23.01.2026, 21:34 ✶
Bo czas nie należał do tych łaskawych, umykając przez palce niczym złocisty piasek. Po lecie pozostał jedynie ciepły podmuch, gdyż jesień okazała się łaskawa, dużo łaskawsza niż w poprzednim roku. A być może to młodzieńczy wigor Mathildy nakazał tak sądzić, tak uważać, tak przypuszczać.
Gdy błękitne spojrzenie przypatrywało się jak złocą się liście pobliskich drzew, jak wiatr, mimo iż wciąż ciepły, zdawał się podszyty pierwszym chłodem. Nieśmiało szeptał, a w szeptaniu był niezwykle utalentowany. A szeptał melodyjnie, że już niedługo. Dzień lub dwa i pozbędzie się tej letniej naleciałości, która teraz muskała ciepłym powiewem jej lica.
Mathilda przechadzała się właśnie dziedzińcem, trwając w głębokiej zadumie, rozważając wszelkie troski i zmartwienia, gdy dostrzegła sylwetkę, a na jej widok usta mimowolnie przeistoczyły się w radosny grymas. Kąciki poszybowały ku górze, a Quirrell przyśpieszyła zdecydowanie kroku.
Na murku, siedział niewzruszony blondyn, a jego nos jak zwykle utkwiony był w książce, wyglądając jak element otoczenia. Niczym posąg, ozdoba dziedzińca.
Zwolniła kroku, aby każdy kolejny był coraz to cichszy, chociaż nie była pewna czy to potrzebne - gdy ten pochłaniał książki, robił to z taką zaciętością, że świat dookoła przestawał być istotny, tak przynajmniej wydawało się dziewczynie.
Stanęła za chłopakiem, aby chwilę później opleść go łapkami w pasie, zaś brodę ułożyć wygodnie na jego ramieniu, ciekawsko zerkając na strony otwartej książki.
-Cześć Xeniu - rzuciła z ciepłym, chociaż sennym uśmiechem - W czym się tym razem zaczytujesz? -dopytała, chociaż nie interesowała jej tyle sama książka co rozmowa z chłopakiem.
Był to w końcu ktoś z kim dzieliła relacje ciut bardziej zażyłą, wręcz przyjacielską, czując nić zrozumienia od pierwszego dnia gdy ich oczy zderzyły się przypadkiem na jednym z korytarzy. On, jak również i Ona, pokrzywdzony był krwią z której wielu chciało zakpić, próbując umniejszyć im ważności - aczkolwiek to również sprawiło, że Mathilda czuła się swobodniej. Zdawałoby się aż nader swobodnie.
Tylda lubiła jego towarzystwo, uwielbiała wręcz, bo ten niósł w sobie wszystko to czego Ona nie posiadała, a posiadać chciała. I tak mogłaby słuchać go godzinami, lub milczeć razem, bo i to wydawało jej się dziwnie komfortowe. I tak od pierwszego roku trwali sobie, w tym zdawałoby się, zabawnym zbiegu okoliczności, który skrzyżował ich drogi.
Gdy błękitne spojrzenie przypatrywało się jak złocą się liście pobliskich drzew, jak wiatr, mimo iż wciąż ciepły, zdawał się podszyty pierwszym chłodem. Nieśmiało szeptał, a w szeptaniu był niezwykle utalentowany. A szeptał melodyjnie, że już niedługo. Dzień lub dwa i pozbędzie się tej letniej naleciałości, która teraz muskała ciepłym powiewem jej lica.
Mathilda przechadzała się właśnie dziedzińcem, trwając w głębokiej zadumie, rozważając wszelkie troski i zmartwienia, gdy dostrzegła sylwetkę, a na jej widok usta mimowolnie przeistoczyły się w radosny grymas. Kąciki poszybowały ku górze, a Quirrell przyśpieszyła zdecydowanie kroku.
Na murku, siedział niewzruszony blondyn, a jego nos jak zwykle utkwiony był w książce, wyglądając jak element otoczenia. Niczym posąg, ozdoba dziedzińca.
Zwolniła kroku, aby każdy kolejny był coraz to cichszy, chociaż nie była pewna czy to potrzebne - gdy ten pochłaniał książki, robił to z taką zaciętością, że świat dookoła przestawał być istotny, tak przynajmniej wydawało się dziewczynie.
Stanęła za chłopakiem, aby chwilę później opleść go łapkami w pasie, zaś brodę ułożyć wygodnie na jego ramieniu, ciekawsko zerkając na strony otwartej książki.
-Cześć Xeniu - rzuciła z ciepłym, chociaż sennym uśmiechem - W czym się tym razem zaczytujesz? -dopytała, chociaż nie interesowała jej tyle sama książka co rozmowa z chłopakiem.
Był to w końcu ktoś z kim dzieliła relacje ciut bardziej zażyłą, wręcz przyjacielską, czując nić zrozumienia od pierwszego dnia gdy ich oczy zderzyły się przypadkiem na jednym z korytarzy. On, jak również i Ona, pokrzywdzony był krwią z której wielu chciało zakpić, próbując umniejszyć im ważności - aczkolwiek to również sprawiło, że Mathilda czuła się swobodniej. Zdawałoby się aż nader swobodnie.
Tylda lubiła jego towarzystwo, uwielbiała wręcz, bo ten niósł w sobie wszystko to czego Ona nie posiadała, a posiadać chciała. I tak mogłaby słuchać go godzinami, lub milczeć razem, bo i to wydawało jej się dziwnie komfortowe. I tak od pierwszego roku trwali sobie, w tym zdawałoby się, zabawnym zbiegu okoliczności, który skrzyżował ich drogi.