06.02.2026, 02:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.02.2026, 02:14 przez Benjy Fenwick.)
Przyciągnąłem ją do siebie szybciej, niż zdążyłem to w ogóle przemyśleć, bez ostrzeżenia, bez delikatnego wstępu, bez tej całej ceremonii, którą zwykle obudowywało się takie momenty, to nie było zaproszenie, to nie było pytanie, to był odruch - gwałtowny, impulsywny, podszyty irytacją i czymś jeszcze, czego nie potrafiłem albo nie chciałem nazywać, a co wisiało między nami od pierwszej minuty, odkąd przekroczyła próg tego przedziału. Było w tym napięcie, gniew, niedowierzanie - i to głupie, podskórne poczucie, że jeśli gdzieś jest odpowiedź, to może właśnie tutaj, bo chwilowo wszystkie wymieniane przez nas słowa brzmiały absurdalnie - nie tylko te, które wypowiadała ona, te moje też nie były do końca właściwe, nawet jeśli starałem się, by brzmieć na pewnego swojego stanowiska. Było w tym coś brutalnie szczerego.
Przycisnąłem ją mocniej do swojej piersi, oddech urwał mi się w pół zdania, którego i tak nie zamierzałem wypowiedzieć. Materiał jej płaszcza przesunął się pod moimi palcami, kiedy skróciłem dystans do zera, a nasze oddechy splotły się w pół sekundy. To był impuls, test, próba sił, ten pocałunek miał w sobie coś z prowokacji i coś z desperacji, jakby miał rozstrzygnąć sprawę, której nie potrafiłem ubrać w słowa. Nie było zbyt wiele czasu na analizę, ledwie uniosła głowę, rzucając mi spojrzenie spod gęstych, ciemnych rzęs, a gdy tylko to zrobiła, bez wahania zagarnąłem jej wargi. Nie delikatnie, nie ostrożnie, to nie był gest czułości - to był test, sprawdzenie hipotezy w najprostszy możliwy sposób, eksperyment przeprowadzony bez zgody komisji etycznej. W tym pocałunku było więcej frustracji niż czułości, więcej potrzeby kontroli niż romantyzmu. Moje usta naparły na jej wargi z siłą, która miała coś udowodnić - albo mnie, albo jej, obojgu, a może nikomu - język znalazł drogę między miękkimi wargami bardziej z uporu niż z potrzeby. To wystarczy, bym poczuł ten znajomy, niepokojący impuls, co wcześniej, tylko ostrzejszy, bardziej niepohamowany, jakby ciało pamiętało coś, czego głowa jeszcze nie nadążała przetwarzać.
To miało być doświadczenie, eksperyment, sprawdzenie hipotezy, a jednak gdzieś po drodze przestało nim być, na moment zapomniałem, po co to robię. Pocałunek zgęstniał, stał się cięższy, bardziej lepki od emocji, których nie chciałem nazywać.
Nie próbowała się odsunąć, protestować, zamiast tego oddała ten nacisk, jakby dokładnie wiedziała, gdzie się znajdujemy i co to znaczy, to tylko pogłębiło chaos w mojej głowie - było w tym coś niepokojąco intymnego, coś, co nie pasowało do narracji o obcej kobiecie, która wparowała do mojego przedziału. Smak jej ust, sposób, w jaki reagowała, drobne przesunięcia głowy, niemal niewidoczne korekty kąta, dopasowanie naszych ramion - wszystko to układało się we wzór, którego nie potrafiłem nazwać, ale który ciało rozpoznawało szybciej niż rozsądek. Przez krótką chwilę była sztywna, wyczuwalnie napięta, pełna zawahania, a potem… Odpuściła, jej ramiona przestały być sztywne, oddech się pogłębił, odpowiedziała na pocałunek instynktownie, bez kalkulacji. Nie była bierna, nie była pasywna, oddała ten ruch z tą samą intensywnością, jakby to było dla niej równie naturalne, jak umiejętność oddychania, której właśnie nas pozbawiliśmy - cholera - to mnie zaskoczyło bardziej, niż chciałem przyznać. Pociąg kołysał się gdzieś w tle, świat zwęził się do zapachu jej skóry, ciepła ust i tego absurdalnego poczucia, że właśnie dotykałem czegoś, co nie było już ani trochę proste. W głowie miałem chaos, w ciele - reakcję, której nie przewidziałem - zupełnie tak, jakby ktoś przesunął mi grunt pod nogami.
Oderwałem się pierwszy, nie dramatycznie, nie z impetem, po prostu cofnąłem głowę o kilka centymetrów, zostawiając między nami tę cienką, niebezpieczną przestrzeń. To trwało krótko, zbyt krótko, żeby się w tym zatracić, wystarczająco długo, żeby nie dało się udawać, że nic się nie stało. Oddychałem ciężej, niż bym chciał, ona też - byliśmy blisko, zbyt blisko, by móc umknąć spojrzeniem - patrzyła na mnie bez wstydu, jakby próbowała wyczytać coś z mojej twarzy. Ja przez moment patrzyłem na nią tak samo, starając się nie dać po sobie poznać, że w tym momencie w środku wszystko miałem poprzestawiane, powywracane, przesunięte, zdezorientowane. To nie miało sensu, nic z tego nie miało sensu, a jednak coś we mnie drgnęło - poczułem to irytująco znajome ukłucie pod żebrami. Przechyliłem głowę odrobinę, nadal nie odsuwając się ani o krok, moje palce same powędrowały do jej włosów, zsunęły się po karku, zatrzymały na kołnierzu płaszcza, ten gest był instynktowny, prawie nieświadomy. Zmrużyłem oczy, wciąż wpatrzony w nią z tej niebezpiecznie bliskiej odległości, dzieliły nas dosłownie centymetry, wystarczająco blisko, żebym widział drobne piegi przy puklach na skroni, ledwie drgający mięsień szczęki, ledwo zauważalną asymetrię łuku brwi, sposób, w jaki unosiła klatkę piersiową przy każdym oddechu. Zauważyłem maleńkie pęknięcie na dolnej wardze, ślad po tym, jak wcześniej ją przygryzła - detal bez znaczenia, w jednak mózg uparcie go rejestrował, jakby próbował złapać się czegokolwiek stałego w sytuacji, która od dawna przestała być normalna. I te tęczówki, te cholerne tęczówki wokół rozszerzonych źrenic, ten rodzaj spojrzenia, który nie tylko patrzył, ale też zostawał pod skórą - taki, które człowiek zapamiętuje, nawet jeśli bardzo nie chce.
W końcu wziąłem głębszy wdech. Uniosłem brwi i prawie niezauważalnie pokręciłem głową, jakbym próbował otrząsnąć się z własnych myśli, przesunąłem językiem po wardze - odruchowo, nerwowo, zupełnie niepotrzebnie, bo później zawsze miałem tam spękaną skórę.
- Jesteś zawzięta - Powiedziałem cicho, z tym półuśmiechem, nie uwzględniającym oczu, który zwykle pojawiał się u mnie wtedy, gdy nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy wkurzać. Trafiła kosa na kamień - ona ze swoją determinacją, ja ze swoim uporem - czy w jakimś hipotetycznym scenariuszu to naprawdę mogło działać? Ja i wielkie uczucia - brzmiało jak kiepski dowcip, a jednak… - Okropnie zawzięta. Mówiłem ci to kiedykolwiek? - Głos miałem zachrypnięty, niższy niż zwykle, jak po zbyt długim milczeniu albo po nocy bez snu, zdecydowanie zbyt rozedrgany, jak na kogoś, kto powinien twardo trzymać się swoich postanowień i stanowiska - sam się na tym przyłapałem - nie cofnąłem ręki od razu, moje palce zostały przy jej uchu jeszcze przez sekundę, może dwie, zanim opadły bezwładnie między nas.
Spojrzenie zsunęło mi się jeszcze raz na usta, których smak nadal czułem na swoich, mózg wciąż próbował dogonić to, co ciało już dawno zaakceptowało, potem wróciłem do jej oczu, a wtedy przyszła ta myśl, ciężka i absurdalna zarazem - jeśli ona naprawdę mnie kochała, jakkolwiek by to nie brzmiało w tej całej pokręconej sytuacji, to było w tym coś bluźnierczego, jakaś kosmiczna pomyłka, żart losu. I, o zgrozo, bawiło mnie to w sposób, którego nie potrafiłem do końca wytłumaczyć, trochę desperacko, odrobinę niedowierzająco, zupełnie nie ma miejscu - ja jako cudzy wybór, ja jako punkt odniesienia, ja jako ktoś, dla kogo postanowiła się tu znaleźć, gdziekolwiek było to tu - wybrała dokładnie tego człowieka, który nie powinien być niczyim bezpiecznym portem, usiłując zostać jego latarnią. Westchnąłem, zmęczenie osiadło mi w ramionach, a gdy zaczerpnąłem następny oddech, bezwiednie oparłem dłoń o jej kolano - ten gest wyszedł sam z siebie, ciało podjęło decyzję szybciej niż głowa. Ciepło natychmiast przebiło się przez materiał, było realne, zbyt realne jak na przestrzeń, która od początku sprawiała wrażenie zawieszonej poza wszystkim, zaskakująco wyraźne w tym dziwnym miejscu, na ułamek sekundy zamarłem, świadomy kontaktu dopiero wtedy, gdy już się wydarzył, nie cofnąłem jednak ręki. Nawet nie próbowałem się odsunąć, zamiast tego pozwoliłem dłoni zacisnąć się na kolanie kobiety, palcom napiąć się minimalnie.
- „Razem”, huh… - Burknąłem pod nosem, niemal bezgłośnie, po czym powtórzyłem to jeszcze raz w myślach, pozwalając, żeby w połączeniu z tamtymi dwoma słowami przetoczyło się przeze mnie wolniej, ponieważ o ile to wszystko przed chwilą brzmiało jak dramatyczna deklaracja, coś rzuconego na stół w akcie desperacji, o tyle teraz miało inny ciężar - „kocham cię” - tak, jakby nagle ktoś podłożył pod nie fundament, nawet jeśli stanął on na najgorszej możliwej działce. Nie potrafiłem przestać patrzeć na jej usta, myśląc o tym, jak miękkie były chwilę temu, wciąż miałem na języku słodki smak tamtego pocałunku, echo raptem parosekundowego doznania, które kryło w sobie stanowczo zbyt wiele intymności, jak na to, czym powinno być, w uszach brzmiał mi urwany oddech zmieszany z moim, czułem ciepło wdzierające mi się pod skórę, przenikające mnie aż do kości… To było absurdalne, jak mocno mnie to rozpraszało, jak bardzo ciało potrafiło sabotować całą resztę.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? - Mruknąłem, nie czekając na odpowiedź. - Nawet jeśli masz rację, to i tak próbujesz przepchnąć rzeczywistość siłą charakteru, zupełnie nie bacząc na to, że kompletnie nie spełniam żadnych romantycznych kryteriów i, jeśli mówisz prawdę, jestem straconym przypadkiem. - Patrzyłem na nią uważnie, już bez kpiny, trzeba było mieć wyjątkowego pecha, żeby trafić akurat na mnie, więc czemu tak bardzo zależało jej, by potencjalnie zatrzymać to, cokolwiek się działo. Zawahałem się przez moment, wypuściłem powoli powietrze, nie odrywając od niej wzroku. Zacisnąłem szczękę, jakbym próbował się z tego otrząsnąć, ale moja dłoń nadal spoczywała na kolanie kobiety, nie cofnąłem jej, wręcz przeciwnie, kciuk poruszył się odruchowo, ledwie zauważalnie, jakby sprawdzał, czy ona wciąż tu jest, czy to wszystko nie było tylko jakimś pokręconym snem, wytworem tego absurdalnie mglistego pociągu.
- Ale dobra. Załóżmy, że nie blefujesz. - To nie była uległość, nie miałem jednak przygotowanej żadnej mądrej riposty, żadnego wyrachowanego kontrargumentu, wszystko, czego byłem pewien przed kilkoma chwilami, rozsypywało się gdzieś między jej spojrzeniem a wspomnieniem tego pocałunku. - Powiedz mi więc, jak ty to sobie wyobrażasz. - Spojrzenie miałem uparte, czujne, co kontrastowało ze sposobem, w jaki z trudem przełknąłem ślinę. Czułem, że powinienem powiedzieć coś twardszego, bardziej cynicznego, coś w moim stylu, ale zamiast tego na usta cisnęło mi się coś zupełnie innego, więc zamiast czegoś, co mogłoby wydawać się naturalne, wypaliłem, prosto, bez osłon:
- Czy przypadkiem nie powinienem pamiętać, że… Kim ty właściwie dla mnie jesteś? - Rzuciłem wprost, bez eufemizmów, słowa wyrwały mi się szybciej, niż zdążyłem je ułożyć w głowie, ton miałem twardszy, niż planowałem, ale w środku było w tym więcej niepewności niż agresji. Tak, zdecydowanie wolałbym wiedzieć, dlaczego jakaś kobieta rzucała się pod pociąg razem ze mną i nazywała to miłością. - My… Co, kochamy się? - Przejechałem dłonią po twarzy, od szczęki po skroń, czując pod palcami zmęczenie, którego nie potrafiłem umiejscowić. - Jesteśmy razem? Jesteś moją partnerką, żoną, przyjaciółką, czymkolwiek? - Głos miałem niższy, bardziej skupiony. - Jeśli faktycznie jesteś kimś, kogo kocham, to czemu ja zachowuję się wobec ciebie jak ostatni kutas? - Uniosłem lekko brwi, jakbym sam nie dowierzał temu, co właśnie powiedziałem. - Spierdoliliśmy coś spektakularnie? Jesteśmy pokłóceni? Pokłóceni tak bardzo, że wsiadam do jakiegoś pieprzonego pociągu donikąd, a ty musisz mnie z niego ściągać siłą? - Krótki, suchy wydech uciekł mi przez nos, z tym dziwnym, niekomfortowym skupieniem, które pojawiało się, kiedy zaczynasz podejrzewać, że grunt pod nogami nie jest tak stały, jak wydawało ci się na początku. - Dostałem Obliviate czy coś w tym stylu? Ktoś mi wyciął kawałek życia i teraz mam go odzyskać na peronie jak zagubiony bagaż? Czy ja…? - Zacisnąłem szczękę, patrząc na nią i nagle przełykając ślinę - nie, to chyba nie było to, prawda? To nie mogło być to, nawet nie zamierzałem zadawać tego pytania. - Wysiądziemy na jakimś peronie i nagle wszystko mi się przypomni? Ty, ja, „my”? Cały ten… Bałagan? Czy raczej wysiądziemy i ja zapomnę całą tę podróż, jakby ktoś mi ją wyciął z głowy? Mam po prostu zaufać, że po drugiej stronie czeka wersja mnie, która wie, co robić i jak cię traktować? - Zawiesiłem głos na moment, mrużąc oczy, jakbym próbował wyłuskać z niej odpowiedź samym spojrzeniem. - Bo jak na razie ten pociąg po prostu jedzie. Bez ogłoszeń. Bez tablic. Bez uprzejmego głosu informującego o kolejnym przystanku, a ty upierasz się, że należy wysiąść. Gdzie? - Ton miałem spokojny, ale pod spodem pulsowało napięcie, którego nie zamierzałem ukrywać. - Nie było żadnych postojów. Żadnych znaków. Niczego, co sugerowałoby, że można po prostu wstać, otworzyć drzwi i wyjść. - Część mnie wciąż była defensywna, gotowa odbić każdą próbę nacisku. Inna, ta bardziej niepokojąca, rejestrowała fakt, że coś tu rzeczywiście - Skoro jesteś taka zawzięta… Jak chcesz to rozegrać, skoro do tej pory ten pociąg nawet nie udawał, że ma zamiar się zatrzymać. Jeśli masz plan - wyraźniej uniosłem brwi - to jest dobry moment, żeby go wyłożyć. - Zrobiłem krótki, nerwowy wydech, słowa zawisły między nami, a ja w dalszym ciągu patrzyłem na nią uważnie, jakby odpowiedź mogła być zapisana na jej twarzy, w tych ślicznych oczach - głębokich, uważnych, pełnych czegoś, co było jednocześnie prośbą i wyzwaniem - czy w sposobie, w jaki trzymała ramiona. Dzieliły nas centymetry, tylko tyle, a jednak miałem wrażenie, że stoję na granicy czegoś niestabilnego, o krok od upadku, który mógł zakończyć się na wiele różnych sposobów. Uniosłem brwi, niemal niezauważalnie pokręciłem głową, jakby sam fakt tej sytuacji był dla mnie trudny do przyjęcia, i kolejny raz przesunąłem językiem po wardze, czując jeszcze echo jej smaku - tych cholernie słodkich ust. Czy to była słodycz kłamstw czy prawdy? Coś we mnie chciało wierzyć, coś innego wolałoby jednak nie dociekać dalej…
Przycisnąłem ją mocniej do swojej piersi, oddech urwał mi się w pół zdania, którego i tak nie zamierzałem wypowiedzieć. Materiał jej płaszcza przesunął się pod moimi palcami, kiedy skróciłem dystans do zera, a nasze oddechy splotły się w pół sekundy. To był impuls, test, próba sił, ten pocałunek miał w sobie coś z prowokacji i coś z desperacji, jakby miał rozstrzygnąć sprawę, której nie potrafiłem ubrać w słowa. Nie było zbyt wiele czasu na analizę, ledwie uniosła głowę, rzucając mi spojrzenie spod gęstych, ciemnych rzęs, a gdy tylko to zrobiła, bez wahania zagarnąłem jej wargi. Nie delikatnie, nie ostrożnie, to nie był gest czułości - to był test, sprawdzenie hipotezy w najprostszy możliwy sposób, eksperyment przeprowadzony bez zgody komisji etycznej. W tym pocałunku było więcej frustracji niż czułości, więcej potrzeby kontroli niż romantyzmu. Moje usta naparły na jej wargi z siłą, która miała coś udowodnić - albo mnie, albo jej, obojgu, a może nikomu - język znalazł drogę między miękkimi wargami bardziej z uporu niż z potrzeby. To wystarczy, bym poczuł ten znajomy, niepokojący impuls, co wcześniej, tylko ostrzejszy, bardziej niepohamowany, jakby ciało pamiętało coś, czego głowa jeszcze nie nadążała przetwarzać.
To miało być doświadczenie, eksperyment, sprawdzenie hipotezy, a jednak gdzieś po drodze przestało nim być, na moment zapomniałem, po co to robię. Pocałunek zgęstniał, stał się cięższy, bardziej lepki od emocji, których nie chciałem nazywać.
Nie próbowała się odsunąć, protestować, zamiast tego oddała ten nacisk, jakby dokładnie wiedziała, gdzie się znajdujemy i co to znaczy, to tylko pogłębiło chaos w mojej głowie - było w tym coś niepokojąco intymnego, coś, co nie pasowało do narracji o obcej kobiecie, która wparowała do mojego przedziału. Smak jej ust, sposób, w jaki reagowała, drobne przesunięcia głowy, niemal niewidoczne korekty kąta, dopasowanie naszych ramion - wszystko to układało się we wzór, którego nie potrafiłem nazwać, ale który ciało rozpoznawało szybciej niż rozsądek. Przez krótką chwilę była sztywna, wyczuwalnie napięta, pełna zawahania, a potem… Odpuściła, jej ramiona przestały być sztywne, oddech się pogłębił, odpowiedziała na pocałunek instynktownie, bez kalkulacji. Nie była bierna, nie była pasywna, oddała ten ruch z tą samą intensywnością, jakby to było dla niej równie naturalne, jak umiejętność oddychania, której właśnie nas pozbawiliśmy - cholera - to mnie zaskoczyło bardziej, niż chciałem przyznać. Pociąg kołysał się gdzieś w tle, świat zwęził się do zapachu jej skóry, ciepła ust i tego absurdalnego poczucia, że właśnie dotykałem czegoś, co nie było już ani trochę proste. W głowie miałem chaos, w ciele - reakcję, której nie przewidziałem - zupełnie tak, jakby ktoś przesunął mi grunt pod nogami.
Oderwałem się pierwszy, nie dramatycznie, nie z impetem, po prostu cofnąłem głowę o kilka centymetrów, zostawiając między nami tę cienką, niebezpieczną przestrzeń. To trwało krótko, zbyt krótko, żeby się w tym zatracić, wystarczająco długo, żeby nie dało się udawać, że nic się nie stało. Oddychałem ciężej, niż bym chciał, ona też - byliśmy blisko, zbyt blisko, by móc umknąć spojrzeniem - patrzyła na mnie bez wstydu, jakby próbowała wyczytać coś z mojej twarzy. Ja przez moment patrzyłem na nią tak samo, starając się nie dać po sobie poznać, że w tym momencie w środku wszystko miałem poprzestawiane, powywracane, przesunięte, zdezorientowane. To nie miało sensu, nic z tego nie miało sensu, a jednak coś we mnie drgnęło - poczułem to irytująco znajome ukłucie pod żebrami. Przechyliłem głowę odrobinę, nadal nie odsuwając się ani o krok, moje palce same powędrowały do jej włosów, zsunęły się po karku, zatrzymały na kołnierzu płaszcza, ten gest był instynktowny, prawie nieświadomy. Zmrużyłem oczy, wciąż wpatrzony w nią z tej niebezpiecznie bliskiej odległości, dzieliły nas dosłownie centymetry, wystarczająco blisko, żebym widział drobne piegi przy puklach na skroni, ledwie drgający mięsień szczęki, ledwo zauważalną asymetrię łuku brwi, sposób, w jaki unosiła klatkę piersiową przy każdym oddechu. Zauważyłem maleńkie pęknięcie na dolnej wardze, ślad po tym, jak wcześniej ją przygryzła - detal bez znaczenia, w jednak mózg uparcie go rejestrował, jakby próbował złapać się czegokolwiek stałego w sytuacji, która od dawna przestała być normalna. I te tęczówki, te cholerne tęczówki wokół rozszerzonych źrenic, ten rodzaj spojrzenia, który nie tylko patrzył, ale też zostawał pod skórą - taki, które człowiek zapamiętuje, nawet jeśli bardzo nie chce.
W końcu wziąłem głębszy wdech. Uniosłem brwi i prawie niezauważalnie pokręciłem głową, jakbym próbował otrząsnąć się z własnych myśli, przesunąłem językiem po wardze - odruchowo, nerwowo, zupełnie niepotrzebnie, bo później zawsze miałem tam spękaną skórę.
- Jesteś zawzięta - Powiedziałem cicho, z tym półuśmiechem, nie uwzględniającym oczu, który zwykle pojawiał się u mnie wtedy, gdy nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy wkurzać. Trafiła kosa na kamień - ona ze swoją determinacją, ja ze swoim uporem - czy w jakimś hipotetycznym scenariuszu to naprawdę mogło działać? Ja i wielkie uczucia - brzmiało jak kiepski dowcip, a jednak… - Okropnie zawzięta. Mówiłem ci to kiedykolwiek? - Głos miałem zachrypnięty, niższy niż zwykle, jak po zbyt długim milczeniu albo po nocy bez snu, zdecydowanie zbyt rozedrgany, jak na kogoś, kto powinien twardo trzymać się swoich postanowień i stanowiska - sam się na tym przyłapałem - nie cofnąłem ręki od razu, moje palce zostały przy jej uchu jeszcze przez sekundę, może dwie, zanim opadły bezwładnie między nas.
Spojrzenie zsunęło mi się jeszcze raz na usta, których smak nadal czułem na swoich, mózg wciąż próbował dogonić to, co ciało już dawno zaakceptowało, potem wróciłem do jej oczu, a wtedy przyszła ta myśl, ciężka i absurdalna zarazem - jeśli ona naprawdę mnie kochała, jakkolwiek by to nie brzmiało w tej całej pokręconej sytuacji, to było w tym coś bluźnierczego, jakaś kosmiczna pomyłka, żart losu. I, o zgrozo, bawiło mnie to w sposób, którego nie potrafiłem do końca wytłumaczyć, trochę desperacko, odrobinę niedowierzająco, zupełnie nie ma miejscu - ja jako cudzy wybór, ja jako punkt odniesienia, ja jako ktoś, dla kogo postanowiła się tu znaleźć, gdziekolwiek było to tu - wybrała dokładnie tego człowieka, który nie powinien być niczyim bezpiecznym portem, usiłując zostać jego latarnią. Westchnąłem, zmęczenie osiadło mi w ramionach, a gdy zaczerpnąłem następny oddech, bezwiednie oparłem dłoń o jej kolano - ten gest wyszedł sam z siebie, ciało podjęło decyzję szybciej niż głowa. Ciepło natychmiast przebiło się przez materiał, było realne, zbyt realne jak na przestrzeń, która od początku sprawiała wrażenie zawieszonej poza wszystkim, zaskakująco wyraźne w tym dziwnym miejscu, na ułamek sekundy zamarłem, świadomy kontaktu dopiero wtedy, gdy już się wydarzył, nie cofnąłem jednak ręki. Nawet nie próbowałem się odsunąć, zamiast tego pozwoliłem dłoni zacisnąć się na kolanie kobiety, palcom napiąć się minimalnie.
- „Razem”, huh… - Burknąłem pod nosem, niemal bezgłośnie, po czym powtórzyłem to jeszcze raz w myślach, pozwalając, żeby w połączeniu z tamtymi dwoma słowami przetoczyło się przeze mnie wolniej, ponieważ o ile to wszystko przed chwilą brzmiało jak dramatyczna deklaracja, coś rzuconego na stół w akcie desperacji, o tyle teraz miało inny ciężar - „kocham cię” - tak, jakby nagle ktoś podłożył pod nie fundament, nawet jeśli stanął on na najgorszej możliwej działce. Nie potrafiłem przestać patrzeć na jej usta, myśląc o tym, jak miękkie były chwilę temu, wciąż miałem na języku słodki smak tamtego pocałunku, echo raptem parosekundowego doznania, które kryło w sobie stanowczo zbyt wiele intymności, jak na to, czym powinno być, w uszach brzmiał mi urwany oddech zmieszany z moim, czułem ciepło wdzierające mi się pod skórę, przenikające mnie aż do kości… To było absurdalne, jak mocno mnie to rozpraszało, jak bardzo ciało potrafiło sabotować całą resztę.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? - Mruknąłem, nie czekając na odpowiedź. - Nawet jeśli masz rację, to i tak próbujesz przepchnąć rzeczywistość siłą charakteru, zupełnie nie bacząc na to, że kompletnie nie spełniam żadnych romantycznych kryteriów i, jeśli mówisz prawdę, jestem straconym przypadkiem. - Patrzyłem na nią uważnie, już bez kpiny, trzeba było mieć wyjątkowego pecha, żeby trafić akurat na mnie, więc czemu tak bardzo zależało jej, by potencjalnie zatrzymać to, cokolwiek się działo. Zawahałem się przez moment, wypuściłem powoli powietrze, nie odrywając od niej wzroku. Zacisnąłem szczękę, jakbym próbował się z tego otrząsnąć, ale moja dłoń nadal spoczywała na kolanie kobiety, nie cofnąłem jej, wręcz przeciwnie, kciuk poruszył się odruchowo, ledwie zauważalnie, jakby sprawdzał, czy ona wciąż tu jest, czy to wszystko nie było tylko jakimś pokręconym snem, wytworem tego absurdalnie mglistego pociągu.
- Ale dobra. Załóżmy, że nie blefujesz. - To nie była uległość, nie miałem jednak przygotowanej żadnej mądrej riposty, żadnego wyrachowanego kontrargumentu, wszystko, czego byłem pewien przed kilkoma chwilami, rozsypywało się gdzieś między jej spojrzeniem a wspomnieniem tego pocałunku. - Powiedz mi więc, jak ty to sobie wyobrażasz. - Spojrzenie miałem uparte, czujne, co kontrastowało ze sposobem, w jaki z trudem przełknąłem ślinę. Czułem, że powinienem powiedzieć coś twardszego, bardziej cynicznego, coś w moim stylu, ale zamiast tego na usta cisnęło mi się coś zupełnie innego, więc zamiast czegoś, co mogłoby wydawać się naturalne, wypaliłem, prosto, bez osłon:
- Czy przypadkiem nie powinienem pamiętać, że… Kim ty właściwie dla mnie jesteś? - Rzuciłem wprost, bez eufemizmów, słowa wyrwały mi się szybciej, niż zdążyłem je ułożyć w głowie, ton miałem twardszy, niż planowałem, ale w środku było w tym więcej niepewności niż agresji. Tak, zdecydowanie wolałbym wiedzieć, dlaczego jakaś kobieta rzucała się pod pociąg razem ze mną i nazywała to miłością. - My… Co, kochamy się? - Przejechałem dłonią po twarzy, od szczęki po skroń, czując pod palcami zmęczenie, którego nie potrafiłem umiejscowić. - Jesteśmy razem? Jesteś moją partnerką, żoną, przyjaciółką, czymkolwiek? - Głos miałem niższy, bardziej skupiony. - Jeśli faktycznie jesteś kimś, kogo kocham, to czemu ja zachowuję się wobec ciebie jak ostatni kutas? - Uniosłem lekko brwi, jakbym sam nie dowierzał temu, co właśnie powiedziałem. - Spierdoliliśmy coś spektakularnie? Jesteśmy pokłóceni? Pokłóceni tak bardzo, że wsiadam do jakiegoś pieprzonego pociągu donikąd, a ty musisz mnie z niego ściągać siłą? - Krótki, suchy wydech uciekł mi przez nos, z tym dziwnym, niekomfortowym skupieniem, które pojawiało się, kiedy zaczynasz podejrzewać, że grunt pod nogami nie jest tak stały, jak wydawało ci się na początku. - Dostałem Obliviate czy coś w tym stylu? Ktoś mi wyciął kawałek życia i teraz mam go odzyskać na peronie jak zagubiony bagaż? Czy ja…? - Zacisnąłem szczękę, patrząc na nią i nagle przełykając ślinę - nie, to chyba nie było to, prawda? To nie mogło być to, nawet nie zamierzałem zadawać tego pytania. - Wysiądziemy na jakimś peronie i nagle wszystko mi się przypomni? Ty, ja, „my”? Cały ten… Bałagan? Czy raczej wysiądziemy i ja zapomnę całą tę podróż, jakby ktoś mi ją wyciął z głowy? Mam po prostu zaufać, że po drugiej stronie czeka wersja mnie, która wie, co robić i jak cię traktować? - Zawiesiłem głos na moment, mrużąc oczy, jakbym próbował wyłuskać z niej odpowiedź samym spojrzeniem. - Bo jak na razie ten pociąg po prostu jedzie. Bez ogłoszeń. Bez tablic. Bez uprzejmego głosu informującego o kolejnym przystanku, a ty upierasz się, że należy wysiąść. Gdzie? - Ton miałem spokojny, ale pod spodem pulsowało napięcie, którego nie zamierzałem ukrywać. - Nie było żadnych postojów. Żadnych znaków. Niczego, co sugerowałoby, że można po prostu wstać, otworzyć drzwi i wyjść. - Część mnie wciąż była defensywna, gotowa odbić każdą próbę nacisku. Inna, ta bardziej niepokojąca, rejestrowała fakt, że coś tu rzeczywiście - Skoro jesteś taka zawzięta… Jak chcesz to rozegrać, skoro do tej pory ten pociąg nawet nie udawał, że ma zamiar się zatrzymać. Jeśli masz plan - wyraźniej uniosłem brwi - to jest dobry moment, żeby go wyłożyć. - Zrobiłem krótki, nerwowy wydech, słowa zawisły między nami, a ja w dalszym ciągu patrzyłem na nią uważnie, jakby odpowiedź mogła być zapisana na jej twarzy, w tych ślicznych oczach - głębokich, uważnych, pełnych czegoś, co było jednocześnie prośbą i wyzwaniem - czy w sposobie, w jaki trzymała ramiona. Dzieliły nas centymetry, tylko tyle, a jednak miałem wrażenie, że stoję na granicy czegoś niestabilnego, o krok od upadku, który mógł zakończyć się na wiele różnych sposobów. Uniosłem brwi, niemal niezauważalnie pokręciłem głową, jakby sam fakt tej sytuacji był dla mnie trudny do przyjęcia, i kolejny raz przesunąłem językiem po wardze, czując jeszcze echo jej smaku - tych cholernie słodkich ust. Czy to była słodycz kłamstw czy prawdy? Coś we mnie chciało wierzyć, coś innego wolałoby jednak nie dociekać dalej…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)