24.02.2026, 22:31 ✶
— Ano nigdy — zdecydował w końcu Woody, nie znalazłszy w głowie przypadku, kiedy by Lewis coś spaścił tak, że doszło do transmutacji jadła w węgiel.
Nie poświęcił temu zresztą wiele myśli. Po pierwsze dlatego, że znaleźli się na wstępie biblijnej apokalipsy, która ściągała ku sobie wszelkie dumania. Po drugie dlatego, że kucharz, co przypala, to nie jest dobra wizytówka dla biznesu, więc nawet jakby przypalał, to Tarpaulin by całym sercem łgał, że nie przypala.
Szczuroszczety były z nimi na tyle krótko, że nie miały jeszcze ustalonej rezydencji, poza tym że częściej widywało się je na dole niż na górze, chyba że Woody nosił je ze sobą pod pachą. Były to w każdym razie szczury szczęśliwe, z wolnego wybiegu; nie bardzo je ograniczali.
— Nie wiem, gdzie siedzą, co cię będę kłamał — odpowiedział na pytanie Aseny stary, drapiąc się bezradnie po karku. — Jakoś je tam zorganizuj.
Na kolejne pytanie odpowiedzieć nie zdążył, ponieważ przejął je bardzo słusznie Lewis. Sam pomysł lekkiego spacyfikowania tłumu środkami uspokajającymi był całkiem niezły. Byle z jakimś umiarem, bez efektu głupiego jasia, żeby nie stali się obciążeniem w tę drugą stronę. Tak czy inaczej, w kwestii dawki ufał Lewisowi.
— Tak trzymać — zdopingował więc chłopaka znikającego na kuchni. — Za godzinę. Jak będziesz wychodziła na ratunek, to weź mi beczułkę z małym co nieco — zażartował jeszcze do Aseny, wyobrażając ją sobie jak te pieski bernardynki, co nosiły rum na ratownicze misje górskie. — No, trzymajcie się, młoda. Pilnujcie mi interesu. — Zacisnął jej na pożegnanie rękę na ramieniu i zaczął przeciskać się przez tłum Rejwachu.
Skoczył prędko na górę po swoją roboczą kurtkę, w której drzemała fretka — i poszedł w Londyn. Jak się drzwi za nim zamykały, słyszał za sobą McKinnona, jak ten na koszt Tarpaulina oferował ludziom rozkosz procentową. Nie wiedział jeszcze wówczas, że będzie to inwestycja w ludzi, którzy w chwili zagrożenia pomogą zachować Rejwach od ognia.
Nie poświęcił temu zresztą wiele myśli. Po pierwsze dlatego, że znaleźli się na wstępie biblijnej apokalipsy, która ściągała ku sobie wszelkie dumania. Po drugie dlatego, że kucharz, co przypala, to nie jest dobra wizytówka dla biznesu, więc nawet jakby przypalał, to Tarpaulin by całym sercem łgał, że nie przypala.
Szczuroszczety były z nimi na tyle krótko, że nie miały jeszcze ustalonej rezydencji, poza tym że częściej widywało się je na dole niż na górze, chyba że Woody nosił je ze sobą pod pachą. Były to w każdym razie szczury szczęśliwe, z wolnego wybiegu; nie bardzo je ograniczali.
— Nie wiem, gdzie siedzą, co cię będę kłamał — odpowiedział na pytanie Aseny stary, drapiąc się bezradnie po karku. — Jakoś je tam zorganizuj.
Na kolejne pytanie odpowiedzieć nie zdążył, ponieważ przejął je bardzo słusznie Lewis. Sam pomysł lekkiego spacyfikowania tłumu środkami uspokajającymi był całkiem niezły. Byle z jakimś umiarem, bez efektu głupiego jasia, żeby nie stali się obciążeniem w tę drugą stronę. Tak czy inaczej, w kwestii dawki ufał Lewisowi.
— Tak trzymać — zdopingował więc chłopaka znikającego na kuchni. — Za godzinę. Jak będziesz wychodziła na ratunek, to weź mi beczułkę z małym co nieco — zażartował jeszcze do Aseny, wyobrażając ją sobie jak te pieski bernardynki, co nosiły rum na ratownicze misje górskie. — No, trzymajcie się, młoda. Pilnujcie mi interesu. — Zacisnął jej na pożegnanie rękę na ramieniu i zaczął przeciskać się przez tłum Rejwachu.
Skoczył prędko na górę po swoją roboczą kurtkę, w której drzemała fretka — i poszedł w Londyn. Jak się drzwi za nim zamykały, słyszał za sobą McKinnona, jak ten na koszt Tarpaulina oferował ludziom rozkosz procentową. Nie wiedział jeszcze wówczas, że będzie to inwestycja w ludzi, którzy w chwili zagrożenia pomogą zachować Rejwach od ognia.
Postać opuszcza sesję
piw0 to moje paliwo