08.03.2026, 00:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2026, 01:00 przez Oleander Crouch.)
Nie przepadał za wieprzowiną. Świnie kojarzyły mu się z brudem, porastającym magiczne społeczeństwo rakiem; umorusane błotem stworzenia powinny znać swoje miejsce, nie obejmować stanowisk w instytucjach państwowych.
Charakterystyczny akord porcelanowego dzbanka dzwoniący dotknięciem krawędzi filiżanki dołączył do harmonijnej skali uderzających o witraże kuchennego świetlika kropel. Anglia powoli pogrążała się w oktawie jesiennych opadów, acz ziemia nie nasiąkała wilgocią w znanych interwałach szarości. Spróchniałe, przepalone korzenie wyginały się w rytm wynaturzenia; tercja płomieni zdawała się łapać co trzeci krok, wślizgiwać w rozczochrane myśli, spomiędzy rdzawych kosmyków.
Jadeitowy materiał jedwabnego szlafroka, niedbale zarzucony na ramiona, przewiązany paskiem o złotej nici podkreślał ognistość odżywionych, choć znających lepsze dni włosów. Uwiązane w niedbały twór prawdopodobnie mający imitować kok, pozwalały Oleandrowi widzieć odrobinę więcej świata. Nie poczuwał się dziś do zabawy przed lustrem, ba, nie trafił nawet do swojej sypialni po powrocie z balu. Sen miał płytki, przerywany ciężkim oddechem drugiej osoby. Wspomnienia balu maskowego pozostawały żywe, faerie barw i półmroku rezydencji Lestrange'ów wkradały się pod powieki ilekroć zieleń tęczówek została nimi zakryta.
Słowa Desmoda zdawały się równie odległe, co wspomnienia ciepłego lata, które spędzili razem w Wiltshire. Blondyn wciąż był obok, ale wszystko dookoła było tak inne, oni sami zdawali się kompletnie innymi ludźmi, bo tamten Desmond, nigdy nie okłamywałby swojej kuzynki przy niedzielnym śniadaniu.
Zaburczało mu w brzuchu, acz zapach jajek i słoność bekonu przyprawiały go tylko o mdłości. W typowym sobie zniecierpliwieniu, maskowanym senną ociężałością, sięgnął po najbardziej atrakcyjną część posiłku - deser. Intensywny zapach kawy zmieszany z brandy oraz francuskim kremem przez sekundę zdawał się wszystkim, co tylko sobie wymarzył.
- Nie powiem, że wiele straciłeś - odparł, ciągnąc kłamstwo, zupełnie jakby w emocjach, szeptem nie opowiadał Malfoyowi wszystkich frustracji związanych z występami na balu - Jedna z nudniejszych imprez, a raczej, tak samo nudna jak wszystkie inne. Starzy ludzie licytowali jakieś kompletnie bezużyteczne bibeloty w imię charytatywnej działalności, grajkowie weselno-imprezowi zabawili towarzystwo i parę osób zatruło się alkoholem, bo jedna z toalet była ciągle zajęta. Ot wspaniały bal - przewrócił oczyma, lekko trzepocząc rzęsami, z których spadła resztka brokatu - dowód wczorajszej kreacji.
- Tak się cieszę, że zabrałem ze sobą Dei. Inaczej umarłbym z nudów. Ah, no właśnie, moja droga, chcesz opowiedzieć o tych wspaniałych eliksirach, które podolewali nam do drinków? - Crouch uśmiechnął się zawadiacko, spoglądając to na jednego Malfoya, to na drugiego. Musiał postawić się w centrum wydarzeń, inaczej nie byłby sobą. Fakt braku zazdrości w Desmondzie odrobinę mu przeszkadzał, więc może historia Deidre o pocałunkach miała to zmienić.
Charakterystyczny akord porcelanowego dzbanka dzwoniący dotknięciem krawędzi filiżanki dołączył do harmonijnej skali uderzających o witraże kuchennego świetlika kropel. Anglia powoli pogrążała się w oktawie jesiennych opadów, acz ziemia nie nasiąkała wilgocią w znanych interwałach szarości. Spróchniałe, przepalone korzenie wyginały się w rytm wynaturzenia; tercja płomieni zdawała się łapać co trzeci krok, wślizgiwać w rozczochrane myśli, spomiędzy rdzawych kosmyków.
Jadeitowy materiał jedwabnego szlafroka, niedbale zarzucony na ramiona, przewiązany paskiem o złotej nici podkreślał ognistość odżywionych, choć znających lepsze dni włosów. Uwiązane w niedbały twór prawdopodobnie mający imitować kok, pozwalały Oleandrowi widzieć odrobinę więcej świata. Nie poczuwał się dziś do zabawy przed lustrem, ba, nie trafił nawet do swojej sypialni po powrocie z balu. Sen miał płytki, przerywany ciężkim oddechem drugiej osoby. Wspomnienia balu maskowego pozostawały żywe, faerie barw i półmroku rezydencji Lestrange'ów wkradały się pod powieki ilekroć zieleń tęczówek została nimi zakryta.
Słowa Desmoda zdawały się równie odległe, co wspomnienia ciepłego lata, które spędzili razem w Wiltshire. Blondyn wciąż był obok, ale wszystko dookoła było tak inne, oni sami zdawali się kompletnie innymi ludźmi, bo tamten Desmond, nigdy nie okłamywałby swojej kuzynki przy niedzielnym śniadaniu.
Zaburczało mu w brzuchu, acz zapach jajek i słoność bekonu przyprawiały go tylko o mdłości. W typowym sobie zniecierpliwieniu, maskowanym senną ociężałością, sięgnął po najbardziej atrakcyjną część posiłku - deser. Intensywny zapach kawy zmieszany z brandy oraz francuskim kremem przez sekundę zdawał się wszystkim, co tylko sobie wymarzył.
- Nie powiem, że wiele straciłeś - odparł, ciągnąc kłamstwo, zupełnie jakby w emocjach, szeptem nie opowiadał Malfoyowi wszystkich frustracji związanych z występami na balu - Jedna z nudniejszych imprez, a raczej, tak samo nudna jak wszystkie inne. Starzy ludzie licytowali jakieś kompletnie bezużyteczne bibeloty w imię charytatywnej działalności, grajkowie weselno-imprezowi zabawili towarzystwo i parę osób zatruło się alkoholem, bo jedna z toalet była ciągle zajęta. Ot wspaniały bal - przewrócił oczyma, lekko trzepocząc rzęsami, z których spadła resztka brokatu - dowód wczorajszej kreacji.
- Tak się cieszę, że zabrałem ze sobą Dei. Inaczej umarłbym z nudów. Ah, no właśnie, moja droga, chcesz opowiedzieć o tych wspaniałych eliksirach, które podolewali nam do drinków? - Crouch uśmiechnął się zawadiacko, spoglądając to na jednego Malfoya, to na drugiego. Musiał postawić się w centrum wydarzeń, inaczej nie byłby sobą. Fakt braku zazdrości w Desmondzie odrobinę mu przeszkadzał, więc może historia Deidre o pocałunkach miała to zmienić.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦