15.02.2026, 15:21 ✶
Czyli popiół zaległ w płucach wielu Londyńczyków... Henry'ego to nie zdziwiło. Sprawiło jedynie, że poczuł ukłucie nienawiści do sprawców tego chaosu. Do Śmierciożerców, którzy spontanicznie postanowili zniszczyć wszystkim życia. Nie miał pojęcia, co tamci mogliby sobie myśleć. Oberwali wszyscy: mugolacy, półkrwi i czystokrwiści. Jasne, mógł być to pokaz sił, ale kto by chciał wesprzeć Lorda Voldemorta po tym wszystkim? Kto czułby się zachęcony, by przystąpić do Śmierciożerców skoro jego lub jego bliskim uczyniona została krzywda?
Wysłuchał wszystkich zaleceń. Przyjął eliksir i zapamiętał, w jakie zioła musiał się zaopatrzyć. Kompletnie się na tym nie znał, dlatego porada doktora Prewetta była dla niego niezwykle cenna. Aż dziwne, że ten udzielał jej za darmo... Cóż, dobrzy ludzie też jeszcze istnieli.
– Dziękuję. Starałem się nie przemęczać, ale nie zrezygnowałem z pracy. W Proroku bardzo dużo się działo... – odparł cicho Henry. Jego głos był jeszcze słaby, ale podziękowanie – całkowicie szczere. Ulgą było, że nie musiał chodzić do pracy przez następne dni. Na polecenie doktora, odsłonił przedramię, które ostatnio uległo złamaniu. – Szybko mi je zaleczyli w Mungu. Dali mi ten paskudny lek, Szkiele-Wzro. Powiedzieli też, że mam oszczędzać rękę. Boję się jednak, że coś źle zrobiłem. Szczególnie, że... zapytali mnie, czy potrzebuję zwolnienia, a ja jak dureń odpowiedziałem, że nie.
Sam się zdziwił szczerością własnych słów. Cała ta jego postawa, ten upór... to było durne. Dawał się Prorokowi wykorzystywać, robił to, czym tak bardzo pogardzał: nie stawiał się pracodawcy, nie szanował własnej pracy i własnego czasu. Czy naprawdę chciał być biednym, małym Henryczkiem, który wszystkim nadskakuje? Który uważa się za gorszego, bez kompletnie żadnych podstaw?
Chyba wzrosła mu gorączka. A wraz z nią przyszedł moment oświecenia.
– Mogę już napić się tego eliksiru? – zapytał. – Bardzo słabo się czuję.
Wysłuchał wszystkich zaleceń. Przyjął eliksir i zapamiętał, w jakie zioła musiał się zaopatrzyć. Kompletnie się na tym nie znał, dlatego porada doktora Prewetta była dla niego niezwykle cenna. Aż dziwne, że ten udzielał jej za darmo... Cóż, dobrzy ludzie też jeszcze istnieli.
– Dziękuję. Starałem się nie przemęczać, ale nie zrezygnowałem z pracy. W Proroku bardzo dużo się działo... – odparł cicho Henry. Jego głos był jeszcze słaby, ale podziękowanie – całkowicie szczere. Ulgą było, że nie musiał chodzić do pracy przez następne dni. Na polecenie doktora, odsłonił przedramię, które ostatnio uległo złamaniu. – Szybko mi je zaleczyli w Mungu. Dali mi ten paskudny lek, Szkiele-Wzro. Powiedzieli też, że mam oszczędzać rękę. Boję się jednak, że coś źle zrobiłem. Szczególnie, że... zapytali mnie, czy potrzebuję zwolnienia, a ja jak dureń odpowiedziałem, że nie.
Sam się zdziwił szczerością własnych słów. Cała ta jego postawa, ten upór... to było durne. Dawał się Prorokowi wykorzystywać, robił to, czym tak bardzo pogardzał: nie stawiał się pracodawcy, nie szanował własnej pracy i własnego czasu. Czy naprawdę chciał być biednym, małym Henryczkiem, który wszystkim nadskakuje? Który uważa się za gorszego, bez kompletnie żadnych podstaw?
Chyba wzrosła mu gorączka. A wraz z nią przyszedł moment oświecenia.
– Mogę już napić się tego eliksiru? – zapytał. – Bardzo słabo się czuję.