– Tak, wyjęłam, ale jeśli jakieś okruchy dostaną ci się pod powieki… – była na to mała szansa, ale przy takim narządzie jak oczy wolała nie ryzykować, chociaż podejrzewała, że to szczypanie to jednak głównie dym i pył. Zdecydowanie jednak wolała dmuchać na zimne. Poza tym… Trafiła i jej barwny opis podziałał na Marcusa, mogła więc sobie pogratulować, bo to oznaczało, że jest szansa, że jednak pozwoli sobie przepłukać te oczy. I tak – zachowywał się przy tym jak typowy facet, na swoje szczęście z upartymi samcami, którzy nie chcieli dać sobie pomóc miała do czynienia na co dzień, więc wiedziała, jak sobie z takimi radzić…
– Wiem, że swędzi – powiedziała łagodnie. – Mnie też trochę szczypią oczy… To od tego dymu, jest wszędzie i drażni – dodała, a potem ledwo zauważalnie odetchnęła z ulgą. – Dobra. Jak masz potrzebę się za coś złapać, to złap. Ale nie będzie bolało – miała nadzieję, że to go uspokoi. – Będę delikatna – przy tym uśmiechnęła się już pod nosem i nawet dało się dosłyszeć, że się lekko śmieje, a potem wyprostowała się, przeniosła ciężar ciała na kolana, gdy klęczała i nachyliła się nad McKinnonem i teraz już faktycznie leciutko uniosła palcem jego brew, by naciągnąć mu skórę i by tak łatwo nie zamknął powieki. – Będziesz mrugał, ale to normalne. Powinno być ci za chwilę lepiej po tej wodzie – i wylała pół kubeczka na jedno oko. A potem… powtórzyła to, zakładając, że nie oberwała w odruchu pięścią w nos.
– No. Gotowe. To jeszcze tylko powyciągać resztę, maść i będziesz jak nowy – resztę, znaczy z policzków… ale najgroźniejsze były te przy oczach, dlatego to nimi się zajęła w pierwszej kolejności.