— Fiu, fiu, światowa — wywrócił oczami, chociaż nie było to po to nie, absolutnie niemiłe, raczej miło-kąśliwe. W rzeczywistości trochę (bardzo) zazdrościł wszystkim, którzy mogli sobie pozwolić na jakieś podróże. Jego marzeniem było pojechać do Lyonu i zjeść kolację w Abbaye de Collonges, u mugolskiego mistrza kuchni francuskiej. Nie było go jednak stać na nic, poza samą podróżą. Dostać się do Lyonu mógł, to nie takie trudne, ale co dalej? Taka kolacja kosztowałaby go pół roku oszczędności, lekko, nie wspominając o noclegu.
Dzwonek w drzwiach przybytku zadzwonił, do środka weszła kobieta w średnim wieku, z ogromnym, modnym spiczastym kapeluszem, w połyskującej zaklęciami szacie w słonecznym kolorze późnego lata. Bardzo pasowała do tego przybytku, znacznie bardziej niż ich dwójkę. Pan Middleshop od razu ją przywitał, tracąc zainteresowanie klientem, który już zakończył transakcję i dziewczyną, która nawet niczego nie kupowała.
— Aż tak słabo wyglądam? — Pomachał jej zawiniętą paczką, która nie mogła ważyć więcej niż kubek i to bez herbaty i miała wielkość i kształt pudełka na okulary. Przy tym, Lewis zdecydowanie nie wyglądał na chuderlaka, bo pod cienkim, jeszcze letnim ubraniem, wyraźnie rysowały się mięśnie ciężkiej, fizycznej pracy. — Będę testować nowy grzaniec. Woody kupił jakieś inne, zjeb... Znaczy takie se wino i nie wiem za bardzo, co będzie pasować.
Mówiąc to, zaczął wychodzić z lokalu, wyraźnie jednak nie przerywając rozmowy, dając jej możliwość wyjścia z lokalu razem z nim, bo może nie był najostrzejszą kredką w piórniku, ale zauważył, że dziewcze nie ma niczego wybranego ani niczego nie niesie, no i oferowała się ponieść.
Może to instynkt, a może po prostu Lewis miał nosa do zauważania ludzi, który mają mniej, niż wyglądają.
— Woody to mój szef — wyjaśnił, gdy wyszli na głośną Pokątną, która szumiała przechodniami, zawołaniami i ogólnym życiem codziennym czarodziejów. Jakiś ptak z wystawy skrzeczał co sił w dziobie, komuś uciekła latająca książka i gonił ją, trzymając jedną ręką kapelusz, a na wysokości trzeciego piętra, co jakiś czas nad ich głowami przelatywali czarodzieje na miotłach. — Ale dzisiaj mam wolne, więc gotuję w garkuchni. Może chcesz mi pomóc? Zawsze nam brakuje rąk do płukania misek, bo to niewdzięczna robota, no i zapłata jest tylko w obiedzie. Kasza z eee, zupą na winie. Co się nawinie, to do gara!
Zażartował, wciskając pakunek głęboko do kieszeni, po drugiej stronie od dziewczyny, jakby się okazało, że ma zbyt lepkie łapki.
— A w ogóle to Lewis jestem. Ty?