24.01.2026, 10:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2026, 10:39 przez Brenna Longbottom.)
– Nie wypiłam eliksiru i żadna magia nie zmuszała mnie do całowania. – Może i na szczęście, bo tej w ich relacji było już dostatecznie wiele, jakby w pewnym momencie cały świat próbował pchnąć ich w określonym kierunku. Amortencja, rytuał Beltane, anomalie teleportacyjne, wizje na statku i na plaży, nawet losy, które dobierały ich wciąż w parę. I choć nie mogła narzekać na rezultat, i zdecydowanie potrzebowali popchnięcia, bo bez niego nie ruszyli w konkretnym kierunku, to jednak teraz chyba wolała, kiedy mieli wybór. Kiedy nie decydowało przeznaczenie, a oni sami. – Myślę, że ja i ona bardzo się od siebie różnimy – skwitowała krótko, i nie miało to nic wspólnego z samym Anthonym, raczej charakterami. Choć i na pewno Borgin znał tę dużo lepiej, Brenna raczej nie miała ku temu wielu okazji.
Dłoń w jego dłoni, ręka na ramieniu, dobrze wyuczone kroki, spokojne spojrzenie ciemnych oczu, nieruchoma twarz, częściowo przysłonięta maską. Jedna z wielu par na parkiecie, taki sam taniec jak inne, i tylko aura Brenny mieniła się kolorami smutku.
Szczęśliwa?
Nie. Nie była teraz szczęśliwa. Ogólnie na balu bawiła się dobrze, czy to z Atreusem, czy z Victorią, i nie analizowała wiele, ale ciężko było mówić tak ogólnie o szczęściu, gdy otaczała ją konkretna atmosfera. A w tym momencie… nie była wściekła, nie była zawstydzona, nie była pełna nienawiści nawet, a tu, w tej konkretnej chwili, podczas tego tańca, jedynie zmęczona i smutna.
Uśmiechnęła się więc jedynie, krótko, nie odpowiadając na to pytanie. Nie dajesz wglądu tym, których nie ufasz, do tego, co tkwi w twoim sercu, w twojej duszy.
Czuję się jakby bolała mnie dusza.
Echo słów Dory, odbijające się w jej głowie, dla niej głośniejsze od muzyki.
Mogli wspominać tu o jego narzeczonej i o Atreusie, ale to nigdy nie oni stanęli między nimi, nieważne, co chciał myśleć o tym Borgin. Brenna pół roku temu przecież nawet z Bulstrodem nie rozmawiała. Nie, nigdy nie chodziło tu o Atreusa, choć teraz była zakochana i nie aż tak głupia, by nie zdawała sobie z tego uczucia sprawy. I nie miało znaczenia, że być może Anthony potrafił kochać bardziej, że kochałby ją mocniej niż mógłby kiedykolwiek Atreus, czy że kochał Roselyn goręcej niż mógłby ją czy niż Brenna była kochana przez mężczyznę, z którym tu przyszła. Problem tkwił raczej w tym kim była ona. W tym, kim był dla niej Anthony.
Anthony był utraconym przyjacielem. Twarzą, w której doszukiwała się podobieństw do twarzy siostry: tej prawdziwej twarzy, istniejącej już tylko w pamięci Brenny, której każdy szczegół wyryła ze wspomnieniach, bo musiała trzymać się cienia nadziei, że kiedyś będzie mogła ją zwrócić. Wraz z nazwiskiem, blaskiem dnia, gwarem ulic, spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Był kimś, kto patrzył jak Susanne z czarno białego zdjęcia: Susanne spoczywająca teraz w cichym, zimnym grobie. Był dziedzicem rodu, od którego członka nadszedł list, jaki podarła tego ranka, w którym słońce wstało, by oświetlić Anglię, spowitą popiołami. Był wiecznym wyrzutem sumienia, że zawiodła, bo być może mogła kiedyś mu pomóc.
Był symbolem tego, że wojna niszczyła na tysiąc różnych sposobów.
Był jej „a co jeśli?”
Był jej „być może w innym życiu”. Był kimś, z kim w tym innym życiu mogłaby zatańczyć, uśmiechając się do niego szczerze, bez czerni i szarości, wypełniających umysł. Ale w tym, choć nie mogła go nienawidzić za grzechy ojca, za nazwisko, jakie nosił, to wiedziała, że nawet jeżeli nie on rzucił cruciatusa w pewną dziewczynę, próbującą pomagać innym na gruzach Anglii, to gdzieś była lub będzie inna dziewczyna, której noce przez niego wypełnią strachy. Która będzie płakała samotnie, bo straciła matkę, bo dręczyły ją złe wspomnienia, bo bała się o przyszłość. Nie musiał do tego nosić mrocznego znaku na ramieniu – choć tego była nieświadoma, to będącego tam, na ręce, którą ją obejmował – nie musiał osobiście zabijać, wystarczyło, że pomagał w tym na inne sposoby. Dzięki drobnym rzeczom, które zrobiły dziesiątki ludzi w imię Voldemorta, Derwin nie żył. Dzięki drobnym działaniom, budującym wieżę, Anglia stanęła w ogniu. Nie, nie chodziło o wybory jego ojca, jego wuja, jego dziadka, a o te, których dokonywał sam.
Zaakceptowanie tego ot tak po prostu było wbrew samej jej naturze. Niektórzy mogli mówić, że lojalność wobec przyjaciół powinna być ważniejsza. Widywała to często w pracy, wzrok odwracany przez żonę, gdy mąż krzywdził córkę, bo przecież go kochała, sąsiadów zapewniających, że to miły człowiek, że zawsze im pomagał, choć w ogródku miał dwa ciała, a oni nie chcieli robić kłopotów, wspominających o tych dziwnych dźwiękach z szopy. Ale ona choć poszłaby w ogień za ludźmi, których kochała, to istniała też lojalność wobec tych, którzy jej zaufali, którym obiecała wiele rzeczy, i ci, którzy nie potrafili się sami obronić, a także wobec samej siebie.
Istniały rzeczy, z którymi nie potrafiłaby się pogodzić.
– A ty, dobrze się bawisz? – spytała, gdy obróciła się w tańcu, do wtóru melodii.
Czuję się jakby bolała mnie dusza.
Ale to przejdzie.
Dłoń w jego dłoni, ręka na ramieniu, dobrze wyuczone kroki, spokojne spojrzenie ciemnych oczu, nieruchoma twarz, częściowo przysłonięta maską. Jedna z wielu par na parkiecie, taki sam taniec jak inne, i tylko aura Brenny mieniła się kolorami smutku.
Szczęśliwa?
Nie. Nie była teraz szczęśliwa. Ogólnie na balu bawiła się dobrze, czy to z Atreusem, czy z Victorią, i nie analizowała wiele, ale ciężko było mówić tak ogólnie o szczęściu, gdy otaczała ją konkretna atmosfera. A w tym momencie… nie była wściekła, nie była zawstydzona, nie była pełna nienawiści nawet, a tu, w tej konkretnej chwili, podczas tego tańca, jedynie zmęczona i smutna.
Uśmiechnęła się więc jedynie, krótko, nie odpowiadając na to pytanie. Nie dajesz wglądu tym, których nie ufasz, do tego, co tkwi w twoim sercu, w twojej duszy.
Czuję się jakby bolała mnie dusza.
Echo słów Dory, odbijające się w jej głowie, dla niej głośniejsze od muzyki.
Mogli wspominać tu o jego narzeczonej i o Atreusie, ale to nigdy nie oni stanęli między nimi, nieważne, co chciał myśleć o tym Borgin. Brenna pół roku temu przecież nawet z Bulstrodem nie rozmawiała. Nie, nigdy nie chodziło tu o Atreusa, choć teraz była zakochana i nie aż tak głupia, by nie zdawała sobie z tego uczucia sprawy. I nie miało znaczenia, że być może Anthony potrafił kochać bardziej, że kochałby ją mocniej niż mógłby kiedykolwiek Atreus, czy że kochał Roselyn goręcej niż mógłby ją czy niż Brenna była kochana przez mężczyznę, z którym tu przyszła. Problem tkwił raczej w tym kim była ona. W tym, kim był dla niej Anthony.
Anthony był utraconym przyjacielem. Twarzą, w której doszukiwała się podobieństw do twarzy siostry: tej prawdziwej twarzy, istniejącej już tylko w pamięci Brenny, której każdy szczegół wyryła ze wspomnieniach, bo musiała trzymać się cienia nadziei, że kiedyś będzie mogła ją zwrócić. Wraz z nazwiskiem, blaskiem dnia, gwarem ulic, spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Był kimś, kto patrzył jak Susanne z czarno białego zdjęcia: Susanne spoczywająca teraz w cichym, zimnym grobie. Był dziedzicem rodu, od którego członka nadszedł list, jaki podarła tego ranka, w którym słońce wstało, by oświetlić Anglię, spowitą popiołami. Był wiecznym wyrzutem sumienia, że zawiodła, bo być może mogła kiedyś mu pomóc.
Był symbolem tego, że wojna niszczyła na tysiąc różnych sposobów.
Był jej „a co jeśli?”
Był jej „być może w innym życiu”. Był kimś, z kim w tym innym życiu mogłaby zatańczyć, uśmiechając się do niego szczerze, bez czerni i szarości, wypełniających umysł. Ale w tym, choć nie mogła go nienawidzić za grzechy ojca, za nazwisko, jakie nosił, to wiedziała, że nawet jeżeli nie on rzucił cruciatusa w pewną dziewczynę, próbującą pomagać innym na gruzach Anglii, to gdzieś była lub będzie inna dziewczyna, której noce przez niego wypełnią strachy. Która będzie płakała samotnie, bo straciła matkę, bo dręczyły ją złe wspomnienia, bo bała się o przyszłość. Nie musiał do tego nosić mrocznego znaku na ramieniu – choć tego była nieświadoma, to będącego tam, na ręce, którą ją obejmował – nie musiał osobiście zabijać, wystarczyło, że pomagał w tym na inne sposoby. Dzięki drobnym rzeczom, które zrobiły dziesiątki ludzi w imię Voldemorta, Derwin nie żył. Dzięki drobnym działaniom, budującym wieżę, Anglia stanęła w ogniu. Nie, nie chodziło o wybory jego ojca, jego wuja, jego dziadka, a o te, których dokonywał sam.
Zaakceptowanie tego ot tak po prostu było wbrew samej jej naturze. Niektórzy mogli mówić, że lojalność wobec przyjaciół powinna być ważniejsza. Widywała to często w pracy, wzrok odwracany przez żonę, gdy mąż krzywdził córkę, bo przecież go kochała, sąsiadów zapewniających, że to miły człowiek, że zawsze im pomagał, choć w ogródku miał dwa ciała, a oni nie chcieli robić kłopotów, wspominających o tych dziwnych dźwiękach z szopy. Ale ona choć poszłaby w ogień za ludźmi, których kochała, to istniała też lojalność wobec tych, którzy jej zaufali, którym obiecała wiele rzeczy, i ci, którzy nie potrafili się sami obronić, a także wobec samej siebie.
Istniały rzeczy, z którymi nie potrafiłaby się pogodzić.
– A ty, dobrze się bawisz? – spytała, gdy obróciła się w tańcu, do wtóru melodii.
Czuję się jakby bolała mnie dusza.
Ale to przejdzie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.