Deirdre w ogóle nie wyglądała, jakby nie zmrużyła oka. W rzeczywistości kobieta udała się do swojej tymczasowej od miesiąca sypialni, otworzyła swój dziennik, wygładzając przestrzeń w złożeniu kartek nadgarstkiem, zostawiając tam zapach swojej zmęczonej skóry i poczyniła zapiski ubiegłego dnia. Następnie rozwinęła włosy i przez trzysta ruchów szczotką rozczesywała białe pukle do całkowitej sypkości, aby następnie zawinąć je w luźny warkocz i schować pod pod jedwabną szlafmycą. Jej przewagą była zwyczajność takie trybu życia. Co jakiś czas musiała żyć niczym nocna mara, bo zaskakująco, czarodziejom zdarzały się wypadki natury zoologicznej również nocami, a ona nie umiała spać podczas nocek, nawet gdy nie działo się zupełnie nic na oddziale.
W przeciwieństwie do swoich gospodarzy, nie pojawiła się na śniadaniu w negliżu; założyła tę samą domową sukienkę co zawsze, w kolorze nieokreślonego niebieskiego z dobrej jakości bawełny, zapinaną z przodu na guziki z masy perłowej, jeden lekko ukruszony, niemal pod szyję. Dekolty należały do mody wieczorowej. Teraz już luźne włosy opadały falami na ramiona. W głowie Deirdre ten dzień powinien być słoneczny, ale rzeczywistość wyśmiała jej oczekiwania.
Deirdre nie jadała mięsa, ale nie przywoływała tego faktu w żaden głośny, wulgarny sposób, nie oczekiwała też, że gospodarz będzie zmieniał swoją rutynę podle jej preferencję. Wzdrygnęła się na to. Wydziwianie przy stole było domeną dzieci, a nie dorosłych. Zresztą, nie miała na co narzekać, Deirdre wbrew swojej sylwetce, nader uwielbiała słodkości. Dlatego, tak samo, jak Oleander, rozpoczęła od deseru.
Najpierw jednak złagodziła suchość ust herbatą.
Nie wyłapała kłamstwa. W ogóle nie zwróciła uwagi, że mogłoby jakiekolwiek paść.
— Była to jedyna. Hmmm. Jedna z ciekawszych rzeczy. Oleandrowi do twarzy w niebieskim, a mi. Mi niezbyt pasują czarne włosy. Ale poza tym, mam teorię. Otóż... jakby to, Lestrange otworzyli, hmm, rynek matrymonialny, przy czym mam na myśli rynek w sensie, ym, dosłownym. Jako Aperitif został zaserwowany eliksir. To jest, różne eliksiry. Były osoby, które dostały skrzydeł, ale też. Mój eliksir spowodował, że, hm... — końcówki uszu Deirdre zaczerwieniły się. — Bardzo chciałam pocałować Oleandra. I chęć była tak duża, że potrzeba było zaklęcia rozproszania, aby... aby ją pokonać. Więc mieliśmy mężczyzn pokazujących zasobność portfeli i eeee, eliksiry nakłaniające do kontaktów fizycznych, a także zwracające uwagę na siebie.
Zakończyła ze zgrozą.
— Więc, więc jak widzisz. Rynek czystokrwistych. A później śpiewał ten dziwaczny chłoptaś Selwynów. Współczuję jego przyszłej żonie. Albo będę gratulować naprostowania.
Była z niej straszna hipokrytka pod tym względem, ale dla niej była znacząca różnica pomiędzy Oleandrem, artystą metamorfomagiem, ze względu na jego magiczne zalety, wpisane w krew, a Hannibalem, który był aktorem.