Uśmiech błądził na jej wargach nieprzejednanie, podrygując kącikami warg w sposób urokliwy i niepewny w swej niebagatelnej krasie. Nie widziała go już jakiś czas; już jakiś czas nie drgał skorym do uniesień sercem – może gdyby diabeł w niej nie tkwił, zachowywałaby się w mniej zakrawającym o hipokryzję stylu. Była jednak pogodna, a świat jej pachniał magnolią odpiłowaną przy skwerze, orkiestrami wybijającymi porę roku i złotymi pantofelkami, wzbijającymi w przestrzeń migotliwy kurz. Opisywały ją dokładnie sweterki z monogramami, kręcone, ciemne pukle oraz snobistyczny akcent, w który opiewał jej głos. Uśmiechała się chętnie, rozmawiała rubasznie, a na dnie jej brzmienia zawsze kryła się swoista nuta flirciarskiej pogody ducha. Nieskrzywiona przez rzeczywistość, jedynie powierzchownie i pobieżnie, kryła we wnętrzu zapędy godne żmii, ogrom przerażającej złości i poczucie bycia lepszą od tych zjaw, które bezcelowo błądziły po padole.
Prawdopodobnie to osjaniczny uśmiech, który chętnie przybierała, ukazując odrobinę nierówne kły, stanowił o jej istnieniu jako przyjemnej kobiety, bardzo cielesnej i rzeczywistej. Istotnie, igrając z ogniem, zachowywała tę zabawną namacalność, która świadczyła, jakoby była z krwi i kości. Bo choć przyziemna, z absurdalnie niepoprawną dezynwolturą kroczyła przez tkany przez Mojry życiorys; posiadała parę urokliwych nawyków – gdy się nad czymś zastanawiała, ściągała usta w jednym kierunku, zupełnie jakby chciała wyprostować pomięte prześcieradło; gdy była rozbawiona, zewnętrzne kąciki oczu znaczyły się płytkimi zmarszczkami; gdy jednak wpadała złość, jej wejrzenie stawało się mętne i okrutne w wyrazie.
Prawdopodobnie dlatego lubiła krzywdzić ludzi; lubiła wydobywać z nich atawistyczne w swej skrajności odmęty dusz. Nie ulatywała nad ziemią, na wzór natchnionego niebytem istnienia – cielesna i rzeczywista, wbijała nader chętnie obcas w cudze stopy, zrównując ich ze swym mikrym wzrostem.
Wparowała do mieszkania jak huragan łaknący ludzkiej obecności. Jej duszne bytowanie zwiastowało zamaszyste zatrzaśnięcie drzwi, które aż zachwiały się w swoich ramach. Wparowała do pokoju z przyspieszonym oddechem – zupełnie jakby niepoprawnie biegła. Pierś falowała w rytm zaburzonego tchnienia, a jej usta, pokryte czerwienią szminki, rozlały się w przyjemnym dla oka uśmiechu. Stała tak przez chwilę, zupełnie niepomna, co miała zrobić – w pierwszym odruchu odłożyła na stół czarny kapelusz z nieprzyzwoicie szerokim rondem, w rytm czego czerń krótkich loków opadła linią znacząc się nad ramionami, na czubku zaś powodując drobny bałagan.
Odziana w krzykliwie pomarańczową, luźną koszule i przystające doń, czarne spodnie o szerokich nogawkach, uzupełniła nieodłącznie nierozerwalnym z jej osobowością elementem – butami na obcasie. Te jednak prędko zdjęła, zupełnie jakby rozgaszczała się na łamach własnego domu. Podeszła do Dolohova, pochylając się nad jego spoczywającą w fotelu sylwetką, znacząc policzek odciskiem ciepłych ust. Chwilę zamarła, będąc pochyloną, wahając się niby, czy powinna coś więcej uczynić. Po ulotnych momentach jednak, wyprostowała się, aby zająć miejsce na równoległym fotelu, podciągając kolana pod brodę.
– Nikolai, Nikolai – rzekła półgłosem, nie wiedząc jednak, w jakim celu posłała w eter słodkie brzmienie jego imienia. Zmarszczyła odrobinę brwi, zupełnie jakby myślała o czymś tęgo, po chwili jednak te rozeszły się w wyrazie nieopisanego spokoju. – Jak to jest, że ja ciebie kocham tak gorliwie, a ty mnie wcale? – zabrzmiała retoryką, lokując wzrok orzechowych tęczówek w jego oczach; wraz z ulotnością chwil, jej wargi rozszerzył kolejny z widowiskowych uśmiechów.
– Może żartuję, może i nie – dodała po chwili, potrząsając lekko głową, pozwalając urokliwym loczkom zatańczyć wokół drobnej, bladej twarzy.