11.02.2026, 21:24 ✶
- Och, to nie jest stół dla cioci cioci, tylko dla… chyba cioci cioci. - powiedział całkiem poważnie, a potem zdał sobie sprawę z tego, co właściwie powiedział i zaśmiał się serdecznie, kładąc rękę na głowie Mabel i z czułością czochrając jej płowozłotą grzywkę, włosów tak podobnych do jego, że aż dziw, że nie połączył kropek szybciej.
Aż dziw.
- To jest stół dla kogoś, wydaje mi się, że dla jej cioci. I nie wiem czy rzeczywiście ona ta inna ciocia tak lubi isolia, może tak, może nie, nie wiem czy nad meblami, które się dzieją można robić magię wiązania. Czy intelektualne rozmowy? Ale koty i słoneczniki… to brzmi jak bardzo dobry pomysł moja mała. - Samuel próbował odpowiedzieć najlepiej jak potrafił obojgu, ale przegrywał z Karlem momentalnie, rozumiejąc w części słowa których używał, a co dopiero całego sensu. Ale nie chciało, żeby kot czuł się wykluczony z rozmowy z samego faktu bycia zbyt mądrym… kotem, tak jak Samuel nie lubił czuć się wykluczony z rozmowy za sam fakt bycia… głupim.
Nie rób drugiemu co Tobie nie miłe - tak powtarzał ojciec, nawet jeśli w okolicy nie było komu w sumie robić coś co było niemiłe Samowi. Teraz tych ktosiów i okoliczności było bardzo dużo, więc ta nauka wracała echem.
- W hipogryfa nie, strasznie mi przykro - powiedział nie kryjąc żalu, myśląc sobie jak byłoby wspaniale, gdyby to było możliwe. - A wiesz, że jak byłem mały, to też właśnie chciałem być bardzo hipogryfem? Kiedy moja matka zapytała mnie o wybór zwierzęcia, od razu powiedziałem hipogryf! To bardzo piękne i dumne stworzeni, chciałem być bardzo silny i bardzo zwinny tam w powietrzu. Myślę, że dlatego finalnie nauczyłem się zmieniać w niedźwiedzia i w krogulca. Mam obie te cechy tylko no… oddzielnie. Kiedyś nawet próļowałem zmienić się w latającego niedźwiedzia, ale to jest bardzo trudne, bo mamy za mało ramion mimo wszystko. Tylko jedna para. Trzeba zdecydować czy ręce staną się niedźwiedzimi łapami, czy wielkimi skrzydłami, dodatkowa para jest wbrew naturze. - powiedział z przekonaniem, jakby sam fakt ludzkiej hybrydy nie był wbrew naturze.
- No ale! Nauczę Cię wszystkiego co chcesz złego co umiem. Jak przyjdzie czas i trafisz do szkoły, będziesz musiała bardzo, bardzo, bardzo przyłożyć się do zajęć z transmutacji. To podstawa. Wiedzieć jak to wyczuć. Jak to płynie. A wtedy zdecydujesz. Jest jeszcze czas. - To było dziwne uczucie, być rodzicem, trzymać kciuki za to, by nie wybrała kota, który jest słodki, ale coś co pozwoli jej być bezpieczną. Odlecieć z miejsca, gdzie było niebezpieczeństwo. Być tak malutką, że niemal niewykrywalną. Ten strach. Był dziwny. Nowy. Ale przyjmował go z całym dobrodziejstwem inwentarza posiadania dziecka. Z całą dumą którą czuł obserwując gdy jej małe paluszki operują ofiarowanymi przez niego dłutkami, wydziabując kolejne wzory. Perfekcyjne, bo zrobione przez jego dziecko. Jego krew.
- Upiekłem dla nas dzisiaj ciasto. Nawet całkiem… całkiem wydaje mi się udane.. -rzucił nieoczekiwanie, tak a propos pierwszych razów, a zaraz potem zatopił się w opowieść o tym cieście, uciekając w mniej interesujące detale i dygresje. Skąd wziął przepis, skąd poszczególne składniki, jak szło mu pieczenie. Opowiadał jej o tym co robią z wujem Nikolaiem w Dolinie, ale też słuchał z uwagą, jak spędza jej się czas u dziadków i z Karlem, jak tęskni za domem i przyjaciółmi, których ma w Londynie.
- Ja wolę kiedy jesteś tutaj. - powiedział nieoczekiwanie, bezmyślnie, ale była to prawda. Zagarnął Mabel do uścisku, nie wiedząc czy dziecko rozdrażni się tym stwierdzeniem, skoro chwilę temu mówiła mu, że tęskni. - Nie lubię tego miasta, a tu jest ładnie i tu… tu jesteś bezpieczna. To dobre miejsce. Czuję jego energię i ona i mnie uspokaja. Lubię Cię tu odwiedzać Mabel. Lubię patrzeć jak rzeźbisz. Świetnie Ci to wychodzi. Jestem… jestem bardzo dumny z Ciebie wiesz? - Umilkł, czując jak emocje zaciskają mu serce. Ile musiał zrobić by zasłużyć na te słowa od własnego ojca, ile musiał zrobić by nigdy nie usłyszeć ich od matki. Chwilę potem odszedł na bok, na wszelki wypadek, gdyby klątwa żywiołów miała się odezwać przez ten napływ niechcianych, zbyt silnych emocji.
On też tęsknił za swoją Knieją. Za swoją leśniczówką. A jednak… wolał być tutaj. Ze swoją córką i jej kotem. Z kawałkiem nie tak idealnego ciasta, oprószony wiórkami z pierwszej rzeźby małej dziewczynki.
Pociągnął nosem.
Życie i jego drogi bywało bardzo proste. Bywało też bardzo dziwne.
Aż dziw.
- To jest stół dla kogoś, wydaje mi się, że dla jej cioci. I nie wiem czy rzeczywiście ona ta inna ciocia tak lubi isolia, może tak, może nie, nie wiem czy nad meblami, które się dzieją można robić magię wiązania. Czy intelektualne rozmowy? Ale koty i słoneczniki… to brzmi jak bardzo dobry pomysł moja mała. - Samuel próbował odpowiedzieć najlepiej jak potrafił obojgu, ale przegrywał z Karlem momentalnie, rozumiejąc w części słowa których używał, a co dopiero całego sensu. Ale nie chciało, żeby kot czuł się wykluczony z rozmowy z samego faktu bycia zbyt mądrym… kotem, tak jak Samuel nie lubił czuć się wykluczony z rozmowy za sam fakt bycia… głupim.
Nie rób drugiemu co Tobie nie miłe - tak powtarzał ojciec, nawet jeśli w okolicy nie było komu w sumie robić coś co było niemiłe Samowi. Teraz tych ktosiów i okoliczności było bardzo dużo, więc ta nauka wracała echem.
- W hipogryfa nie, strasznie mi przykro - powiedział nie kryjąc żalu, myśląc sobie jak byłoby wspaniale, gdyby to było możliwe. - A wiesz, że jak byłem mały, to też właśnie chciałem być bardzo hipogryfem? Kiedy moja matka zapytała mnie o wybór zwierzęcia, od razu powiedziałem hipogryf! To bardzo piękne i dumne stworzeni, chciałem być bardzo silny i bardzo zwinny tam w powietrzu. Myślę, że dlatego finalnie nauczyłem się zmieniać w niedźwiedzia i w krogulca. Mam obie te cechy tylko no… oddzielnie. Kiedyś nawet próļowałem zmienić się w latającego niedźwiedzia, ale to jest bardzo trudne, bo mamy za mało ramion mimo wszystko. Tylko jedna para. Trzeba zdecydować czy ręce staną się niedźwiedzimi łapami, czy wielkimi skrzydłami, dodatkowa para jest wbrew naturze. - powiedział z przekonaniem, jakby sam fakt ludzkiej hybrydy nie był wbrew naturze.
- No ale! Nauczę Cię wszystkiego co chcesz złego co umiem. Jak przyjdzie czas i trafisz do szkoły, będziesz musiała bardzo, bardzo, bardzo przyłożyć się do zajęć z transmutacji. To podstawa. Wiedzieć jak to wyczuć. Jak to płynie. A wtedy zdecydujesz. Jest jeszcze czas. - To było dziwne uczucie, być rodzicem, trzymać kciuki za to, by nie wybrała kota, który jest słodki, ale coś co pozwoli jej być bezpieczną. Odlecieć z miejsca, gdzie było niebezpieczeństwo. Być tak malutką, że niemal niewykrywalną. Ten strach. Był dziwny. Nowy. Ale przyjmował go z całym dobrodziejstwem inwentarza posiadania dziecka. Z całą dumą którą czuł obserwując gdy jej małe paluszki operują ofiarowanymi przez niego dłutkami, wydziabując kolejne wzory. Perfekcyjne, bo zrobione przez jego dziecko. Jego krew.
- Upiekłem dla nas dzisiaj ciasto. Nawet całkiem… całkiem wydaje mi się udane.. -rzucił nieoczekiwanie, tak a propos pierwszych razów, a zaraz potem zatopił się w opowieść o tym cieście, uciekając w mniej interesujące detale i dygresje. Skąd wziął przepis, skąd poszczególne składniki, jak szło mu pieczenie. Opowiadał jej o tym co robią z wujem Nikolaiem w Dolinie, ale też słuchał z uwagą, jak spędza jej się czas u dziadków i z Karlem, jak tęskni za domem i przyjaciółmi, których ma w Londynie.
- Ja wolę kiedy jesteś tutaj. - powiedział nieoczekiwanie, bezmyślnie, ale była to prawda. Zagarnął Mabel do uścisku, nie wiedząc czy dziecko rozdrażni się tym stwierdzeniem, skoro chwilę temu mówiła mu, że tęskni. - Nie lubię tego miasta, a tu jest ładnie i tu… tu jesteś bezpieczna. To dobre miejsce. Czuję jego energię i ona i mnie uspokaja. Lubię Cię tu odwiedzać Mabel. Lubię patrzeć jak rzeźbisz. Świetnie Ci to wychodzi. Jestem… jestem bardzo dumny z Ciebie wiesz? - Umilkł, czując jak emocje zaciskają mu serce. Ile musiał zrobić by zasłużyć na te słowa od własnego ojca, ile musiał zrobić by nigdy nie usłyszeć ich od matki. Chwilę potem odszedł na bok, na wszelki wypadek, gdyby klątwa żywiołów miała się odezwać przez ten napływ niechcianych, zbyt silnych emocji.
On też tęsknił za swoją Knieją. Za swoją leśniczówką. A jednak… wolał być tutaj. Ze swoją córką i jej kotem. Z kawałkiem nie tak idealnego ciasta, oprószony wiórkami z pierwszej rzeźby małej dziewczynki.
Pociągnął nosem.
Życie i jego drogi bywało bardzo proste. Bywało też bardzo dziwne.
Koniec sesji