Morpheus uniósł zmęczony wzrok na kobietę. Nie mierzył jej, właściwie prawie jakby jej nie widział. Wyciągnął rękę po przepustkę i odebrał ją. Obejrzał z równie nieobecną nerwową beznamiętnością. Wszystko nadal pachniało spalenizną. Jego ciało, jak stare domostwo, sąsiadujące z tym pożartym przez ogień, odczuwało rozprężenia metalu z powodu gorąca i skrzypienie drewna, z którego uciekły do cna ostatnie mikroskopijne kropelki wody, tworząc szpary w parkiecie. Oczy, wybite szyby, straszyły nieporuszoną czernią.
Wszystkim się spieszyło. Wszyscy nagle szukali pomocy w tych, co widzą przyszłość, w tych, od których stronili ze względu ich szaleństwo. Co nazywali ich darmozjadami i oszustami, teraz otwierają swoje kiesy, sięgają po poradę wieszczy i wróżów. Na nazwisko Dolohova, zastanowił się, czy w Prawach Czasie też tak to wyglądało, kolejka petentów, tylko każdy jeden co bogatszy i każdy jeden możliwie bardziej wplątany w bycie oprawcą, a nie ofiarą wydarzeń. Lubił myśleć, że też się boją.
Jak to mówiła ta mugolska imigrantka, co pracowała w Departamencie Sportu? Pani Kowalsky? Jak trwoga to do boga. Tylko on nie był bogiem, był po prostu za biurkiem, tutaj.
— Proszę zapisać swoją sprawę na formularzu i odłożyć na tę stertę. Dostępny jasnowidz zajmie się nią w odpowiednim momencie. — Wskazał dłonią uzbrojoną w pióro szklaną skrzyneczkę, z emblematem ministerstwa, w której było już umieszczone kilkanaście spraw, a później przesunął w jej stronę czysty formularz. Jego głos był zachrypnięty i mętny, jak wszystkie sadzawki na linii zadry, na które spadł popiół.
Nie miał siły nawet jej wyśmiać. Sprawa wagi państwowej. Wszystko było tego dnia i każdego poprzedniego, sprawą wagi państwowej. Dzisiaj Skarbówka, wczoraj Ministra, dzień jak co dzień. Miał ochotę powiedzieć jej po prostu: nie i kazać wyjść. Mógł też ją odprowadzić, że nie błąkała się cztery godziny po korytarzach, które zmieniają lokacje i zamiast otworzyć drzwi do wyjścia, kazać jej poczekać za zasłonką w komnacie śmierci. Na wieczne amen.
Nie mógł tak myśleć, ale był tak bardzo zmęczony, tak, ha, wypalony, że równie dobrze Pokątna mogła być teraz jego wystającymi żebrami.
Przed jego biurkiem nie było krzesła. Nie dał jej pióra do pisania. Miała iść sobie, zejść mu z oczu. Chociaż... Może gdyby tak powiedzieć cokolwiek? I tak nikt nigdy go nie słuchał, więc co to za różnica? Mocno rozważał odejście z Departamentu Tajemnic.
!Trauma Ognia