Chciał protestować. Dalej. No kurwa gotów był wstawać z tego krzesełka (to znaczy ławeczki?) i iść tam (?) do tego zasranego abraxana, żeby nakopać mu (bo mówienie ewidentnie nie pomagało) do głowy, że ma kurwa lecieć, a nie tutaj świrować, lądować na wypizdowie i... skąd mieli wziąć niby zasraną whisky na tym zadupiu? Pomijając oczywiście szczegóły jak problemy ze wstawaniem czy niemożliwość chodzenia w powietrzu i to, że wychodzenie z lecącej dorożki to kiepski pomysł (ale w końcu upadek z wysokości wampira zabić nie mógł) to plan był idealny. I jedyną przeszkodą w tym planie była Victoria. Która wcale nie wystraszyła się nawiedzonej dorożki. W praktyce. W teorii Sauriela to było właśnie to.
- Ty kur... co ty! Ał! - Zaczął od wyklinania latającej bestii, od ruchu, który naprawdę wyglądał, jakby zaraz miał się zerwać z miejsca, a potem osiadł mocniej, bo Victorii się do niego przysunęła. Lepszym określeniem byłoby jednak: przykleiła. Wskoczyła prawie na niego i zacisnęła te swoje słabe rączki na jego ręce - rączki jak rączki, ale pazurzyska to miała iście kocie! Spoglądał na nią z oburzeniem, ale ręką nawet nie szarpnął. Kompletnie nie wiedział, co się dzieje. Ani tam z przodu, z tym abraxanem, ani teraz z Victorią, która podskoczyła wraz z obniżeniem lotu stworzenia. Oburzenie wcale nie było wycelowane w Victorię - bo z oburzeniem spoglądał w przód już przed chwilą.
Wóz zapikował mocniej w dół. Najwyraźniej brak dalszych sprzeciwów kompletnie wybitego z rytmu i zupełnie zdegustowanego Sauriela abraxan wziął za pełną zachętę. Gdyby nie to, że wnętrzności wampira nie bardzo funkcjonowały, to chyba nawet jemu teraz by coś podeszło do gardła. Pewnie kolacja zjedzona przed wylotem.
Karoca zapikowała - nie tak, żeby ich zrzucić, ale czarnowłosego trochę przesunęło w przód - musiał się zaprzeć nogą o przeciwległe podłoże siedzenia, żeby siedzieć nadal. Drugą ręką złapał przy okazji Victorie, która ewidentnie nie była sobą. Abraxan wydał z siebie pełne ulgi "lądujeeemy..!", które nijak nie pasowało do sytuacji. Przynajmniej tej sytuacji czarnowłosego, który był mocno sfrustrowany. To lądowanie nie było sekundką. Lecieli w końcu wysoko, żeby nie przykuć niczyjej uwagi z dołu. Więc pikowanie chwilę trwało. Aż w końcu z łoskotem wylądowali, Sauriela podrzuciło aż na krześle, kopyta końskie uderzyły o asfalt, przejechali jeszcze parę metrów i... spokój.
- Ooo... jak dobrze. Tak mnie skrzydła bolą. - Zajęczało stworzenie.
- Tori... ej, Tori... żyjesz? - Wszystko w porządku? No nie, nie było w porządku - widział to. I czuł na swoim przedramieniu, to i się teraz krzywił całkowicie niesympatycznie. Choć nie patrzył na nią ze złością czy cokolwiek takiego. Głos miał napięty od tego zdenerwowania, na nią trochę też, że na niego wskoczyła i zaczęła go drapać, ale głównie na abraxana. Chciał wyjść i na niego wyklinać, ale widział, że z Victorią wcale dobrze nie jest.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.