– To może faktycznie pora sobie przypomnieć – Victoria ich smak pamiętała dość dobrze, a przynajmniej samo wrażenie i odczucia, jakie miała po. Chrupkość była przełamana miękkością i kremowością śmietankowoserowej masy, słodkiej, ale nie mdłej, przetykanej dodatkami. Jadła takie z pistacjami, z gorzką czekoladą (oczywiście…) i z kandyzowaną skórką pomarańczy, ale widziała, że rodzajów było tyle co pomysłów… bo mignęła jej też wersja wytrawna z szynką. Fakt, że miała czas sobie popróbować, bo choć była w Taorminie ledwie dwa dni, na więcej nie było czasu w tym zabieganym życiu i dość spontanicznie zaplanowanym wypadzie, to nie mogła sobie odmówić tradycyjnych specjałów… ale nie była też zabiegana i zestresowana pokazem, który był o włos od absolutnej katastrofy.
Przyjrzała się podanej jej książce, a dokładniej to tej okładce, rejestrując niewidoczne na pierwszy rzut oka szczegóły; ubiór kobiet… czy raczej kobiety i pozy, jakie każda z jej wersji przyjmowała, piękniąc się na okładce. Nie odłożyła jej na swoje miejsce, wbrew temu, co można by było przypuszczać.
– I znalazłeś tam odbicie rzeczywistości? W tych opisach pokazów i zamieszania wokół nowej kolekcji? – dopytywała go głównie dlatego, że ciekawiły ją jego odczucia i emocje, jakie mi towarzyszyły w trakcie czytania. Wszak oto w tym wszystkim chodziło przy czytaniu książek rozrywkowych… o emocje i relaks. A wiadomo, każdy miał inne gusta i odprężał się przy czymś innym.
– Hahaha, jestem więc przeciwieństwem twojego brata – przyznała się leciutko mrużąc oczy. Ale czy było w tym coś dziwnego? Rzeczy, jakie interesowały Victorię, to jak wiele w swoim życiu opierała na racjonalności, a nie na emocjach, które często skrywała przed publiką, nauczywszy się jak to robić, gdy trenowała oklumencję i wyciszenie rozkrzyczanych myśli. – Mam dwie ulubione. O włochatym sercu czarodzieja i o Czarze Marze i gdaczącym pieńku – przesiąknięta za młodu wartościami czystej krwi, nic dziwnego, że wybierała te pro czarodziejskie, choć prawdę mówiąc zupełnie nieświadomie. – Wydaje mi się, że tak na mnie nie wpłynęły, bo jak czytał mi je tato, to miałam coś koło pięciu lat i koncept śmierci jeszcze do mnie nie docierał. Ale kiedyś wpadła mi w ręce wersja hm… jak się nazywała ta pisarka… Beatrix Bloxam? Słyszałeś o tym? Przepisała baśnie Barda po swojemu – Victorii zadrżały kąciki ust, zwiastując, że to, co właśnie mówiła, musi mieć jakąś kontynuację i to zapewne bardzo zabawną.