21.02.2026, 12:54 ✶
Nie miał różdżki, nie miał swojej broni, nie miał eliksirów, nie miał nic. Żaden przedmiot nie mógł uratować go w bezpośredniej walce z tym upiorem – jedynym, o co mógł się oprzeć, była siła jego własnych mięśni i spryt. Bo cóż miałby zrobić – zastraszyć go groźnym spojrzeniem, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi krzyczały, że to normalny człowiek nie był? Zwierzę – chyba też nie. Do goblina również daleko mu było. Zjawa, mara senna – ale czemu w takim kształcie, czemu tak żywa, tak emocjonująca, jakby to wszystko było prawdziwe? W głowie pojawiało się coraz więcej pytań, na które nie dało się znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi, bo nie było na to czasu. Każda drogocenna sekunda była wyrywana z rąk żeglarza przez adrenalinę.
– Precz, duchu! Wróć do cyklu i przeproś Matkę! – Wrzasnął, zamachując się gałęzią jeszcze raz, skutecznie powalając to, co uznał za post-istotę na podłoże z miękkiej ściółki. Prawda była jednak taka, że Flint miał swoje limity. Nigdy nie był człowiekiem wielkiej krzepy. Delikatna uroda nie zwodziła innych na manowce – żaden z niego siłacz, moc dzierżona w dłoniach miała swoje źródło wyłącznie w naciąganiu sznurów na łajbie i szorowania pokładu. Widział więc dwa rozwiązania. Jedno, makabryczne – przebić oponenta gałęzią i tak przytwierdzić go do gruntu. Mało realistyczne, bo przecież mordercą nie był – pewnie by się zawahał. Drugie – przypominające mu o poltergeiście uwięzionym w szybie wentylacyjnym Victorii Lestrange – polegało na obwiązaniu go tak, żeby się ruszyć nie mógł, zanim uciekająca ile sił w nogach Helloise się wykrwawi.
I tak – był tam nóż. Ale w chwili, kiedy ktoś na kim mu zależało mógł zginąć, trafił na rozsądku, a zyskiwał za to na kreatywności. Rozejrzał się wokół, kiedy ta maszkara znów zaczęła biec. To nie była dżungla amazońska, żeby znaleźć tu pnącze! Szmata do porwania nie spadnie mu z nieba, koszuli nie miał. Rozdarcie tych spodni musiało należeć do cięższych zadań, jakie sobie mógł wymyślić w pośpiechu.
Wiedząc, że nie dokona tu nagle przełomu, ruszył w pościg. Coś mógł wymyślić po drodze, a jak straci ich z oczu, to w niczym nikomu nie pomoże.
Dopiero przy tych skałach go olśniło. On nie miał czego porwać, żeby obwiązać napastnika, ale napastnik był ubrany. Dægberth uniknął odłamka skały lecącego w jego kierunku po tym, jak odbił się od łysawego czerepu i przełknął głośno ślinę. Zacisnął palce na kiju i spróbował ściągnąć go nim w dół, jakby próbował strącić z jabłoni przejrzałe jabłko. Wystarczyło przecież mieć szczęście i skutecznie zaczepić o materiał, a dziwak runie w dół i trochę zajmie mu podniesienie się. A może i nawet – jeśli czuwała nad nimi Pani Księżyca – sam nadzieję się na nóż i rozwiąże wszelkie kwestie moralne zapraszające Flintowi głowę.
– Precz, duchu! Wróć do cyklu i przeproś Matkę! – Wrzasnął, zamachując się gałęzią jeszcze raz, skutecznie powalając to, co uznał za post-istotę na podłoże z miękkiej ściółki. Prawda była jednak taka, że Flint miał swoje limity. Nigdy nie był człowiekiem wielkiej krzepy. Delikatna uroda nie zwodziła innych na manowce – żaden z niego siłacz, moc dzierżona w dłoniach miała swoje źródło wyłącznie w naciąganiu sznurów na łajbie i szorowania pokładu. Widział więc dwa rozwiązania. Jedno, makabryczne – przebić oponenta gałęzią i tak przytwierdzić go do gruntu. Mało realistyczne, bo przecież mordercą nie był – pewnie by się zawahał. Drugie – przypominające mu o poltergeiście uwięzionym w szybie wentylacyjnym Victorii Lestrange – polegało na obwiązaniu go tak, żeby się ruszyć nie mógł, zanim uciekająca ile sił w nogach Helloise się wykrwawi.
I tak – był tam nóż. Ale w chwili, kiedy ktoś na kim mu zależało mógł zginąć, trafił na rozsądku, a zyskiwał za to na kreatywności. Rozejrzał się wokół, kiedy ta maszkara znów zaczęła biec. To nie była dżungla amazońska, żeby znaleźć tu pnącze! Szmata do porwania nie spadnie mu z nieba, koszuli nie miał. Rozdarcie tych spodni musiało należeć do cięższych zadań, jakie sobie mógł wymyślić w pośpiechu.
Wiedząc, że nie dokona tu nagle przełomu, ruszył w pościg. Coś mógł wymyślić po drodze, a jak straci ich z oczu, to w niczym nikomu nie pomoże.
Dopiero przy tych skałach go olśniło. On nie miał czego porwać, żeby obwiązać napastnika, ale napastnik był ubrany. Dægberth uniknął odłamka skały lecącego w jego kierunku po tym, jak odbił się od łysawego czerepu i przełknął głośno ślinę. Zacisnął palce na kiju i spróbował ściągnąć go nim w dół, jakby próbował strącić z jabłoni przejrzałe jabłko. Wystarczyło przecież mieć szczęście i skutecznie zaczepić o materiał, a dziwak runie w dół i trochę zajmie mu podniesienie się. A może i nawet – jeśli czuwała nad nimi Pani Księżyca – sam nadzieję się na nóż i rozwiąże wszelkie kwestie moralne zapraszające Flintowi głowę.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr