05.03.2026, 10:09 ✶
Z bólem serca kiwnął głową. Jeden papieros każdego dnia był jego rytuałem, czymś, co zapewniało mu pewną stałość. Wiedział, że na dłuższą metę miało to zwykle opłakane skutki. Starał się kontrolować nałóg, ale wciąż zdawał sobie sprawę, że to zachowanie było autodestrukcyjne. Teraz musiał zacisnąć zęby. Przynajmniej dopóki nie wykombinują, jak z powrotem powrócić do własnych ciał.
Zaczekał na Lewisa. Dziwne było nie tylko patrzenie na świat jego oczami, ale też prezentowanie się jako on. Henry próbował zachowywać się swobodnie, a jednak czuł, że wciąż przyciągał spojrzenia Nokturnowych przechodniów. Czy to, że ktoś zastąpił McKinnona na porannych zakupach, zakłóciło czyjąś rutynę? A co jeśli jakiś czarodziej spod ciemnej gwiazdy uzna, że trzeba jakoś przepytać kucharza Rejwachu. Albo co gorsza mroczne podejrzenia spadną na chłopaka, który właśnie wypełniał za niego obowiązki? Tylko tego Henry'emu brakowało...
Na szczęście nie trwało to długo. Lewis szybko wrócił z torbą pełną papryk, tak jakby był to dzień jak co dzień.
— Jeśli mnie wyleją z Proroka, zostanę waszym paprykowym posłańcem — uśmiechnął się krzywo Henry. Miał oczywiście nadzieję, że po całej tej sytuacji, redaktor naczelny albo nie skapnie się, że coś było nie tak, albo spojrzy łaskawym okiem na młodego fotografa, który mógł też mieć przecież gorszy dzień.
No właśnie... Ile to miało jeszcze trwać? Jedną dobę? A może tydzień? Byle nie do końca ich żyć...
Wszedł za Lewisem do Rejwachu, knajpy, którą przecież chciał odwiedzić jeszcze dziesięć minut temu. Zwykły dzień, zwykłe śniadanie... to były luksusy, na które dziś nie mógł sobie pozwolić.
— Musimy skontaktować się z jakimś klątwołamaczem. Albo nie wiem... Medykiem? Znam chyba tylko jednego porządnego — powiedział, starając się choć odrobinę zracjonalizować sobie plan na dalszy przebieg dnia. — Warto by było napisać jakiś list. Może odpowie jeszcze dzisiaj. Kojarzysz doktora Basiliusa Prewetta?
Zaczekał na Lewisa. Dziwne było nie tylko patrzenie na świat jego oczami, ale też prezentowanie się jako on. Henry próbował zachowywać się swobodnie, a jednak czuł, że wciąż przyciągał spojrzenia Nokturnowych przechodniów. Czy to, że ktoś zastąpił McKinnona na porannych zakupach, zakłóciło czyjąś rutynę? A co jeśli jakiś czarodziej spod ciemnej gwiazdy uzna, że trzeba jakoś przepytać kucharza Rejwachu. Albo co gorsza mroczne podejrzenia spadną na chłopaka, który właśnie wypełniał za niego obowiązki? Tylko tego Henry'emu brakowało...
Na szczęście nie trwało to długo. Lewis szybko wrócił z torbą pełną papryk, tak jakby był to dzień jak co dzień.
— Jeśli mnie wyleją z Proroka, zostanę waszym paprykowym posłańcem — uśmiechnął się krzywo Henry. Miał oczywiście nadzieję, że po całej tej sytuacji, redaktor naczelny albo nie skapnie się, że coś było nie tak, albo spojrzy łaskawym okiem na młodego fotografa, który mógł też mieć przecież gorszy dzień.
No właśnie... Ile to miało jeszcze trwać? Jedną dobę? A może tydzień? Byle nie do końca ich żyć...
Wszedł za Lewisem do Rejwachu, knajpy, którą przecież chciał odwiedzić jeszcze dziesięć minut temu. Zwykły dzień, zwykłe śniadanie... to były luksusy, na które dziś nie mógł sobie pozwolić.
— Musimy skontaktować się z jakimś klątwołamaczem. Albo nie wiem... Medykiem? Znam chyba tylko jednego porządnego — powiedział, starając się choć odrobinę zracjonalizować sobie plan na dalszy przebieg dnia. — Warto by było napisać jakiś list. Może odpowie jeszcze dzisiaj. Kojarzysz doktora Basiliusa Prewetta?