— Ej, Nico, mogłabyś to przetransmutować? — zapytał ściszonym głosem i podał dziewczynie wygrzebany z głębi kieszeni małe pudełeczko z kartonu. W środku znajdował się dziwny proszek o biało-żółtym wyglądzie i bez-zapachu, podobny w strukturze do drobnego cukru, ale dużo mniej sypki. — Nic groźnego! Zmień po prostu w laskę cynamonu czy coś, wrzucimy ukradkiem do ich kotła, a rano... — Lewis wyszczerzył się jak kot z Cheshire. — Zamiast grzańca, galaretka. Co lepsze! Jeżeli podgrzeją i zrobi się płynne i dalej będą sprzedawać, jak zacznie stygnąć, znów zacznie się ścinać! I nie da się tego zatrzymać rozproszeniem, bo to nie składnik magiczny!
Lewis wyglądał jak zadowolony z siebie kot. Plan był prosty, Nico musiała transmutować w korę cynamonową agar agar, a on musiał wrzucić do ich kotła podmieniony składnik, podczas gdy Asena rozproszy barmana, albo Woody. Plan zaczął się klarować w głowie, jak się klaruje rosół, gdy zbierze się z niego szumy cedzakiem i pływają tylko piękne, żółte oczka tłuszczu oraz przyprawy w idealnie żółciutkim bulionie.
Przedstawił im cichaczem swój plan i tylko czekał, na potwierdzenie, że wchodzą w to. Nie będzie dla Rejwachu konkurencji na rynku.