11.03.2026, 01:56 ✶
Październik w Anglii miał w sobie coś dziwnie nierzeczywistego - mgła za szybą była wciąż na tyle mleczna i gęsta, że świat wyglądał trochę tak, jakby dzień wcale nie był do końca dniem, a „tutaj” na jawie mogło być jednocześnie „tam” we śnie. Gdyby nie wszechogarniający mnie dyskomfort, mógłbym dalej kwestionować to, czy naprawdę oprzytomniałem, czy była to po prostu kolejna warstwa koszmaru, ale tak się składało, iż tego konkretnego zestawu bolączek nie dało się podrobić. Niestety, bo to oznaczało, że z tego bólu nie mogłem się obudzić.
Lekko kiwnąłem głową, czego praktycznie natychmiast pożałowały moje tępo pulsujące skronie - nie potrzebowaliśmy od razu zbyt głęboko wnikać w niektóre detale, każde kolejne zdanie, jakie wymienialiśmy, i tak układało się w znajomy schemat, który widziałem wiele razy wcześniej, chociaż nigdy przedtem nie dotyczył mnie on bezpośrednio - przynajmniej nie w ten konkretny sposób, ponieważ tak naprawdę dopiero powoli usiłowaliśmy znaleźć jakiś złoty środek w wyznawanych przez nas przekonaniach na temat bycia uzdrawianym - jeśli coś poszło źle, trzeba było znaleźć przyczynę, naprawić system i spróbować nie dopuścić, żeby błąd się powtórzył. Tak się składało, iż moja żona od zawsze przykładała naprawdę przeogromną wagę do weryfikacji danych, to było w niej piękne i jednocześnie czasem cholernie niesprawiedliwe dla niej samej. Nie mogłem kręcić na to nosem, chociaż nie do końca odpowiadał mi stan, do jakiego się jednocześnie doprowadziła - wiedziałem, z czego on wynikał, lecz jednocześnie nie chciałem być powodem jej skrajnego wycieńczenia.
Przez chwilę milczałem, próbując znaleźć słowa, które nie zabrzmią jak pusty frazes - nie od razu dodałem coś więcej, bo nagle przypomniał mi się obraz, który pojawił się w mojej głowie tylko na sekundę, ale był wystarczająco wyraźny… Przedpokój, mokra podłoga, krew, której było za dużo, żeby udawać, że to tylko draśnięcie, podarte warstwy ubrań i wyłaniająca się spod nich tkanka… Pamiętałem jej twarz pochyloną nade mną, pamiętałem jej ręce i to, że coś mówiła, chociaż wtedy chyba nie rozumiałem słów. Pamiętałem też moment, kiedy naprawdę myślałem, że to koniec…
Powoli wypuściłem powietrze z płuc, próbując otrzeźwieć z tego wspomnienia. Ból nie zniknął, tylko przesunął się gdzieś w tło, przypominając trochę jednostajny, głuchy szum - czułem go przy każdym oddechu i przy każdym napięciu mięśni, ale przynajmniej przestał być tym ostrym, paraliżującym uderzeniem, które wcześniej odbierało mi zdolność myślenia, teraz mogłem przynajmniej patrzeć na nią i naprawdę słuchać. Obserwowałem drobne zmiany w jej twarzy, napięcie w mięśniach szczęki, sposób, w jaki marszczyła brwi, kiedy coś analizowała. W tej chwili robiła dokładnie to, co robiła najlepiej - układała wszystko w głowie, planowała, wyciągała wnioski. Wiedziałem, że gdzieś za tym spokojem już budowała sobie listę rzeczy do zrobienia, mikroskopijnych poprawek, błędów do naprawienia - to było bardzo w jej stylu - ja natomiast leżałem tutaj jak człowiek, który wrócił z miejsca, skąd nie powinien był już wracać, i nie miał jeszcze do końca siły nawet protestować przeciwko temu, że najdroższa mu osoba właśnie analizowała jego prawie-śmierć jak kolejny problem do rozwiązania. Zawsze tak było - kiedy coś ją trapiło, kiedy coś ją złościło albo martwiło, najpierw musiała to uporządkować w głowie planami, listami, kolejnymi rozwiązaniami na problemy, które jeszcze się nawet nie wydarzyły. Ja działałem inaczej - najczęściej wchodziłem w sam środek bałaganu i dopiero potem zastanawiałem się, jak z niego wyjść. Dla niej ta noc była wypełniona niepotrzebnym chaosem, pełnym niedopatrzeń i kluczowych momentów do zmiany, czymś, co należało poprawić następnym razem, bo w tym momencie trudno było nie wierzyć, że ten „następny raz” już nigdy nie miał się wydarzyć. Dla mnie, chociaż nie mogłem się z tym nie zgodzić, walka z wilkołakiem była po prostu kolejnym dowodem na to, że rzeczy, które robiłem, czasem kończyły się w bardzo nieprzyjemny sposób, i nawet jeśli zdecydowanie pragnąłem unikać „następnych razów”... To było właśnie to, o czym kiedyś wspominałem, parokrotnie, w tym całkowicie serio, nie ironizując, podczas jednej z naszych najpoważniejszych rozmów - prawda? Jednak zamiast stwierdzić coś, co tylko niepotrzebnie pogorszyłoby atmosferę pomiędzy nami, tym razem naprawdę zdecydowałem się trzymać spieczony język za zębami, a japę na kłódkę, ponieważ wcale nie chciałem „a nie mówić”. Nie potrafiłem nie czuć się z tym wszystkim paskudnie, nie tylko fizycznie źle, chociaż gdzieś z tyłu głowy, podświadomie, od samego początku wiedziałem, że to się kiedyś wydarzy - nadejdzie ten dzień czy noc, gdy coś pójdzie nie tak, jak planowałem. Nie spodziewałem się tylko, jak szybko do tego dojdzie i jaką formę to przybierze.
- Bszmi jak ty. - Rzuciłem, nie mogąc nie dostrzec tego, jak teatralnie wywróciła oczami, co praktycznie natychmiast skłoniło mnie do takiej, nie innej reakcji. W normalnej sytuacji pewnie bym się z niej podśmiewał, powiedziałbym coś trochę bardziej błyskotliwego o jej obsesji na punkcie planów i list, ale teraz nie miałem na to ani siły, ani ochoty - nie po tym, co przeżyliśmy - teraz zadowoliłem się pośrednim rozwiązaniem, cicho prychając pod nosem, ale zostając przy banalnym:
- Gdyby świat się skończył, pewnie zlobiłabyś spis szeszy do poplawienia pszy następnym. - Skwitowałem bez chwili zawahania, jednak nie było w tym kpiny - w pewnym sensie ta jej uporządkowana determinacja była jedną z rzeczy, które zawsze mnie uspokajały, to była jedna z jej najbardziej irytujących i jednocześnie najbardziej godnych podziwu cech - kącik moich ust drgnął tylko odrobinę wyżej, zadziornie, nie uszczypliwie. To było znajome, normalne, to coś pomiędzy nami, co nie zmieniało się nawet wtedy, kiedy jedno z nas ledwo oddychało pod bandażami a drugie przez całą noc wstrzymywało dech w piersiach.
Wciąż czułem się jak ktoś, kto wrócił do własnego ciała po długiej nieobecności, niby wszystko było na swoim miejscu, a jednocześnie jakby nie do końca pasowało. Piłem powoli, tak jak mi powiedziała - gardło miałem tak wyschnięte, że pierwszy łyk był prawie bolesny, ale jednocześnie przyniósł ulgę, której wcześniej nawet nie potrafiłem nazwać - woda była chłodna i czysta, spływała powoli w dół, a ja starałem się nie przełykać zbyt szybko, choć mój organizm wyraźnie miał na to ochotę. Usłyszałem jej spokojne „to nic takiego” i odruchowo prychnąłem cicho pod nosem, jednak zabrzmiało to bardziej jak zmęczony wydech niż śmiech.
- Jasne. - Wymamrotałem ochryple, kącik moich ust drgnął lekko, chociaż ten uśmiech był słaby i trochę krzywy, nie żartowałem tak naprawdę, tylko ubierałem w półżart coś, co było dla mnie oczywiste. - Nic takiego. - Bujda, kompletna bujda, zauważyłem choćby to, jak pewnie trzymała szklankę, chociaż wiedziałem, że przez całą noc musiała być napięta jak struna… To chyba jednak podpadało pod kategorię „coś takiego”. Głos miałem wciąż chropowaty, ale tym razem nie chodziło wyłącznie o moje spieczone gardło, coś w środku nie pozwalało mi słuchać tego bez reakcji.
Im dłużej byłem przytomny, tym wyraźniej zaczynałem czuć ciężar własnego ciała i wszystkiego, co się z nim wydarzyło. Ból nie znikał, tylko zmieniał formę - z ostrego, rozdzierającego przechodził w głęboki, tępy puls, który rozlewał się wzdłuż żeber i wracał przy każdym głębszym oddechu. Leżałem jednak spokojnie, wsłuchując się w jej głos i w sposób, w jaki mówiła, bo znałem go zbyt dobrze, żeby nie słyszeć tego, co kryło się pod spokojną powierzchnią słów. To było dokładnie w jej stylu - zamiast zatrzymać się przy strachu, natychmiast zaczynała budować plan, rozkładać rzeczy na części, układać w głowie listy i scenariusze. Wiedziałem, że tak radziła sobie z rzeczami, które były dla niej zbyt blisko, kontrola była dla niej tarczą, jak dla znacznej części z nas, jednak w przeciwieństwie do większości ludzi, moja żona miała tę słodko-gorzką sposobność pamiętania wszystkiego, co się działo, każdego szczegółu, który się powiódł i tego, który zawiódł.
Odwróciłem głowę w jej stronę, ostrożnie, żeby nie poruszyć zbyt gwałtownie szyją.
- Wyglądał goszej ode mnie, jeśli to cię pociesza. - Powiedziałem to spokojnie, bez triumfu, bez szczególnej satysfakcji, po prostu jak fakt. Nie rozwijałem tematu, przez chwilę znów milczałem, czując ciężar tamtego wspomnienia powoli osiadający we mnie razem z bólem w boku. Nie był to pierwszy raz, kiedy starcie kończyło się w ten sposób, i pewnie nie ostatni, mimo to każda taka noc zostawiała po sobie coś ciężkiego - coś, co przez chwilę trzeba było po prostu unieść. Widziałem w życiu zbyt wiele takich zakończeń, żeby traktować je jak zwycięstwo.
- Wiesz - mruknąłem po chwili ciszy - jeśli mam być szczely, to i tak czuję się, jakby ktoś mnie przeszuł i wypluł na bluk. - Kącik ust znów drgnął mi lekko. - Więc twoje pszytulanie laszej nie pogolszy statystyk. - Westchnąłem lekko, uważając, żeby nie poruszyć się zbyt gwałtownie. Delikatnie przesunąłem zdrową rękę, żeby nie wisiała bezwładnie przy moim boku - ten ruch był powolny i ostrożny, każdy centymetr przestrzeni miał znaczenie - w końcu oparłem dłoń lekko na jej ramieniu. Czułem napięcie mięśni, które wciąż nie do końca chciały się rozluźnić, ale w tym momencie decydowałem się je ignorować.
- Czasem zadaję głupie pytania. - Odmruknąłem. - To jedna z moich wielu zalet. Nie pamiętasz? - W moich oczach pojawiło się coś na kształt zmęczonego rozbawienia. - Jasne. - Głos wciąż miałem niski i trochę zdarty, ale tym razem było w nim coś lżejszego. - Będę lapoltował na biesząco. - Kiwnąłem głową, bo przecież zamierzałem być ostrożny, to nie tak, że automatycznie wszystko bagatelizowałem, wiedziałem, kiedy przestać. Mimo tego, kiedy wsunęła się pod moje ramię, instynktownie poruszyłem się minimalnie, żeby zrobić jej miejsce, tłumiąc w sobie wszelkie inne bodźce, wbrew wcześniejszym zapewnieniom o konieczności komunikowania dyskomfortu. Ruch wywołał krótkie, tępe ukłucie w boku, które przecięło mnie jak błyskawica, ale nie było to nic, czego nie dało się wytrzymać - ból szybko opadł do znanego, przytłumionego pulsowania - skupiłem się tylko na tym, jak powoli, ostrożnie wsunęła się pod moje ramię. Ciało Pruey przylgnęło do mojego, lekkie i napięte jednocześnie, musiała bardzo uważać, żeby nie zahaczyć o rany, ale mimo tej ostrożności jej obecność była tak realna i bliska, że przez chwilę po prostu oddychałem razem z nią. Było warto, zdecydowanie. Zacisnąłem tylko mocniej zęby, upewniając się, że nie wydam z siebie żadnego, nawet najcichszego jęku czy syknięcia, które mogłoby ją spłoszyć. Znałem ją aż za dobrze, wiedziałem, że gdyby tylko usłyszała, że jej dotyk sprawił mi dyskomfort, natychmiast by się odsunęła. Na moment zamknąłem oczy, pozwalając, żeby ta chwila po prostu trwała. Nie ruszałem się, nawet nie próbowałem, bo wiedziałem, że w tej chwili najbezpieczniej będzie po prostu zostać tam, gdzie jestem.
- Na lasie to… - Zawahałem się na sekundę, marszcząc lekko nos, zanim zdążyła zadać mi to pytanie. - Mmmmm… Tszy i pół. - Teatralnie wygiąłem kącik ust, wyglądając tak, jakbym zamierzał do niej mrugnąć, chociaż w tym stanie raczej nie zamierzałem podejmować tej próby. - Mosze cztely, jeśli zaczniesz się wielsiś. - Oddychałem spokojniej przez kilka sekund, pozwalając, żeby moje ciało przyzwyczaiło się do tej pozycji, przez moment skupiłem się tylko na tym uczuciu. Ciepło drugiego człowieka było zaskakująco kojące po tej całej zimnej, wilgotnej nocy, która wciąż siedziała gdzieś głęboko w moich kościach. Przesunąłem lekko głowę, tak żeby móc oprzeć policzek o jej włosy. Pachniały znajomo - trochę mydłem, trochę ziołami, których używała przy opatrunkach, i czymś, co zawsze było po prostu… Nią.
Wtedy poczułem to pod palcami - ledwo uchwytne, nierytmiczne drżenie, które przebiegało przez jej ramiona, było tak delikatne, że prawie mogłem je pomylić z własnym pulsem, ale wiedziałem, co oznaczało. Próbowała oddychać równo, kurczowo trzymając się resztek opanowania, jednak te wszystkie godziny strachu właśnie zaczęły z niej wyciekać, ta siła, którą mi dawała, miała swoją wysoką cenę.
- Sunny… - Poczekałem chwilę, słuchając jej oddechu. - Znam cię tlochę dłuszej nisz od wczolaj… To tlochę inna liga. Pamiętasz. - Nie był to ton pytania ani napomnienia, raczej coś pomiędzy, coś miękkiego, co zwykle zostawiałem tylko dla niej. - Nie musisz telas byś dzielna. - Mój głos nie był ani śmiertelnie poważny, ani pobłażliwy - był pewny, jak coś, z czym nie trzeba było dyskutować.
W pokoju panowała cicho, dało się słyszeć tylko nasze oddechy i odległy szum ulicy za oknem, który w tej mlecznej, październikowej mgle brzmiał, jakby dochodził z bardzo daleka.
- Nie musisz byś usdlowicielem. - Palcami odsunąłem lekko kosmyk włosów, który przykleił się jej do policzka. - Ani kimkolwiek innym. - Przyciągnąłem ją jeszcze odrobinę bliżej - tak, żeby mogła oprzeć głowę wygodniej - moja dłoń wciąż spoczywała w tym samym miejscu, więc przesunąłem palcami trochę wyżej, aż zatrzymały się przy jej karku, gdzie włosy były lekko rozczochrane. Przyjrzałem się jej twarzy jeszcze raz - cieniom pod oczami, zmęczeniu, temu upartego napięciu, które wciąż trzymała w szczęce, jakby nie pozwalała sobie odpuścić ani na sekundę - czułem zmęczenie bijące od niej prawie tak wyraźnie jak ciepło.
- Jesteś tylko ze mną. - Przypomniałem, dając jej do zrozumienia, że czegokolwiek teraz potrzebowała, mogła sobie na to pozwolić. Przez chwilę nic więcej nie mówiłem, pozwalając, żeby cisza zrobiła swoje. Moja ręka powoli przesunęła się po jej włosach w pierwszym, a później kolejnym, spokojnym, jednostajnym ruchu.
Zamilkłem na chwilę, dając jej przestrzeń, podczas gdy moje własne ciało, chociaż wciąż przypominało pobojowisko, na którym każdy nerw zdawał się krzyczeć o litość, zareagowało instynktownym ukojeniem. Wiedziałem, że nienawidziła słabości, ale dla mnie to nie była słabość - to była cena, jaką płaciła za to, że kochała kogoś tak beznadziejnie narażonego na śmierć jak ja.
- Zabiliśmy go. - Powiedziałem, chcąc zamknąć ten rozdział, a może po to, by trochę ukoić skołatane nerwy Prue, nawiązując do jej nienawiści do tych bestii. - Spłonął. Ten kundel jusz nigdy nikogo nie dotknie. - Zrobiłem pauzę, by zaczerpnąć tchu, i spojrzałem jej prosto w oczy, chcąc, by dotarło do niej każde moje słowo. Przez moment wpatrywałem się w jej twarz, próbując zgadnąć, czy ta informacja przyniesie jej ulgę, czy tylko dołoży kolejną rzecz do tej długiej listy myśli, które już krążyły w jej głowie od kilku godzin. Dopilnowaliśmy, by ten potwór nigdy więcej nikogo nie skrzywdził, zadźgaliśmy go srebrem, odcięliśmy mu łeb, spaliliśmy go na popiół. Nawet jeśli ten pył wciąż zdawał się osiadać na moich płucach, utrudniając mi oddech, i wciąż czułem zapach dymu z tamtego lasu, to tutaj, w tym łóżku, otulony obecnością, w końcu zaczynałem czuć, że noc naprawdę się skończyła.
Słuchałem jej cichego głosu, gdy tak po prostu próbowała zbagatelizować to wszystko, co dla mnie zrobiła - gdy mówiła, że nie stoczyła żadnej walki, że tylko czuwała, że to nic wielkiego - nie zgadzałem się z ani jednym stwierdzeniem, wbrew wszelkim pozorom, zawsze miałem aż nazbyt krystaliczną świadomość ceny, jaką czasem płacili inni za moje wybory. Nie zawsze się tym przejmowałem, to prawda, jednak w tym konkretnym przypadku nie potrafiłem machnąć ręką na to, co mi powiedziała.
- Wiesz, sze to bszmi jak kompletna bzdula, plawda? - Zapytałem, aż za spokojnie, i na moment przechyliłem głowę, żeby móc spojrzeć na nią trochę lepiej. - Ktoś pszychodzi w ślodku nocy do domu, plawie wyklwawia się na podłodze, ty go latujesz, tszymasz pszy szyciu pszes kilka godzin… I nazywasz to „nic wielkiego”. - Krótki, słaby, ale wymowny uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Słowa, które powiedziała, były typowe dla niej - umniejszanie temu wszystkiemu, jakby czuwanie przez całą noc nad kimś, kto niemal wykrwawił się na podłodze własnego domu, było czymś zupełnie zwyczajnym, jakby to była tylko kolejna drobna rzecz na liście obowiązków. - Naplawdę masz fatalny zwyczaj udawania, sze twoje zaangaszowanie nie jest niczym szczególnym. - Stwierdziłem cicho, moja dłoń w końcu znalazła jej rękę i zacisnęła się na niej trochę pewniej - nie mocno, tylko tyle, żeby poczuła, że ją trzymam. - Ale pamiętaj, ja mam fatalny zwyczaj widzenia, kiedy tak nie jest. - Pokręciłem lekko głową, natychmiast żałując tego ruchu, bo skroń zapulsowała ostrzej. - Musimy powasznie pogadaś o definicjach, bo zaczynam się zastanawiaś, co musiałabyś zlobiś, szeby uznaś coś za powaszne osiągnięcie. - Minimalnie uniosłem brew. Gdybym miał więcej siły, pewnie bym się z nią o to sprzeczał, powiedziałbym jej, że nie wszystko da się przewidzieć, czasem rzeczy po prostu się dzieją, a radzenie sobie z nimi, tak jak zrobiła to ona, było naprawdę niesamowicie wartościową umiejętnością, teraz jednak nie miałem ochoty walczyć z czymś, co było jej tarczą. Przez chwilę nic nie mówiłem, pozwoliłem jej dokończyć, wypowiedzieć wszystko, co miała w sobie. Nie próbowałem jej pocieszać, nie mówiłem, że wszystko będzie dobrze, bo oboje wiedzieliśmy, że świat, w którym żyliśmy, rzadko bywał „dobry”.
- Tak między nami… - Zacząłem kilka momentów później, trochę bardziej miękko, chociaż nie bez towarzyszącej mi chrypki, na której zaleczenie z pewnością nie miało wystarczyć wyłącznie kilka łyków wody - to już wiedziałem, bo pieczenie nie ustało. - Wciąsz jesteś najładniejszą, wyczelpaną osobą, jaką kiedykolwiek widziałem. - Westchnąłem cicho. Krótkie, zmęczone parsknięcie uciekło mi z gardła. - A widziałem naplawdę spolo wyczelpanych ludzi. Wiesz mi. - Te słowa wyszły ze mnie spokojnie, bez żartu, bez ironii, przez chwilę tylko patrzyłem na nią, pozwalając, żeby wybrzmiało to takim, jakim było naprawdę - szczerym, bo mimo całego bólu, chaosu i mojego własnego, zwykle dość porywczego i nieprzychylnego momentom miękkości charakteru, jedno było dla mnie absolutnie jasne - kochałem ją, naprawdę mocno, i nawet gdybym próbował to ukryć za tysiącem głupich żartów z prezencji nas obojga i krzywych min, przy niej zawsze wychodziło to na wierzch, w jeden czy drugi sposób.
- Wiesz, sze i tak się nie nabiolę… - Dodałem ciszej. Powoli przesunąłem dłoń na jej kark i przyciągnąłem ją odrobinę bliżej, tak żeby mogła schować twarz przy mojej szyi, jeśli tylko będzie chciała. Czułem, że próbowała utrzymać wszystko w środku, jakby trzymała zamknięte drzwi, które od dawna powinny się otworzyć.
Lekko kiwnąłem głową, czego praktycznie natychmiast pożałowały moje tępo pulsujące skronie - nie potrzebowaliśmy od razu zbyt głęboko wnikać w niektóre detale, każde kolejne zdanie, jakie wymienialiśmy, i tak układało się w znajomy schemat, który widziałem wiele razy wcześniej, chociaż nigdy przedtem nie dotyczył mnie on bezpośrednio - przynajmniej nie w ten konkretny sposób, ponieważ tak naprawdę dopiero powoli usiłowaliśmy znaleźć jakiś złoty środek w wyznawanych przez nas przekonaniach na temat bycia uzdrawianym - jeśli coś poszło źle, trzeba było znaleźć przyczynę, naprawić system i spróbować nie dopuścić, żeby błąd się powtórzył. Tak się składało, iż moja żona od zawsze przykładała naprawdę przeogromną wagę do weryfikacji danych, to było w niej piękne i jednocześnie czasem cholernie niesprawiedliwe dla niej samej. Nie mogłem kręcić na to nosem, chociaż nie do końca odpowiadał mi stan, do jakiego się jednocześnie doprowadziła - wiedziałem, z czego on wynikał, lecz jednocześnie nie chciałem być powodem jej skrajnego wycieńczenia.
Przez chwilę milczałem, próbując znaleźć słowa, które nie zabrzmią jak pusty frazes - nie od razu dodałem coś więcej, bo nagle przypomniał mi się obraz, który pojawił się w mojej głowie tylko na sekundę, ale był wystarczająco wyraźny… Przedpokój, mokra podłoga, krew, której było za dużo, żeby udawać, że to tylko draśnięcie, podarte warstwy ubrań i wyłaniająca się spod nich tkanka… Pamiętałem jej twarz pochyloną nade mną, pamiętałem jej ręce i to, że coś mówiła, chociaż wtedy chyba nie rozumiałem słów. Pamiętałem też moment, kiedy naprawdę myślałem, że to koniec…
Powoli wypuściłem powietrze z płuc, próbując otrzeźwieć z tego wspomnienia. Ból nie zniknął, tylko przesunął się gdzieś w tło, przypominając trochę jednostajny, głuchy szum - czułem go przy każdym oddechu i przy każdym napięciu mięśni, ale przynajmniej przestał być tym ostrym, paraliżującym uderzeniem, które wcześniej odbierało mi zdolność myślenia, teraz mogłem przynajmniej patrzeć na nią i naprawdę słuchać. Obserwowałem drobne zmiany w jej twarzy, napięcie w mięśniach szczęki, sposób, w jaki marszczyła brwi, kiedy coś analizowała. W tej chwili robiła dokładnie to, co robiła najlepiej - układała wszystko w głowie, planowała, wyciągała wnioski. Wiedziałem, że gdzieś za tym spokojem już budowała sobie listę rzeczy do zrobienia, mikroskopijnych poprawek, błędów do naprawienia - to było bardzo w jej stylu - ja natomiast leżałem tutaj jak człowiek, który wrócił z miejsca, skąd nie powinien był już wracać, i nie miał jeszcze do końca siły nawet protestować przeciwko temu, że najdroższa mu osoba właśnie analizowała jego prawie-śmierć jak kolejny problem do rozwiązania. Zawsze tak było - kiedy coś ją trapiło, kiedy coś ją złościło albo martwiło, najpierw musiała to uporządkować w głowie planami, listami, kolejnymi rozwiązaniami na problemy, które jeszcze się nawet nie wydarzyły. Ja działałem inaczej - najczęściej wchodziłem w sam środek bałaganu i dopiero potem zastanawiałem się, jak z niego wyjść. Dla niej ta noc była wypełniona niepotrzebnym chaosem, pełnym niedopatrzeń i kluczowych momentów do zmiany, czymś, co należało poprawić następnym razem, bo w tym momencie trudno było nie wierzyć, że ten „następny raz” już nigdy nie miał się wydarzyć. Dla mnie, chociaż nie mogłem się z tym nie zgodzić, walka z wilkołakiem była po prostu kolejnym dowodem na to, że rzeczy, które robiłem, czasem kończyły się w bardzo nieprzyjemny sposób, i nawet jeśli zdecydowanie pragnąłem unikać „następnych razów”... To było właśnie to, o czym kiedyś wspominałem, parokrotnie, w tym całkowicie serio, nie ironizując, podczas jednej z naszych najpoważniejszych rozmów - prawda? Jednak zamiast stwierdzić coś, co tylko niepotrzebnie pogorszyłoby atmosferę pomiędzy nami, tym razem naprawdę zdecydowałem się trzymać spieczony język za zębami, a japę na kłódkę, ponieważ wcale nie chciałem „a nie mówić”. Nie potrafiłem nie czuć się z tym wszystkim paskudnie, nie tylko fizycznie źle, chociaż gdzieś z tyłu głowy, podświadomie, od samego początku wiedziałem, że to się kiedyś wydarzy - nadejdzie ten dzień czy noc, gdy coś pójdzie nie tak, jak planowałem. Nie spodziewałem się tylko, jak szybko do tego dojdzie i jaką formę to przybierze.
- Bszmi jak ty. - Rzuciłem, nie mogąc nie dostrzec tego, jak teatralnie wywróciła oczami, co praktycznie natychmiast skłoniło mnie do takiej, nie innej reakcji. W normalnej sytuacji pewnie bym się z niej podśmiewał, powiedziałbym coś trochę bardziej błyskotliwego o jej obsesji na punkcie planów i list, ale teraz nie miałem na to ani siły, ani ochoty - nie po tym, co przeżyliśmy - teraz zadowoliłem się pośrednim rozwiązaniem, cicho prychając pod nosem, ale zostając przy banalnym:
- Gdyby świat się skończył, pewnie zlobiłabyś spis szeszy do poplawienia pszy następnym. - Skwitowałem bez chwili zawahania, jednak nie było w tym kpiny - w pewnym sensie ta jej uporządkowana determinacja była jedną z rzeczy, które zawsze mnie uspokajały, to była jedna z jej najbardziej irytujących i jednocześnie najbardziej godnych podziwu cech - kącik moich ust drgnął tylko odrobinę wyżej, zadziornie, nie uszczypliwie. To było znajome, normalne, to coś pomiędzy nami, co nie zmieniało się nawet wtedy, kiedy jedno z nas ledwo oddychało pod bandażami a drugie przez całą noc wstrzymywało dech w piersiach.
Wciąż czułem się jak ktoś, kto wrócił do własnego ciała po długiej nieobecności, niby wszystko było na swoim miejscu, a jednocześnie jakby nie do końca pasowało. Piłem powoli, tak jak mi powiedziała - gardło miałem tak wyschnięte, że pierwszy łyk był prawie bolesny, ale jednocześnie przyniósł ulgę, której wcześniej nawet nie potrafiłem nazwać - woda była chłodna i czysta, spływała powoli w dół, a ja starałem się nie przełykać zbyt szybko, choć mój organizm wyraźnie miał na to ochotę. Usłyszałem jej spokojne „to nic takiego” i odruchowo prychnąłem cicho pod nosem, jednak zabrzmiało to bardziej jak zmęczony wydech niż śmiech.
- Jasne. - Wymamrotałem ochryple, kącik moich ust drgnął lekko, chociaż ten uśmiech był słaby i trochę krzywy, nie żartowałem tak naprawdę, tylko ubierałem w półżart coś, co było dla mnie oczywiste. - Nic takiego. - Bujda, kompletna bujda, zauważyłem choćby to, jak pewnie trzymała szklankę, chociaż wiedziałem, że przez całą noc musiała być napięta jak struna… To chyba jednak podpadało pod kategorię „coś takiego”. Głos miałem wciąż chropowaty, ale tym razem nie chodziło wyłącznie o moje spieczone gardło, coś w środku nie pozwalało mi słuchać tego bez reakcji.
Im dłużej byłem przytomny, tym wyraźniej zaczynałem czuć ciężar własnego ciała i wszystkiego, co się z nim wydarzyło. Ból nie znikał, tylko zmieniał formę - z ostrego, rozdzierającego przechodził w głęboki, tępy puls, który rozlewał się wzdłuż żeber i wracał przy każdym głębszym oddechu. Leżałem jednak spokojnie, wsłuchując się w jej głos i w sposób, w jaki mówiła, bo znałem go zbyt dobrze, żeby nie słyszeć tego, co kryło się pod spokojną powierzchnią słów. To było dokładnie w jej stylu - zamiast zatrzymać się przy strachu, natychmiast zaczynała budować plan, rozkładać rzeczy na części, układać w głowie listy i scenariusze. Wiedziałem, że tak radziła sobie z rzeczami, które były dla niej zbyt blisko, kontrola była dla niej tarczą, jak dla znacznej części z nas, jednak w przeciwieństwie do większości ludzi, moja żona miała tę słodko-gorzką sposobność pamiętania wszystkiego, co się działo, każdego szczegółu, który się powiódł i tego, który zawiódł.
Odwróciłem głowę w jej stronę, ostrożnie, żeby nie poruszyć zbyt gwałtownie szyją.
- Wyglądał goszej ode mnie, jeśli to cię pociesza. - Powiedziałem to spokojnie, bez triumfu, bez szczególnej satysfakcji, po prostu jak fakt. Nie rozwijałem tematu, przez chwilę znów milczałem, czując ciężar tamtego wspomnienia powoli osiadający we mnie razem z bólem w boku. Nie był to pierwszy raz, kiedy starcie kończyło się w ten sposób, i pewnie nie ostatni, mimo to każda taka noc zostawiała po sobie coś ciężkiego - coś, co przez chwilę trzeba było po prostu unieść. Widziałem w życiu zbyt wiele takich zakończeń, żeby traktować je jak zwycięstwo.
- Wiesz - mruknąłem po chwili ciszy - jeśli mam być szczely, to i tak czuję się, jakby ktoś mnie przeszuł i wypluł na bluk. - Kącik ust znów drgnął mi lekko. - Więc twoje pszytulanie laszej nie pogolszy statystyk. - Westchnąłem lekko, uważając, żeby nie poruszyć się zbyt gwałtownie. Delikatnie przesunąłem zdrową rękę, żeby nie wisiała bezwładnie przy moim boku - ten ruch był powolny i ostrożny, każdy centymetr przestrzeni miał znaczenie - w końcu oparłem dłoń lekko na jej ramieniu. Czułem napięcie mięśni, które wciąż nie do końca chciały się rozluźnić, ale w tym momencie decydowałem się je ignorować.
- Czasem zadaję głupie pytania. - Odmruknąłem. - To jedna z moich wielu zalet. Nie pamiętasz? - W moich oczach pojawiło się coś na kształt zmęczonego rozbawienia. - Jasne. - Głos wciąż miałem niski i trochę zdarty, ale tym razem było w nim coś lżejszego. - Będę lapoltował na biesząco. - Kiwnąłem głową, bo przecież zamierzałem być ostrożny, to nie tak, że automatycznie wszystko bagatelizowałem, wiedziałem, kiedy przestać. Mimo tego, kiedy wsunęła się pod moje ramię, instynktownie poruszyłem się minimalnie, żeby zrobić jej miejsce, tłumiąc w sobie wszelkie inne bodźce, wbrew wcześniejszym zapewnieniom o konieczności komunikowania dyskomfortu. Ruch wywołał krótkie, tępe ukłucie w boku, które przecięło mnie jak błyskawica, ale nie było to nic, czego nie dało się wytrzymać - ból szybko opadł do znanego, przytłumionego pulsowania - skupiłem się tylko na tym, jak powoli, ostrożnie wsunęła się pod moje ramię. Ciało Pruey przylgnęło do mojego, lekkie i napięte jednocześnie, musiała bardzo uważać, żeby nie zahaczyć o rany, ale mimo tej ostrożności jej obecność była tak realna i bliska, że przez chwilę po prostu oddychałem razem z nią. Było warto, zdecydowanie. Zacisnąłem tylko mocniej zęby, upewniając się, że nie wydam z siebie żadnego, nawet najcichszego jęku czy syknięcia, które mogłoby ją spłoszyć. Znałem ją aż za dobrze, wiedziałem, że gdyby tylko usłyszała, że jej dotyk sprawił mi dyskomfort, natychmiast by się odsunęła. Na moment zamknąłem oczy, pozwalając, żeby ta chwila po prostu trwała. Nie ruszałem się, nawet nie próbowałem, bo wiedziałem, że w tej chwili najbezpieczniej będzie po prostu zostać tam, gdzie jestem.
- Na lasie to… - Zawahałem się na sekundę, marszcząc lekko nos, zanim zdążyła zadać mi to pytanie. - Mmmmm… Tszy i pół. - Teatralnie wygiąłem kącik ust, wyglądając tak, jakbym zamierzał do niej mrugnąć, chociaż w tym stanie raczej nie zamierzałem podejmować tej próby. - Mosze cztely, jeśli zaczniesz się wielsiś. - Oddychałem spokojniej przez kilka sekund, pozwalając, żeby moje ciało przyzwyczaiło się do tej pozycji, przez moment skupiłem się tylko na tym uczuciu. Ciepło drugiego człowieka było zaskakująco kojące po tej całej zimnej, wilgotnej nocy, która wciąż siedziała gdzieś głęboko w moich kościach. Przesunąłem lekko głowę, tak żeby móc oprzeć policzek o jej włosy. Pachniały znajomo - trochę mydłem, trochę ziołami, których używała przy opatrunkach, i czymś, co zawsze było po prostu… Nią.
Wtedy poczułem to pod palcami - ledwo uchwytne, nierytmiczne drżenie, które przebiegało przez jej ramiona, było tak delikatne, że prawie mogłem je pomylić z własnym pulsem, ale wiedziałem, co oznaczało. Próbowała oddychać równo, kurczowo trzymając się resztek opanowania, jednak te wszystkie godziny strachu właśnie zaczęły z niej wyciekać, ta siła, którą mi dawała, miała swoją wysoką cenę.
- Sunny… - Poczekałem chwilę, słuchając jej oddechu. - Znam cię tlochę dłuszej nisz od wczolaj… To tlochę inna liga. Pamiętasz. - Nie był to ton pytania ani napomnienia, raczej coś pomiędzy, coś miękkiego, co zwykle zostawiałem tylko dla niej. - Nie musisz telas byś dzielna. - Mój głos nie był ani śmiertelnie poważny, ani pobłażliwy - był pewny, jak coś, z czym nie trzeba było dyskutować.
W pokoju panowała cicho, dało się słyszeć tylko nasze oddechy i odległy szum ulicy za oknem, który w tej mlecznej, październikowej mgle brzmiał, jakby dochodził z bardzo daleka.
- Nie musisz byś usdlowicielem. - Palcami odsunąłem lekko kosmyk włosów, który przykleił się jej do policzka. - Ani kimkolwiek innym. - Przyciągnąłem ją jeszcze odrobinę bliżej - tak, żeby mogła oprzeć głowę wygodniej - moja dłoń wciąż spoczywała w tym samym miejscu, więc przesunąłem palcami trochę wyżej, aż zatrzymały się przy jej karku, gdzie włosy były lekko rozczochrane. Przyjrzałem się jej twarzy jeszcze raz - cieniom pod oczami, zmęczeniu, temu upartego napięciu, które wciąż trzymała w szczęce, jakby nie pozwalała sobie odpuścić ani na sekundę - czułem zmęczenie bijące od niej prawie tak wyraźnie jak ciepło.
- Jesteś tylko ze mną. - Przypomniałem, dając jej do zrozumienia, że czegokolwiek teraz potrzebowała, mogła sobie na to pozwolić. Przez chwilę nic więcej nie mówiłem, pozwalając, żeby cisza zrobiła swoje. Moja ręka powoli przesunęła się po jej włosach w pierwszym, a później kolejnym, spokojnym, jednostajnym ruchu.
Zamilkłem na chwilę, dając jej przestrzeń, podczas gdy moje własne ciało, chociaż wciąż przypominało pobojowisko, na którym każdy nerw zdawał się krzyczeć o litość, zareagowało instynktownym ukojeniem. Wiedziałem, że nienawidziła słabości, ale dla mnie to nie była słabość - to była cena, jaką płaciła za to, że kochała kogoś tak beznadziejnie narażonego na śmierć jak ja.
- Zabiliśmy go. - Powiedziałem, chcąc zamknąć ten rozdział, a może po to, by trochę ukoić skołatane nerwy Prue, nawiązując do jej nienawiści do tych bestii. - Spłonął. Ten kundel jusz nigdy nikogo nie dotknie. - Zrobiłem pauzę, by zaczerpnąć tchu, i spojrzałem jej prosto w oczy, chcąc, by dotarło do niej każde moje słowo. Przez moment wpatrywałem się w jej twarz, próbując zgadnąć, czy ta informacja przyniesie jej ulgę, czy tylko dołoży kolejną rzecz do tej długiej listy myśli, które już krążyły w jej głowie od kilku godzin. Dopilnowaliśmy, by ten potwór nigdy więcej nikogo nie skrzywdził, zadźgaliśmy go srebrem, odcięliśmy mu łeb, spaliliśmy go na popiół. Nawet jeśli ten pył wciąż zdawał się osiadać na moich płucach, utrudniając mi oddech, i wciąż czułem zapach dymu z tamtego lasu, to tutaj, w tym łóżku, otulony obecnością, w końcu zaczynałem czuć, że noc naprawdę się skończyła.
Słuchałem jej cichego głosu, gdy tak po prostu próbowała zbagatelizować to wszystko, co dla mnie zrobiła - gdy mówiła, że nie stoczyła żadnej walki, że tylko czuwała, że to nic wielkiego - nie zgadzałem się z ani jednym stwierdzeniem, wbrew wszelkim pozorom, zawsze miałem aż nazbyt krystaliczną świadomość ceny, jaką czasem płacili inni za moje wybory. Nie zawsze się tym przejmowałem, to prawda, jednak w tym konkretnym przypadku nie potrafiłem machnąć ręką na to, co mi powiedziała.
- Wiesz, sze to bszmi jak kompletna bzdula, plawda? - Zapytałem, aż za spokojnie, i na moment przechyliłem głowę, żeby móc spojrzeć na nią trochę lepiej. - Ktoś pszychodzi w ślodku nocy do domu, plawie wyklwawia się na podłodze, ty go latujesz, tszymasz pszy szyciu pszes kilka godzin… I nazywasz to „nic wielkiego”. - Krótki, słaby, ale wymowny uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Słowa, które powiedziała, były typowe dla niej - umniejszanie temu wszystkiemu, jakby czuwanie przez całą noc nad kimś, kto niemal wykrwawił się na podłodze własnego domu, było czymś zupełnie zwyczajnym, jakby to była tylko kolejna drobna rzecz na liście obowiązków. - Naplawdę masz fatalny zwyczaj udawania, sze twoje zaangaszowanie nie jest niczym szczególnym. - Stwierdziłem cicho, moja dłoń w końcu znalazła jej rękę i zacisnęła się na niej trochę pewniej - nie mocno, tylko tyle, żeby poczuła, że ją trzymam. - Ale pamiętaj, ja mam fatalny zwyczaj widzenia, kiedy tak nie jest. - Pokręciłem lekko głową, natychmiast żałując tego ruchu, bo skroń zapulsowała ostrzej. - Musimy powasznie pogadaś o definicjach, bo zaczynam się zastanawiaś, co musiałabyś zlobiś, szeby uznaś coś za powaszne osiągnięcie. - Minimalnie uniosłem brew. Gdybym miał więcej siły, pewnie bym się z nią o to sprzeczał, powiedziałbym jej, że nie wszystko da się przewidzieć, czasem rzeczy po prostu się dzieją, a radzenie sobie z nimi, tak jak zrobiła to ona, było naprawdę niesamowicie wartościową umiejętnością, teraz jednak nie miałem ochoty walczyć z czymś, co było jej tarczą. Przez chwilę nic nie mówiłem, pozwoliłem jej dokończyć, wypowiedzieć wszystko, co miała w sobie. Nie próbowałem jej pocieszać, nie mówiłem, że wszystko będzie dobrze, bo oboje wiedzieliśmy, że świat, w którym żyliśmy, rzadko bywał „dobry”.
- Tak między nami… - Zacząłem kilka momentów później, trochę bardziej miękko, chociaż nie bez towarzyszącej mi chrypki, na której zaleczenie z pewnością nie miało wystarczyć wyłącznie kilka łyków wody - to już wiedziałem, bo pieczenie nie ustało. - Wciąsz jesteś najładniejszą, wyczelpaną osobą, jaką kiedykolwiek widziałem. - Westchnąłem cicho. Krótkie, zmęczone parsknięcie uciekło mi z gardła. - A widziałem naplawdę spolo wyczelpanych ludzi. Wiesz mi. - Te słowa wyszły ze mnie spokojnie, bez żartu, bez ironii, przez chwilę tylko patrzyłem na nią, pozwalając, żeby wybrzmiało to takim, jakim było naprawdę - szczerym, bo mimo całego bólu, chaosu i mojego własnego, zwykle dość porywczego i nieprzychylnego momentom miękkości charakteru, jedno było dla mnie absolutnie jasne - kochałem ją, naprawdę mocno, i nawet gdybym próbował to ukryć za tysiącem głupich żartów z prezencji nas obojga i krzywych min, przy niej zawsze wychodziło to na wierzch, w jeden czy drugi sposób.
- Wiesz, sze i tak się nie nabiolę… - Dodałem ciszej. Powoli przesunąłem dłoń na jej kark i przyciągnąłem ją odrobinę bliżej, tak żeby mogła schować twarz przy mojej szyi, jeśli tylko będzie chciała. Czułem, że próbowała utrzymać wszystko w środku, jakby trzymała zamknięte drzwi, które od dawna powinny się otworzyć.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)