Była daleka do nazwania mężczyzn głupimi, ale nie dało się ukryć, że wielu z nich w pewnych sytuacjach zachowywało się zupełnie niedojrzale. Z drugiej strony o niektórych kobietach można było powiedzieć to samo, nie było to zarezerwowane dla konkretnej płci, teraz jednak pasowało to pod tezę i nieprzemyślane akcje Aidana, co chyba nawet lekko rozchmurzyło młodziutką Lyssę, więc spełniło swoje zadanie. Uśmiechnęła się przy tym do dziewczyny, bo ta bardzo mądra babka była dla Lyssy… czymś w rodzaju prababki, skoro była pasierbicą Ann, ale Victoria nie miała pojęcia, czy panna Dolohov miała kiedykolwiek okazję posłuchać mądrości życiowych Dorindy Lestrange. Może powinna ją zabrać kiedyś na herbatkę z babcią…
– Ach, nie znacie się, pardon – do Victorii dopiero teraz dotarło, że Brenna i Lyssa były sobie do tej chwili nieznane, a pomostem w tym wszystkim była Victoria. – Brenna Longbottom, detektyw w BUMie – przedstawiła Brennę, gdy ta już i tak powiedziała czym się zajmuje w Ministerstwie, chociaż powiedziała to tak, że nieobeznana z Anglią Lyssa mogła sobie pomyśleć, że jest jakimś prywatnym detektywem. – I Lyssa Dolohov, nasza wschodząca gwiazda, malarka – nie chciała mówić takich głupot jak „córka Vakela Dolohova”, bo sama wiedziała jak to jest być w czyimś cieniu, być kojarzona z bycia nazwiskiem, albo tak jak jej siostry – z bycia siostrą Victorii. – W każdym razie warto mieć znajomości, choćby po to, by mieć z kim wyjść na miasto czy pobawić się na imprezie. Porozmawiam z Prim – dodała, będąc też przekonana, że zaznajomienie się z innymi rówieśnikami (Prim była mimo wszystko kilka lat starsza od Lyssy) mogłoby wyjść szatynce na dobre i nawet się nie zdziwiła, że Brenna zna tyle młodzików. Victoria nie była aż tak towarzyska, by znać wiele młodszych ludzi od siebie.
Ach jedzenie psów, gdy Lyssa już wyjaśniła, sprawiło, że Victoria zorzumiała już absolutnie wszystko. Aidan kiedyś jej opowiadał o tych dziwnych wynalazkach mugoli o durnych, odrzucających nazwach, ale sam koncept był zupełnie normalny. To pierwsze zderzenie mogło być trudne.
– Aach… Chyba już wiem gdzie byliście. Znaczy takich miejsc w mugolskim Londynie jest całkiem sporo. To popularne danie. Hotdog. Nie ma nic wspólnego z psami, w Anglii nie je się psów… To tylko kiełbaska w bułce – uśmiechnęła się współczująco do Lyssy, bo taki wybór miejscówki i jedzenia na pierwszej randce, bez uprzedniego uprzedzenia i wyjaśnienia mógł zszokować. – Nigdy tego nie próbowałam, ale podobno jest całkiem smaczne… – jak na mugoli rzecz jasna. Ale nie każde jedzenie, jakie jedli czarodzieje, było magiczne… Akurat kulinaria dość szybko przenikały do kultury czarodziejskiej.