13.02.2026, 10:04 ✶
– Zrób, co możesz. Nie zależy mi na czasie, a na rezultacie. Cena nie gra roli.
Obraz był piękny, był cenny, był unikalny, a fakt, że powstał tylko taki jeden i że ten artysta nie namalował w ogóle bardzo wielu obrazów, czynił go bezcennym. Był dziełem artysty, który uchodził za wizjonera i zbudował swoją pozycję. Był wszystkim, co Christopher cenił: niepowtarzalność, wybicie się ponad innych, jakość, coś, co nie każdy mógł posiadać.
– Też ciężko mi sobie to wyobrazić, a fantazję mam bujną. Może pora zaskoczyć samego siebie? – stwierdził, tym razem niemalże obojętnym tonem. W dłoni trzymał filiżankę i spuścił teraz na nią wzrok, niemal odruchowo analizując wzory, kształt, materiał, z jakiego ją wykonano. – Poza tym to nie tak, że nie będę bywał w Londynie. Wiele prac wykonuję w mojej pracowni w Domu Mody.
Lubił Londyn, bo był pełen życia i ruchu. Bo zawsze był centrum wydarzeń, a Christopher kochał być w ich środku. Ale teraz to, co ciągnęło go do Londynu, zaczynało odpychać i męczyć. Miasto wciąż było centrum wydarzeń, ale takich, których Christopher nie chciał być częścią. Które zmuszały do zadawania sobie pytań, na które wolałby nie odpowiadać, obierania stron, których obierać nie chciał. Nigdy nie przyznałby się Astorii Avery to tych przemyśleń, które tkwiły teraz w jego głowie, zakorzenione tam, gdy wywlekł się z chmury duszącego dymu, zostawiając za sobą budynek z płonącym dachem i mieszkanie pełne sadzy. Mógł zdawać się beztroski, ale nie był całkiem bezmyślny, i nie na tyle głupi, by nie wiedział, że pewnych słów nie należy wypowiadać nieostrożnie.
Mugoli miał za kretynów. Mugolaków za gorszych od siebie. To się nie zmieniło ani o jotę. Ale w tej chwili nie widział już w ludziach czystej krwi ogólnie tej lepszej arystokracji, których sama krew stawiała na piedestale, jak jeszcze przed miesiącem zaledwie. Pośród nich byli ci, którzy omal go nie zabili, może więc to wszystko było bardziej skomplikowane niż kiedykolwiek podejrzewał. A Christopher nie lubił takich komplikacji: wolał swoje życie nieco zblazowanego artysty.
– Biorę eliksir na kaszel. A uzdrowiciel zaleca zresztą… spacery na łonie przyrody – westchnął, niemalże cierpiętniczo, podnosząc wzrok znad filiżanki na samą Astorię. Może i myślał o wyprowadzce z Londynu, ale nie o spacerach po lasach. Być może samo siedzenie gdzieś, gdzie w powietrzu nie unosił się ani popiół, ani ten mugolski, paskudny smug, smog, czy jak to się nazywało, pomoże. – Obraz nie ucieknie – zbył krótko jej wyznanie, machając wolną ręką. – Być może tobie też przydałyby się spacery na łonie przyrody.
Ją najwyraźniej konsekwencje dosięgły mocniej niż jego, może dlatego, że ogólnie nie cieszyła się najlepszą kondycją. Astoria zawsze wydawała się mu, mylnie albo nie, w pewnym sensie krucha.
– Moja sztuka ma cieszyć, przynosić radość i pewność siebie. Trudno ją inspirować zniszczeniem.
Niektórzy artyści wzrastali na popiołach: tworzyli dzieła jako przestrogę, lament, napiętnowanie. On jednak do nich nie należał.
Obraz był piękny, był cenny, był unikalny, a fakt, że powstał tylko taki jeden i że ten artysta nie namalował w ogóle bardzo wielu obrazów, czynił go bezcennym. Był dziełem artysty, który uchodził za wizjonera i zbudował swoją pozycję. Był wszystkim, co Christopher cenił: niepowtarzalność, wybicie się ponad innych, jakość, coś, co nie każdy mógł posiadać.
– Też ciężko mi sobie to wyobrazić, a fantazję mam bujną. Może pora zaskoczyć samego siebie? – stwierdził, tym razem niemalże obojętnym tonem. W dłoni trzymał filiżankę i spuścił teraz na nią wzrok, niemal odruchowo analizując wzory, kształt, materiał, z jakiego ją wykonano. – Poza tym to nie tak, że nie będę bywał w Londynie. Wiele prac wykonuję w mojej pracowni w Domu Mody.
Lubił Londyn, bo był pełen życia i ruchu. Bo zawsze był centrum wydarzeń, a Christopher kochał być w ich środku. Ale teraz to, co ciągnęło go do Londynu, zaczynało odpychać i męczyć. Miasto wciąż było centrum wydarzeń, ale takich, których Christopher nie chciał być częścią. Które zmuszały do zadawania sobie pytań, na które wolałby nie odpowiadać, obierania stron, których obierać nie chciał. Nigdy nie przyznałby się Astorii Avery to tych przemyśleń, które tkwiły teraz w jego głowie, zakorzenione tam, gdy wywlekł się z chmury duszącego dymu, zostawiając za sobą budynek z płonącym dachem i mieszkanie pełne sadzy. Mógł zdawać się beztroski, ale nie był całkiem bezmyślny, i nie na tyle głupi, by nie wiedział, że pewnych słów nie należy wypowiadać nieostrożnie.
Mugoli miał za kretynów. Mugolaków za gorszych od siebie. To się nie zmieniło ani o jotę. Ale w tej chwili nie widział już w ludziach czystej krwi ogólnie tej lepszej arystokracji, których sama krew stawiała na piedestale, jak jeszcze przed miesiącem zaledwie. Pośród nich byli ci, którzy omal go nie zabili, może więc to wszystko było bardziej skomplikowane niż kiedykolwiek podejrzewał. A Christopher nie lubił takich komplikacji: wolał swoje życie nieco zblazowanego artysty.
– Biorę eliksir na kaszel. A uzdrowiciel zaleca zresztą… spacery na łonie przyrody – westchnął, niemalże cierpiętniczo, podnosząc wzrok znad filiżanki na samą Astorię. Może i myślał o wyprowadzce z Londynu, ale nie o spacerach po lasach. Być może samo siedzenie gdzieś, gdzie w powietrzu nie unosił się ani popiół, ani ten mugolski, paskudny smug, smog, czy jak to się nazywało, pomoże. – Obraz nie ucieknie – zbył krótko jej wyznanie, machając wolną ręką. – Być może tobie też przydałyby się spacery na łonie przyrody.
Ją najwyraźniej konsekwencje dosięgły mocniej niż jego, może dlatego, że ogólnie nie cieszyła się najlepszą kondycją. Astoria zawsze wydawała się mu, mylnie albo nie, w pewnym sensie krucha.
– Moja sztuka ma cieszyć, przynosić radość i pewność siebie. Trudno ją inspirować zniszczeniem.
Niektórzy artyści wzrastali na popiołach: tworzyli dzieła jako przestrogę, lament, napiętnowanie. On jednak do nich nie należał.