22.02.2026, 20:15 ✶
- Ojciec - prychnął - Błagam. Rodzina nie narzeka na brak pieniędzy. W tym i za moją sprawą - burknął, ale uznał zasadność shafiqowego głosu rozsądku - Dwadzieścia procent - oznajmił z westchnieniem agentowi, który prawdopodobnie i tak nie bardzo wierzył w to wcześniejsze “dwa razy więcej”, a z drugiej strony, sądząc po minie, był obecnie gotów uwierzyć we wszystko, co spłynie z ust podejrzanych klientów. A w każdym razie gorąco zapewniać, że święcie w to wierzy.
Czekając na przygotowanie dokumentów - już nawet te dwadzieścia procent sprawiło, że mugolski pracownik ze zdecydowanie większym zaangażowaniem zabrał się do pracy - Selwyn ponownie spojrzał na Anthony'ego. Leniwie, wykręcając jedynie odchyloną na oparcie głowę, jakby utrzymanie jej w pionie było zbyt wielkim wysiłkiem. Może było.
Czy dobrze się czujesz?
Pytanie z powrotem skierowało jego uwagę na własny stan. Niepotrzebnie. Niebezpiecznie, skoro spotkanie jeszcze się nie zakończyło.
Nie czuł się dobrze. Jasne, cieszył się, że kwestia mieszkania wreszcie zmierza do szczęśliwego końca, ale…
Oczywiście, że bolała go głowa. Poprzedniego wieczoru pił. I dwa dni wcześniej też. Ból promieniował zza oczu, przez czoło wzdłuż nosa. Skronie były ciężkie, jak wypchane mokrą watą - męcząco znajome ostatnimi czasy uczucie.
- Tak. To nic poważnego - starał się brzmieć lepiej, niż się czuł, gnany echem wyrzutów. Nikogo na widowni nie obchodzi, czy i co cię boli!
Przynajmniej miał gdzie się podziać, to prawda. Myśl o Brighton nieco poprawiła mu nastrój.
Oczy Anthony’ego były równie zmęczone, równie pełne cierpienia i Hannibal niejasno zdał sobie sprawę z niepokojącego uczucia déjà vu.
Mabon. Whiskey. Pusta szklanka Anthony’ego i spadłem wtedy na podłogę i lewitujące ciastka…
I…
Odwrócił głowę w stronę Jonathana, na tyle, na ile mógł to zrobić bez odrywania jej od oparcia. Kuzyn miał w sobie ten sam, co wtedy, podszyty napięciem spokój. Doskonalszy, bo trzeźwy, to prawda, ale trudno było oszukać drugiego Selwyna. Hannibal znał dokładnie te same sztuczki.
Coś wisiało w powietrzu pomiędzy dwójką przyjaciół. Dotychczasowych przyjaciół?
Agent nieruchomości, błogo nieświadomy rozterek gnębiących każdego czarodzieja z osobna, powrócił. Z młodszego z Selwynów wola walki uchodziła, jak powietrze z nieszczelnej opony, gdzieś pomiędzy pojawieniem się na horyzoncie końca tej farsy, krótką chwilą solidarności z obolałym na duszy Shafiqiem, a troską Jonathana o nakarmienie ich obu słodyczami i napojenie kawą. Zamrugał. Jeszcze chwila.
Pochylił się nad papierami, nie dotykając na razie długopisu.
- Wydaje się w porządku - oznajmił, przeczytawszy umowę i zaoferował ją swoim towarzyszom, zdając się na ich doświadczenie i biegłość w dokumentacji prawnej - Zechcecie zerknąć?
Nie dał rady wykrzesać z siebie uśmiechu, ale przynajmniej udało mu się zadać pytanie w miarę uprzejmie. Może nawet trochę przesadnie łagodnie, kompensując za odczuwaną irytację. Miniaturowe zwycięstwo - nieidealne, niesatysfakcjonujące. Powinien się kontrolować, nawet mimo bólu głowy. Zwłaszcza dlatego, że bolała.