01.02.2026, 17:11 ✶
Helloise poczuła się niespodziewanie schwytana w postrzeżenie. Rzadko ktoś patrzył na tyle uważnie, aby opowiedzieć jej prawdę o niej samej — jej narracja zwykle należała wyłącznie do niej i odkrywano Helloise tyle tylko, ile pozwoliła się odkrywać.
Oczy czarownicy nie straciły nic ze zdystansowanej czujności — wręcz przeciwnie, każde słowo mężczyzny intrygowało coraz więcej. Zdawał się nie mieć tego społecznego filtra, który kazał ludziom jej dziwactwa ignorować bądź wzdrygać się przed nimi. Okrywała go kusząca warstwa tajemnicy — niecodzienna mowa, niecodzienna pora, niecodzienna przenikliwość. A wiedźma z Doliny lubiła poznawać to, co niecodzienne.
— Są rzeczy starsze niż prawa cywilizacji. Czy nie każdy człowiek rodzi się z instynktem nakazującym czuć respekt wobec krwi? Szanuję krew.
Czym nie odpowiedziała na jego pytanie. Szacunek bowiem nie wykluczał skorzystania z wartości krwi wysączonej z żywego stworzenia. Helloise szanowała krew i szanowała każde życie — mimo że nie wahała się go odbierać istotom w cierpieniach bądź tym potrzebnym dla słusznego celu. Szacunek jej nie przejawiał się w bezwarunkowej ochronie, lecz w intencjonalności.
Jedyną zaś wiecznością, jaką ceniła, był niekończący się cykl stwarzania i umierania. Może była zbyt młoda, aby zacząć bać się śmierci i docenić dar wampiryzmu, a może zbyt fanatycznie oddana swojej wierze — lecz zapewne ona również odrzuciłaby ofertę przemiany.
— Lestrange — powtórzyła za nim mętnie, zastanawiając się nad nazwiskiem. Dægberht również wspominał jej o Lestrange’ach, co miało oczywiście uzasadnienie, jako że ogród należał do nich. Helloise za bardzo jednak polegała na sobie i własnych umiejętnościach, aby wyjść z inicjatywą wypytywania opiekunów Maida Vale. Skoro nie ogłosili czegoś publice, czemu mieliby głosić jej? Nie przepadała zresztą za mieszaniem w swoje sprawy zbędnych osób. — Być może. Znasz zarządcę?
Zaklasyfikowanie Montbela nie było takie oczywiste. Helloise posmakowała wielu rodzajów zimna: znała wampiry, znała ghoule, poznała i zimno płynące w człowieku, który część siebie pozostawił w Limbo. Jeśli nie wystarczył jej brak oddechu u tego czarodzieja, to odpowiedź zacementowały kły. Czarownica nie wydawała się w żaden sposób odkryciem poruszona, wręcz przeciwnie: wyprężone palce sięgające szyi wampira rozluźniły się, spoczywały na niej teraz miękko, spokojnie. Deklaracje Gabriela spotkały się z pomrukiem zgody — przyjmowała je, nie zaprzeczała. Otaczanie się drapieżnymi gatunkami miała we krwi, podobnie jak ograniczone do nich zaufanie, którego nie zmieniały żadne słowa ani gesty. Urodzona wśród smoczych gór, nie bała się jednak zbliżyć do paszczy bestii.
— Piękno fascynuje najbardziej, gdy jest ulotne. Nie ma powodu wzbraniać się przed tym. — Łaskoczący dotyk Gabriela rozszedł się przyjemnie po jej karku. Czarownica łatwo dawała się wodzić po tropach pieszczot; podobnie więc jak wampir, ona również chętnie ułatwiła do siebie dostęp, obracając głowę, pozwalając palcami zwiedzić szyję i kark obsypane jasnymi włosami.
Oczy czarownicy nie straciły nic ze zdystansowanej czujności — wręcz przeciwnie, każde słowo mężczyzny intrygowało coraz więcej. Zdawał się nie mieć tego społecznego filtra, który kazał ludziom jej dziwactwa ignorować bądź wzdrygać się przed nimi. Okrywała go kusząca warstwa tajemnicy — niecodzienna mowa, niecodzienna pora, niecodzienna przenikliwość. A wiedźma z Doliny lubiła poznawać to, co niecodzienne.
— Są rzeczy starsze niż prawa cywilizacji. Czy nie każdy człowiek rodzi się z instynktem nakazującym czuć respekt wobec krwi? Szanuję krew.
Czym nie odpowiedziała na jego pytanie. Szacunek bowiem nie wykluczał skorzystania z wartości krwi wysączonej z żywego stworzenia. Helloise szanowała krew i szanowała każde życie — mimo że nie wahała się go odbierać istotom w cierpieniach bądź tym potrzebnym dla słusznego celu. Szacunek jej nie przejawiał się w bezwarunkowej ochronie, lecz w intencjonalności.
Jedyną zaś wiecznością, jaką ceniła, był niekończący się cykl stwarzania i umierania. Może była zbyt młoda, aby zacząć bać się śmierci i docenić dar wampiryzmu, a może zbyt fanatycznie oddana swojej wierze — lecz zapewne ona również odrzuciłaby ofertę przemiany.
— Lestrange — powtórzyła za nim mętnie, zastanawiając się nad nazwiskiem. Dægberht również wspominał jej o Lestrange’ach, co miało oczywiście uzasadnienie, jako że ogród należał do nich. Helloise za bardzo jednak polegała na sobie i własnych umiejętnościach, aby wyjść z inicjatywą wypytywania opiekunów Maida Vale. Skoro nie ogłosili czegoś publice, czemu mieliby głosić jej? Nie przepadała zresztą za mieszaniem w swoje sprawy zbędnych osób. — Być może. Znasz zarządcę?
Zaklasyfikowanie Montbela nie było takie oczywiste. Helloise posmakowała wielu rodzajów zimna: znała wampiry, znała ghoule, poznała i zimno płynące w człowieku, który część siebie pozostawił w Limbo. Jeśli nie wystarczył jej brak oddechu u tego czarodzieja, to odpowiedź zacementowały kły. Czarownica nie wydawała się w żaden sposób odkryciem poruszona, wręcz przeciwnie: wyprężone palce sięgające szyi wampira rozluźniły się, spoczywały na niej teraz miękko, spokojnie. Deklaracje Gabriela spotkały się z pomrukiem zgody — przyjmowała je, nie zaprzeczała. Otaczanie się drapieżnymi gatunkami miała we krwi, podobnie jak ograniczone do nich zaufanie, którego nie zmieniały żadne słowa ani gesty. Urodzona wśród smoczych gór, nie bała się jednak zbliżyć do paszczy bestii.
— Piękno fascynuje najbardziej, gdy jest ulotne. Nie ma powodu wzbraniać się przed tym. — Łaskoczący dotyk Gabriela rozszedł się przyjemnie po jej karku. Czarownica łatwo dawała się wodzić po tropach pieszczot; podobnie więc jak wampir, ona również chętnie ułatwiła do siebie dostęp, obracając głowę, pozwalając palcami zwiedzić szyję i kark obsypane jasnymi włosami.
dotknij trawy