- Byli chyba jakimiś mistrzami klątwołamania czy coś takiego, dobrze pamiętam? Jeśli tak to może być tu pełno nieznanych zabezpieczeń. Ale raczej nie ma kwintopend - sprostowała swój wcześniej, w sumie dość optymistyczny, komentarz. Miło było sobie chociaż przez moment pomyśleć, że byli w jakiś sposób bezpieczni, ale całkowite w to uwierzenie było zwyczajnie mało mądre, w końcu byli w świecie pełnym czarów i magii. Tu wszystko mogło się wydarzyć. Mogli nawet sami zmienić się w pięcionożne potwory, jeśli zejdą na sam dół.
- Póki nie widać, żeby się cofały, to chyba nie jest tak źle? Znaczy że gdzieś doszły - i bardzo liczyła na to, żeby należały one do któregoś z panów, którzy im się tutaj zagubiły, a nie jakiegoś marudera który skończył tutaj setki lat temu. - Oh, to by było bardzo przyjemne rozwiązanie. Nie pogardziłabym herbatą. Strasznie zmarzłam przez to lunatykowanie - pociągnęła trochę nosem, bo może jeszcze nie była chora, ale chodzenie na bosaka w październiku i to po nocy, a do tego po kamieniach, nigdy nie mogło skończyć się dobrze.
Długo jednak o tej herbacie nie mogła myśleć, bo coś się zmieniło. Schody zadrżały, zaczęły zmieniać kąt położenia i trzeba było łapać równowagę. Dora instynktownie próbowała przesunąć się pod ścianę, jakby tam miało przyjść jej to łatwiej, ale starała się nie wypuścić różdżki, żeby nie zgubili światełka.
// af ◉○○○○ na utrzymanie równowagi
Akcja nieudana
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.