereł w cichej mantrze, która nie mogła być aż tak głupia skoro jakkolwiek tonowała jego defetystyczne myśli.
Nagle usłyszał dźwięk dochodzący z holu.
Poderwał się momentalnie z miejsca i ruszył do wejścia do swojego apartamentu.
Rwany sen, kadzidła nie zdały się na zbyt wiele, eliksir był zbyt słaby na lęk, na obawę, na niekończącą się spiralę koszmarów ukształtowanych lękiem o ukochaną osobę. Nie pamiętał nawet konkretnych obrazów. Tylko krzyk. Ogień. Drganie ciała wywijanego przeklętym crucio. Tortury. Krzyki.
Ból.
Poranek był najgorszy.
Zwlekł się z łóżka jeszcze przed świtem. Przekrwione oczy szybko dostały po kropli eliksiru, cienie pod oczami zamaskował ulubioną w ostatnim czasie maścią. Nie był w stanie jeść, ledwie przełknął kawę gorzką jak myśli, które nim owładnęły. Żadnych wieści. Żadnego słowa. Nic. Czekanie. Patrzenie na dokumenty i czytanie kolejny raz tego samego wiersza w dokumencie pozbawionym znaczenia, skoro Jonathan mógłby już nie żyć.
Czy jego towarzysze wiedzieli, żeby przekazać mu najgorsze wieści? Tyle, że Morpheus byłby tego świadom, ale pozostali?
Głowa nieustannie podsuwała wizje pogrzebu, zebranych żałobników, rozpaczliwe próby odegnania tej wizji tylko ją zaogniały w wewnętrznym konflikcie, w którym na nic się zdało przekonywanie siebie, że nie ma co płakać na śmiercią, która - bez potwierdzenia - była li tylko wytworem jego rozregulowanej wyobraźni.
Nieświadomość jest definicją szczęścia.
Ale wiedział. Wiedział i czekał. Czekał i wiedział.
Przedpołudnie było najgorsze.
Zaczął się modlić, pogardzając sobą w duchu, była to jednak ostatnia rzecz, którą mógł zrobić. Bardzo świadomie przekierowywał swoje myśli, co kosztowało go lwią część energii, na przyjemne aspekty tej relacji. Jeszcze jeden pocałunek. O nic więcej nie proszę. Jeden. Szansę na to by poczuć obok ciepło. Uścisk. Uśmiech. Jeden pocałunek. Nic więcej... – powtarzał w myślach palcami przewijając sznur smoczych pereł w cichej mantrze, która nie mogła być aż tak głupia skoro jakkolwiek tonowała jego defetystyczne myśli.
Nagle usłyszał dźwięk dochodzący z holu.
Poderwał się momentalnie z miejsca i ruszył do wejścia do swojego apartamentu.