30.03.2026, 11:29 ✶
Primrose Lestrange zdecydowanie nie była taka zła, na jaką mogłoby malować ją nazwisko noszone przez w większości śmierciożerczą rodzinę. Była jednak taka zła, na jaką mogło malować ją małe doświadczenie w zawodzie uzdrowiciela. Nie, nie była uzdrowicielką beznadziejną. Zresztą, naprawdę niewielu uzdrowicieli zdołałoby tak szybko i dobrze opanować sztukę hipnozy (chociaż Lestrange zarzekałaby się pewnie, że to zasługa jej wybitnego nauczyciela), więc już samym tym talentem (jakże dla Olivii teraz cennym!) wybijała się ponad innych. Niestety... była przy tym straszną histeryczką. No bo co... jeśli leczenie pójdzie nie po jej myśli? Co wtedy...? Czy na pewno powinna pracować sama? Niby ukończyła magisterium, odbyła pełny staż, dodatkowe kursy, miała za sobą szereg udanych terapii, ale...? Żadnego mistrza? Nikt nie trzymał jej za rękę?
Kobieta głęboko odetchnęła. Przedostatni pacjent opuścił pomieszczenie, a ona pożegnała się z nim uprzejmie, założyła eleganckie okularki i sięgnęła po kartę ostatniej dzisiejszej pacjentki, jaką miała przyjąć na dyżurze. Olivia Quirke – ładne imię, ale jakże smutna historia. Jeszcze miesiąc temu zdarzenia tego typu głęboko ją poruszały, dzisiaj wydawało jej się jednak, że nabrała... znieczulicy? Jak inaczej nazwać stan, w którym myślami zamiast empatyzować z młodą czarodziejką z traumą po zamachu, porównywała ten przypadek do dziesiątek innych i klasyfikowała go jako łatwą diagnozę? Na tyle łatwą, że nie będzie musiała stukać młoteczkiem nasilającym omamy, a to bardzo dobrze, bo poranny pacjent w szale cisnął rano zaklęciem ognistym w półkę za jej plecami i przypalił grzbiet jednej z książek. Lestrange niekoniecznie się tym przejęła, bo nie trafił jej w twarz i panika zdążyła przejść jej całkowicie mniej-więcej w porze lunchu.
– Zapraszam. Panno Quirke? – Krzyknęła zza drzwi uchylonych różdżką, układając stosik pergaminów w przygotowanym do tego pojemniku.
Primrose była wysoką, ale bardzo filigranową kobietą ubraną w charakterystyczne dla uzdrowicieli szaty. Długie, piękne włosy upięła w elegancki kok spięty złotą spinką. Okulary na czubku jej nosa posiadały łańcuszek z delikatną ozdobą – jakby siedziało na niej stado miniaturowych, metalowych motylków.
– Proszę usiąść – powiedziała, usilnie ignorując fakt, że kojarzyła ją ze szkoły – miałam już wgląd w kartę pacjenta, ale potrzebuję usłyszeć z panny ust co dokładnie jej dolega.
Kobieta głęboko odetchnęła. Przedostatni pacjent opuścił pomieszczenie, a ona pożegnała się z nim uprzejmie, założyła eleganckie okularki i sięgnęła po kartę ostatniej dzisiejszej pacjentki, jaką miała przyjąć na dyżurze. Olivia Quirke – ładne imię, ale jakże smutna historia. Jeszcze miesiąc temu zdarzenia tego typu głęboko ją poruszały, dzisiaj wydawało jej się jednak, że nabrała... znieczulicy? Jak inaczej nazwać stan, w którym myślami zamiast empatyzować z młodą czarodziejką z traumą po zamachu, porównywała ten przypadek do dziesiątek innych i klasyfikowała go jako łatwą diagnozę? Na tyle łatwą, że nie będzie musiała stukać młoteczkiem nasilającym omamy, a to bardzo dobrze, bo poranny pacjent w szale cisnął rano zaklęciem ognistym w półkę za jej plecami i przypalił grzbiet jednej z książek. Lestrange niekoniecznie się tym przejęła, bo nie trafił jej w twarz i panika zdążyła przejść jej całkowicie mniej-więcej w porze lunchu.
– Zapraszam. Panno Quirke? – Krzyknęła zza drzwi uchylonych różdżką, układając stosik pergaminów w przygotowanym do tego pojemniku.
Primrose była wysoką, ale bardzo filigranową kobietą ubraną w charakterystyczne dla uzdrowicieli szaty. Długie, piękne włosy upięła w elegancki kok spięty złotą spinką. Okulary na czubku jej nosa posiadały łańcuszek z delikatną ozdobą – jakby siedziało na niej stado miniaturowych, metalowych motylków.
– Proszę usiąść – powiedziała, usilnie ignorując fakt, że kojarzyła ją ze szkoły – miałam już wgląd w kartę pacjenta, ale potrzebuję usłyszeć z panny ust co dokładnie jej dolega.