Rzeczywiście gdzieś po drodze się nie zrozumieli, ale to nie było duże nieporozumienie. Nie takie, którego nie dało się od razu wyjaśnić.
– Nie uważam. Byłam po prostu ciekawa, co za tym stoi – nie zamierzała w żadnej mierze podważać jego decyzji, którą podjął przecież świadomie. Victoria pisała mu, że cena nie gra dla niej roli, mógł jej to policzyć tyle ile chciał, a Lestrange pewnie by nawet nie mrugnęła, bo to było dla siostry. – Nie chciałam cię po prostu stawiać w niekomfortowej sytuacji, wiem, że nie szyjesz dla każdego – a co za tym szło: nie szył na zamówienie tylko dlatego, że jakaś paniusia przyszła z górą pieniędzy. Paniusia, dla której normalnie nic by nie wykonał, bo nie poruszała jego wyobraźni. Dlatego nie zamierzała się z nim o to kłócić, jeśli nie chciał za to zapłaty, to nie chciał, nie planowała też wymóc na nim uszycia dla Primrose kolejnej sukni, gdy tak naprawdę już zrobił Victorii ogromną przysługę, podarowując jej siostrze to, co uszył z myślą o niej. I miał tez rację w tym, że ciemnowłosa kupowała dla nich i inne rzeczy – nie tylko sukienki czy koszule, czy spodnie, czy buty, czy cokolwiek innego, co było potrzebne o tej porze roku, nie mówiąc już o tak potrzebnej damom bieliźnie. Dała im dostęp do swoich kosmetyków i perfum, kupiła im inne potrzebne rzeczy, by miały swoje. A kupowała je właśnie ona dlatego, że choć Lestrange pieniędzy mieli dużo i równie dużo miała Victoria, z jakiegoś powodu jej siostry ich tyle nie miały. Po części była to wina młodego wieku i pracy (taka Prim pracowała tylko pół roku i skończyło się to z hukiem), a w drugiej części… To były skomplikowane relacje w najbliższej rodzinie. Bo choć Victoria kłóciła się z matką i była tą „zbuntowaną” córką, to pokładano w niej nadzieję i przepisano jej znaczną sumę z rodzinnego skarbca. W tej więc sytuacji, nawet jeśli jej siostry miały jakieś oszczędności, to zostając praktycznie z niczym, nie chciała, by wydały wszystko co miały na ubrania. Jakby to wyglądało, jakby nie miały już później swoich pieniędzy na nic innego?
– Hahaha, że dba o linię? – podsunęła, ale było oczywiste, że ona na żadnej diecie nie była, skoro już nawet Christopher zauważył, że lubi desery. Nie odmawiała sobie owoców w płynnej czekoladzie z fontanny, nie odmówiła sobie świątecznego puddingu w wykonaniu Rosiera i nie miała zamiaru przepuścić okazji na tiramisu, co to, to nie. Na pierwszym miejscu stawiała czekoladę, później inne rzeczy, a tiramisu posypywało się czekoladą… i co prawda było jej niewiele, ale to nie szkodzi. Kawę też lubiła.
Nie wahała się długo, przed skubnięciem trochę tego zabaglione od Chrisa – raz, żeby spróbować, a dwa, żeby nieco mu pomóc to zjeść, bo dwa desery mogłyby być rzeczywiście trudne do upchnięcia.
– Jakbym tu mieszkała, to każdy dzień byłby straszną walką na siłę woli – stwierdziła w końcu, mając na myśli, że nie umiała by się powstrzymać przed tymi wszystkimi pysznymi deserami. I makaronami zresztą też.
!BINGO C1