09.03.2026, 11:21 ✶
Chris podążał za swoimi kaprysami, bo mógł sobie na to pozwolić. Miał ten luksus, którego nie miało wielu innych – pieniądze, wsparcie rodziny, trochę przydatnych kontraktów, a przy tym też nie niósł na barkach tak naprawdę wielu oczekiwań, którym musiałby sprostać. Rodzina chciała, by angażował się w rodzinny biznes, to wszystko, i nie było w żadnym razie dla niego trudne, bo sam też tego chciał: projektowanie go fascynowało, a ojciec i matka dawali mu wolną rękę. Ta sama luksusowa swoboda wywoływała jednak nudę i sprawiała, że kaprysy stały się ostatnio rzadsze. A sytuacja w Anglii… tak, przez nią ta myśl o osiedleniu się gdzieś nie była już tylko zachciewajką bogatego, zblazowanego artysty.
Chris chciał uciec, choć nie był jeszcze pewny przed czym.
– Tak, to prawda. Ale w życiu trzeba próbować nowych rzeczy. Myślałem nawet o wyprawie na jakiś czas do Paryża – stwierdził, bo to też było miasto, miasto, które lubił, i w którym czuł, że mógłby się odnaleźć, wpasować w jego rytm tak, jak bez trudu żył zgodnie z pulsem magicznego Londynu. Głównym problemem był fakt, że musiałby najpierw polegać na tłumaczu, znaleźć takiego – choć nie sądził, by przy odpowiednich funduszach to miało być trudne – i poświęcić na naukę języka więcej czasu niż miał ochotę. Bawił się jednak tą myślą, rozważając możliwości. Plan miał się zmienić w październiku, ale teraz brał pod uwagę różne rzeczy. Mógł pracować wszędzie: dla niego największą radością było pochylanie się nad szkicownikami i transmutowanie różnego rodzaju materiałów, by sprawdzać, jak się ułoży czy jakie kolory najlepiej do siebie będą pasowały. – Mnóstwo domów spalono, jeszcze więcej przeklęto. Parę miesięcy będziemy borykać się z wysokimi kosztami nieruchomości – zgodził się z nią, znów z obojętnością kogoś, kto miał dość pieniędzy, by się tym nie przejmować. Trudno było jednak nie zauważyć, że jeśli ktoś kupił nieruchomości latem, miał szczęście…
…o ile oczywiście te nieruchomości nie spłonęły i nie wypełniły się duszącą sadzą.
– Posiadłość i ogrody nie ucierpiały, czy mówisz o domu poza linią Zadrapania? – spytał, raczej ot kontynuując zwykłą, uprzejmą konwersację niż zastanawiając, czy istniały powody ocalenia ogrodów Avery’ch. To nie było pytanie, które chciałby zadawać jej czy sobie. – Obrazy rodzą się zwykle po to, aby pokazać, co artysta czuje, albo co widzi. Nie wątpię, że powstanie wiele dzieł pokazujących ten pożar i zniszczenie. Moje projekty to zwykle podarunek dla innych i szukanie dla tej osoby najlepszej oprawy.
Zdarzało mu się robić szkice tylko dlatego, że coś się mu spodobało lub poruszyło jego wyobraźnię. Zwykle jednak skupiał się raczej na ubraniach, zwłaszcza w ostatnich latach. Ogień mógł być dla niego inspiracją, ale na pewno nie ten, który pochłaniał świat wokół niego.
– Głośne i chaotyczne, biorąc pod uwagę, że w apartamencie moich rodziców nagle pełno jest ludzi, a restauracja, w której matka lubiła zamawiać obiady na sabaty, spłonęła – stwierdził, uśmiechając się do niej lekko. Upił jeszcze łyk jaśminowej herbaty, wziął krakersa, trochę ot z ciekawości, jak smakuje, trochę z grzeczności. Potem odstawił filiżankę, ostrożnie, by przypadkiem nie uszkodzić cennej porcelany. Domyślał się, że panna Avery jest teraz zajęta – on zresztą też był, bo zamówienia spływały szerokim strumieniem. – Dziękuję za herbatę, Astorio, nie będę zajmował ci więcej czasu. Czekam na wiadomość, odnośnie obrazu.
Chris chciał uciec, choć nie był jeszcze pewny przed czym.
– Tak, to prawda. Ale w życiu trzeba próbować nowych rzeczy. Myślałem nawet o wyprawie na jakiś czas do Paryża – stwierdził, bo to też było miasto, miasto, które lubił, i w którym czuł, że mógłby się odnaleźć, wpasować w jego rytm tak, jak bez trudu żył zgodnie z pulsem magicznego Londynu. Głównym problemem był fakt, że musiałby najpierw polegać na tłumaczu, znaleźć takiego – choć nie sądził, by przy odpowiednich funduszach to miało być trudne – i poświęcić na naukę języka więcej czasu niż miał ochotę. Bawił się jednak tą myślą, rozważając możliwości. Plan miał się zmienić w październiku, ale teraz brał pod uwagę różne rzeczy. Mógł pracować wszędzie: dla niego największą radością było pochylanie się nad szkicownikami i transmutowanie różnego rodzaju materiałów, by sprawdzać, jak się ułoży czy jakie kolory najlepiej do siebie będą pasowały. – Mnóstwo domów spalono, jeszcze więcej przeklęto. Parę miesięcy będziemy borykać się z wysokimi kosztami nieruchomości – zgodził się z nią, znów z obojętnością kogoś, kto miał dość pieniędzy, by się tym nie przejmować. Trudno było jednak nie zauważyć, że jeśli ktoś kupił nieruchomości latem, miał szczęście…
…o ile oczywiście te nieruchomości nie spłonęły i nie wypełniły się duszącą sadzą.
– Posiadłość i ogrody nie ucierpiały, czy mówisz o domu poza linią Zadrapania? – spytał, raczej ot kontynuując zwykłą, uprzejmą konwersację niż zastanawiając, czy istniały powody ocalenia ogrodów Avery’ch. To nie było pytanie, które chciałby zadawać jej czy sobie. – Obrazy rodzą się zwykle po to, aby pokazać, co artysta czuje, albo co widzi. Nie wątpię, że powstanie wiele dzieł pokazujących ten pożar i zniszczenie. Moje projekty to zwykle podarunek dla innych i szukanie dla tej osoby najlepszej oprawy.
Zdarzało mu się robić szkice tylko dlatego, że coś się mu spodobało lub poruszyło jego wyobraźnię. Zwykle jednak skupiał się raczej na ubraniach, zwłaszcza w ostatnich latach. Ogień mógł być dla niego inspiracją, ale na pewno nie ten, który pochłaniał świat wokół niego.
– Głośne i chaotyczne, biorąc pod uwagę, że w apartamencie moich rodziców nagle pełno jest ludzi, a restauracja, w której matka lubiła zamawiać obiady na sabaty, spłonęła – stwierdził, uśmiechając się do niej lekko. Upił jeszcze łyk jaśminowej herbaty, wziął krakersa, trochę ot z ciekawości, jak smakuje, trochę z grzeczności. Potem odstawił filiżankę, ostrożnie, by przypadkiem nie uszkodzić cennej porcelany. Domyślał się, że panna Avery jest teraz zajęta – on zresztą też był, bo zamówienia spływały szerokim strumieniem. – Dziękuję za herbatę, Astorio, nie będę zajmował ci więcej czasu. Czekam na wiadomość, odnośnie obrazu.