16.02.2026, 11:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2026, 11:32 przez Brenna Longbottom.)
- Właśnie powiedziałam, że go sprawdziliśmy. Nie wychodził z domu, nie wysyłał żadnych paczek, sąsiedzi robili mu zakupy, a analiza substancji, które tu miał, wykazała, że to bardzo dużo leków - westchnęła tylko. Leki na kaszel, na smoczą ospę, i na mnóstwo innych dolegliwości, i nikt nie widział, aby kiedykolwiek wyszedł poza swoje mieszkanie. Gdy nie chciał jej wpuścić, przez moment brała pod uwagę, że coś było na rzeczy, ale szybko się okazało, że uznał, że Brenna wygląda coś blado i oczy się jej podejrzanie błyszczą, więc na pewno ma gorączkę. – Co nie znaczy, że w takich sytuacjach powinno się im pozwalać działać. Jej powinność nigdy nie powinna zostać wypełniona – dodała, wzruszając ramionami.
A potem przestała zerkać ku oknu i utkwiła w Sebastianie pełne niedowierzania spojrzenie. Mogła jeszcze… może nie zrozumieć, ale przyjąć do wiadomości jego poglądy na temat tego, że pani Turpin nie powinna być odsyłana i naleganie na pełną weryfikację przypadku, a relokację w dalszym zakresie, ale czy on naprawdę chciał, żeby Brenna zajęła się wciskaniem komuś tego ducha? Miała dużo wyrozumiałości i cierpliwości wobec pani Turpin za życia: brała tę za samotną, nieszczęśliwą kobietę. Ale teraz… teraz to był złośliwy duch, który nie tylko był irytujący, ale też realnie próbował komuś zrobić krzywdę, jak mogłaby poprosić kogoś, żeby go przyjmował? Nie wspominając o tym, że nawet gdyby przestała sypiać całkiem, nie miałaby na takie rzeczy czasu. W jej opinii pani Turpin powinna zwyczajnie powrócić do Limbo, gdy tylko nadciągnie Samhain, ale to Sebastian był tu specjalistą od duchów.
- Nie. Przykro mi, ale Londyn leży w gruzach. Szukanie kogoś, kto przyjmie ducha, który w ogóle nie powinien być po tej stronie, to ostatnia rzecz, na jaką mam teraz czas, moja rola to złożyć papiery, żeby znowu komuś nie stała się krzywda[/ - odparła, tym razem stanowczo, sucho niemalże, bez choćby grama zwykłej cierpliwości, jaką okazywała światu. Popiół i sadza osiadły na ulicach, nie wszystkie ciała spoczęły w grobach, ludzie stracili dobytek życia. Jej dom spłonął, Zakon tracił ducha, krewni uginali się pod ciężarem, jaki nieśli, a w oczach zbyt wielu ludzi gasła nadzieja. I Brenna, choć lubiła twierdzić, że oczywiście, że da radę zrobić to i to, mając na głowie pracę w ministerstwie, pomoc zakonnikom, Warownię, próby wspomagania sąsiadów, nie miała zamiaru walczyć i tracić czasu na to, aby wredna staruszka mogła dalej realizować swoje powołanie. – Oczywiście, jeśli masz ochotę to zrobić albo zaprosić ją do kowenu, proponując tam stanowisko strażniczki moralności, nie krępuj się.
Liczba wiernych pewnie szybko zaczęłaby spadać i Brenna... Brenna chyba realnie była bardzo ciekawa, jak przebiegłaby kariera pani Turpin jako współlokatorki Sebastiana.
– Nie mogę leżeć na zwolnieniu. Mamy wojnę – powiedziała jeszcze, tym razem już łagodniej, bo jego słowa można było uznać za swego rodzaju oschłą troskę, i tak, prawda była taka, że nie powinno jej tu być. Wciąż utykała, i dlatego spadła z tych schodów, jej ręka nie działała w pełni tak, jak należało, a teraz ciągle w głowie tkwiła myśl, że…
Że to wszystko zaraz się powtórzy.
Na dywagacje jednak nie było czasu. Krzyki zwiastowały, że pani Turpin postanowiła kontynuować przedstawienie, a Brenna… do licha… naprawdę niewiele mogła z tym zrobić. Ciężko kogoś do czegoś zmusić, gdy ta osoba nie ma ciała. Mimo to ruszyła w stronę ducha i sąsiadki, z jakimś poczuciem rezygnacji i absurdu zarazem.
– Pani Turpin, takie słownictwo na ulicy? Dzieci mogą panią usłyszeć.
A potem przestała zerkać ku oknu i utkwiła w Sebastianie pełne niedowierzania spojrzenie. Mogła jeszcze… może nie zrozumieć, ale przyjąć do wiadomości jego poglądy na temat tego, że pani Turpin nie powinna być odsyłana i naleganie na pełną weryfikację przypadku, a relokację w dalszym zakresie, ale czy on naprawdę chciał, żeby Brenna zajęła się wciskaniem komuś tego ducha? Miała dużo wyrozumiałości i cierpliwości wobec pani Turpin za życia: brała tę za samotną, nieszczęśliwą kobietę. Ale teraz… teraz to był złośliwy duch, który nie tylko był irytujący, ale też realnie próbował komuś zrobić krzywdę, jak mogłaby poprosić kogoś, żeby go przyjmował? Nie wspominając o tym, że nawet gdyby przestała sypiać całkiem, nie miałaby na takie rzeczy czasu. W jej opinii pani Turpin powinna zwyczajnie powrócić do Limbo, gdy tylko nadciągnie Samhain, ale to Sebastian był tu specjalistą od duchów.
- Nie. Przykro mi, ale Londyn leży w gruzach. Szukanie kogoś, kto przyjmie ducha, który w ogóle nie powinien być po tej stronie, to ostatnia rzecz, na jaką mam teraz czas, moja rola to złożyć papiery, żeby znowu komuś nie stała się krzywda[/ - odparła, tym razem stanowczo, sucho niemalże, bez choćby grama zwykłej cierpliwości, jaką okazywała światu. Popiół i sadza osiadły na ulicach, nie wszystkie ciała spoczęły w grobach, ludzie stracili dobytek życia. Jej dom spłonął, Zakon tracił ducha, krewni uginali się pod ciężarem, jaki nieśli, a w oczach zbyt wielu ludzi gasła nadzieja. I Brenna, choć lubiła twierdzić, że oczywiście, że da radę zrobić to i to, mając na głowie pracę w ministerstwie, pomoc zakonnikom, Warownię, próby wspomagania sąsiadów, nie miała zamiaru walczyć i tracić czasu na to, aby wredna staruszka mogła dalej realizować swoje powołanie. – Oczywiście, jeśli masz ochotę to zrobić albo zaprosić ją do kowenu, proponując tam stanowisko strażniczki moralności, nie krępuj się.
Liczba wiernych pewnie szybko zaczęłaby spadać i Brenna... Brenna chyba realnie była bardzo ciekawa, jak przebiegłaby kariera pani Turpin jako współlokatorki Sebastiana.
– Nie mogę leżeć na zwolnieniu. Mamy wojnę – powiedziała jeszcze, tym razem już łagodniej, bo jego słowa można było uznać za swego rodzaju oschłą troskę, i tak, prawda była taka, że nie powinno jej tu być. Wciąż utykała, i dlatego spadła z tych schodów, jej ręka nie działała w pełni tak, jak należało, a teraz ciągle w głowie tkwiła myśl, że…
Że to wszystko zaraz się powtórzy.
Na dywagacje jednak nie było czasu. Krzyki zwiastowały, że pani Turpin postanowiła kontynuować przedstawienie, a Brenna… do licha… naprawdę niewiele mogła z tym zrobić. Ciężko kogoś do czegoś zmusić, gdy ta osoba nie ma ciała. Mimo to ruszyła w stronę ducha i sąsiadki, z jakimś poczuciem rezygnacji i absurdu zarazem.
– Pani Turpin, takie słownictwo na ulicy? Dzieci mogą panią usłyszeć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.