• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence

[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
21.01.2026, 22:18  ✶  
Świat od kilku minut zachowywał się jak źle zsynchronizowana projekcja. Nie byłem w stanie się ruszyć, nie dlatego, że nie miałem siły - a przynajmniej tak sobie mówiłem - tylko dlatego, że mój mózg nie nadążał za rzeczywistością. To było jak zderzenie z betonową ścianą. Stałem jeszcze jakoś, względnie w jednym miejscu, kiedy Prudence wyrzucała z siebie kolejne słowa, jakby próbowała mnie nimi przytrzymać w rzeczywistości. Stałem i przez krótką, nierealną chwilę nie słyszałem znaczenia tego, co do mnie mówiła - dźwięk był, ale sens się nie składał, jakby ktoś wyłączył we mnie funkcję rozumienia, przestawiając język świata - patrzyłem na nią, a ona była jednocześnie moją żoną i kimś zupełnie innym, kto boksował we mnie niewidzialnymi piąstkami. Najpierw słyszałem tylko jej głos, jakby dochodził z innego pokoju, dopiero później dotarły do mnie słowa - długie, twarde, wściekłe, przesiąknięte strachem, którego starała się nie okazywać.
„Aloysiusie Benjaminie Rookwood”.
Drgnąłem. Podniosłem na nią wzrok, i wtedy zobaczyłem ją naprawdę - nie tylko jako żonę, nie tylko uzdrowicielkę - tę dziewczynę sprzed lat, z zaciśniętą szczęką, z oczami, które potrafiły zabijać spojrzeniem, kiedy coś było niesprawiedliwe.
Nagle nie byłem już w tym korytarzu, byłem gdzieś indziej, w innym czasie, podczas innych rozmów, innych sytuacji, w których to imię oznaczało dystans, formalność, granicę - to, że ktoś nie mówił do mnie jako do człowieka, tylko do funkcji, do nazwiska, do problemu do rozwiązania. Tym jednym słowem cofnęła mnie o lata, do czasów, kiedy byłem problemem, przypadkiem, kimś do opanowania, nie do przytulenia. Przez mrugnięcie oka nie byłem już w stanie połączyć tej kobiety z tą, która jeszcze chwilę temu głaskała kota, trzymała dzbanek, martwiła się, czy zmarzłem - ta tutaj była kimś innym, ostrzejszym, twardszym, kimś, kto nie miał miejsca na czułość, bo każda sekunda mogła kosztować mnie życie.
Mnie.
A ja… Ja byłem w szoku tak głębokim, że nawet nie wiedziałem, gdzie dokładnie boli. Nie bałem się, byłem… Zdziwiony, zaskoczony tym, jak bardzo to boli - nie rana, nie krew - to, że nie powiedziała „Benjy”.
Zatrzymało mnie to bardziej niż ból, bardziej niż zawroty głowy, bardziej niż ten głęboki, usztywniający chłód, który już dawno przestał być tylko fizyczny. Głos Prudence uderzył we mnie jak coś ciężkiego, nagłego, nie do ominięcia. Nie dlatego, że był głośny - dlatego, że był obcy.
„Aloysiusie Benjaminie Rookwood”.
Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ktoś zwrócił się do mnie w ten sposób, nawet nie byłem pewien, czy kiedykolwiek ona tak do mnie powiedziała. Może bardzo dawno, zanim jeszcze zmieniłem personalia, zanim świat się poprzestawiał, zanim „Benjy” stało się jedynym imieniem, jakie miało znaczenie. Odkąd byliśmy razem, zawsze byłem Benjym - czułym, codziennym, jej - to drugie imię nie istniało w naszym domu, nie istniało w jej ustach. Zniknęło razem z moim starym życiem, razem z rzeczami, które miałem już nigdy nie nosić przy sobie. Od kiedy byliśmy razem, byłem Benjym, zawsze Benjym, i zawsze było w tym „Benjy” coś miękkiego, nawet jeśli ostrego, a teraz usłyszałem swoje imię w pełnej wersji, jakby wyciągnięte z jakiejś dawnej, obcej rzeczywistości, z czasów, kiedy jeszcze nie byłem jej mężem, kiedy byłem tylko upierdliwym problemem. Nie mówiła na mnie tak, nigdy, nawet kiedy się pokłóciliśmy, nawet kiedy była wściekła, nawet kiedy mówiła poważnie, stanowczo, ostrzegawczo, zawsze był w tym  „Benjy”, zawsze było w tym „mój”.
Co gorsza - zabrzmiało to jak nazwisko na nagrobku, a przecież chociaż ten człowiek już dawno dla mnie nie żył - ja żyłem, jeszcze, stałem, patrząc na nią, i przez moment naprawdę nie byłem w stanie się poruszyć. Nie dlatego, że ciało odmówiło, tylko dlatego, że umysł się zaciął, jakby ktoś wyrwał mi spod nóg coś znacznie ważniejszego niż równowagę.
Chciałem coś powiedzieć, cokolwiek - to, że rozumiem, nie chciałem jej utrudniać, nie robiłem tego z uporu, nie próbowałam jej odebrać tej szansy. Chciałem jej powiedzieć, że to nie jest kwestia woli, to nie jest kwestia tego, co ja chcę, nie utrudniam jej pracy, że po prostu… Nie ma już pracy do wykonania, ale słowa nie przyszły. Patrzyłem na nią i nie potrafiłem odpowiedzieć, ale nie dlatego, że nie chciałem, mój mózg po prostu był w szoku - prawdziwym, klinicznym szoku. Prudence mówiła jak lekarz, dowódca, ktoś, kto musi przejąć kontrolę, bo ktoś inny ją stracił, a jednak jednocześnie sięgnęła po coś, co zdecydowanie miało zbić mnie z tropu - i właśnie to zrobiło - zamrugałem, raz, drugi… A potem… Coś we mnie pękło. Nie normalnie, nie lekko, nie jak u człowieka, który coś uznał za zabawne.
Najpierw to był tylko krótki, zdławiony dźwięk, coś pomiędzy oddechem a kaszlem, potem kolejny, jeszcze jeden, aż w końcu wyrwał mi się prawdziwy śmiech, szorstki, chrapliwy, zupełnie nie na miejscu. Nie ten lekki, nie mój, nie do końca, nawet jeśli prawdziwy, to raczej taki, który był tylko reakcją na to, że mózg nie wie już, co zrobić z tym, co właśnie się wydarzyło. To było charkotanie, szarpane, niekontrolowane - zginało mnie wpół, wyrywało powietrze z płuc, paliło w boku jak rozżarzony metal, każdy dźwięk bolał tak, że przed oczami robiło mi się biało, ale nie mogłem przestać.
- Okej, okej… - Wydyszałem między jednym a drugim atakiem, łapiąc się blatu. - Melin mi świadkiem, to bszmi jak piepszony neklolog. Pluey… - Zacząłem, ale głos mi się załamał na jej imieniu, zacisnąłem zęby, opierając się ciężej o ścianę. - Pludence Madison Bletchley, nie dszyj się na mnie… Bo jeszcze pomyślę, sze mnie lubisz. - To kosztowało mnie więcej powietrza, niż powinno. - Znaczy… Fenwick… - Poprawiłem się, sapnąwszy. - Pszeplasam… Lookwood. - Wycharczałem, unosząc kącik ust w czymś, co miało być uśmiechem, a wyszło jak grymas. Śmiałem się jeszcze przez chwilę, charkocząc, dławiąc się własnym oddechem.
Bolało, to bolało, naprawdę bolało, z każdą sekundą bardziej, bolało tak, że aż mnie zgięło w pół, że zachybotałem się, jak młoda sarenka, bo nogi nagle przestały być pewne. Każdy dźwięk rozrywał mnie od środka, ciągnął za ranę, za płuca, za coś, co nie powinno już reagować. Zabierało mi oddech, dosłownie, kręciło mi się w głowie, a świat zrobił się jeszcze bardziej niestabilny, ale nie mogłem tego zdusić - nie było już nic do obrony, wszystkie moje mechanizmy właśnie zaczęły zawodzić, a jednak coś we mnie wróciło do intuicyjnych reakcji - śmiałem się i jednocześnie dławiłem, jakby ciało nie mogło zdecydować, czy chce oddychać, czy chce umrzeć. Gardło paliło, klatka piersiowa pulsowała, przed oczami robiło mi się czarno na krawędziach, ale nie mogłem przestać.
To nie był śmiech z radości, to nie był śmiech z ironii, to był śmiech-odruch, jakby mózg, nie mając już żadnego innego narzędzia, wcisnął przycisk „absurd”.
Bo to było absurdalne - całe to pieprzone życie - to, że stałem tu, krwawiąc, a najbardziej bolało mnie nie to, co zrobił mi potwór, tylko to, jak zabrzmiało moje imię w ustach kobiety, którą kochałem. Najbardziej przerażające było to, że przez krótką, bardzo krótką chwilę… To naprawdę było zabawne, nie wesołe, tylko absurdalne, tak bardzo, że aż śmieszne. Złapałem się za bok, nie po to, żeby zatamować krew, tylko żeby spróbować zatrzymać ten dźwięk w sobie, nie udało się - śmiałem się dalej, głupio, rozpaczliwie, jak ktoś, kto właśnie zrozumiał, że nie ma już nic do udawania.
Zrobiło mi się ciemno na krawędziach obrazu, każde kolejne słowo docierało do mnie z opóźnieniem, jakby mózg musiał je przetłumaczyć z innego języka, jednak parsknąłem słabo, dochodząc do kolejnego absurdalnego wniosku:
- Tyle lat… Dopielo telas… Ty… Potlafisz pięknie pszeklinaś. - Poinformowałem ją ochryple, chociaż raczej niezbyt inteligentnie, gdy zatrzymała się przede mną, blisko, bardzo blisko.
Złapałem oddech jak ktoś, kto właśnie przebiegł zbyt długi dystans i nie wie, gdzie się zatrzymać. Płuca paliły, każdy wdech był za krótki, każdy wydech rwał się na kawałki. A jednak… Parsknąłem, najpierw cicho, potem głośniej.
- Właśnie szuciłaś „kulwą” jak dokel s poltu w Blistolu. - Wychrypiałem, z tym głupim tonem, który zawsze wyciągałem, kiedy było naprawdę źle. Głos mi się łamał, oddech rwał, ale nie mogłem tego nie powiedzieć, to było silniejsze ode mnie, zgiąłem się lekko w pół, bo oddech znowu przeszedł w kaszel, w ten szorstki, rozrywający dźwięk, który zabierał mi powietrze. Podniosłem na nią wzrok, zamglony, mętny, ale wciąż świadomy - uśmiech, krzywy, uparty, też jeszcze tam był. Widziałem w niej teraz kogoś innego, nie tylko moją żonę, kogoś, kto potrafił wyciągać ludzi z rzeczy, z których nie powinni wracać.
- Wyglądasz… Jakbyś miała mnie zalas zabiś. - Dodałem. - Co jest… Iloniczne, bioląs pod uwagę… - Sytuację, ale już nie dokończyłem, urwałem, mrugając.
Torba, różdżka, tempo - wszystko w niej było „teraz”, „natychmiast”, „ratujemy”, podczas gdy wszystko ze mnie przechodziło w tryb „nigdy” i „odpocznij”, „spokojnie”.
- Naplawdę myślisz, sze moses mnie tak po plostu… - Zacząłem i znowu przerwałem, bo zabrakło mi powietrza, na sekundę oparłem się plecami o ścianę, zamknąłem oczy i zaczerpnąłem tlenu - to nie było dramatyczne, to było jak powolne odłączanie prądu, który odpowiadał za pracę moich płuc i reszty ciała. Oddychałem ciężko, czując, jak pot spływa mi po karku, a świat lekko się przechyla.
- Nie pieldolę głupot. - Dodałem ciszej. Patrzyłem na nią, gdy mówiła o tym, że się nie poddaję, to nie ja, i coś we mnie chciało jej przytaknąć, powiedzieć, że ma rację, zawsze się szarpałem, zawsze wstawałem, zawsze szedłem dalej, ale nie teraz. Spojrzałem na żonę, naprawdę spojrzałem - stojącą z torbą, z różdżką, z tym samym uporem, który miała, kiedy mieliśmy po kilkanaście lat i wściekała się na mnie za każdą głupią decyzję. Patrzyłem na nią, jak się krząta, jak już mnie nie słucha, jak planuje, jak liczy sekundy. Była w tym dobra, ba, była w tym najlepsza - właśnie to mnie przerażało.
- Ja po plostu… Plóbuję byś lealistą. - Byłem świadomy, że zachowywaliśmy się, jakbyśmy kłócili się o coś absurdalnego, a nie o to, czy ja zaraz nie umrę na jej oczach. Uniosłem dłoń, jakby chciał ją zatrzymać, ale nie miałem już siły, by zrobić z tego prawdziwy gest.
A potem… Zrobiłem się zaczepny. Nie planowałem tego, to nie było świadome, to był odruch, jak cofnięcie się do starej wersji siebie, do tego chłopaka, który nie umiał być poważny, kiedy świat robił się zbyt poważny.
- Poza tym… Tysiące helbat? - Odbiłem odruchowo, z tym starym, paskudnym uśmieszkiem. - Pluey, ja nie mam asz tyle miejsca w szołądku. - Nie dodałem, że w stanie, w jakim się znalazłem, być może część tej herbaty po prostu by ze mnie wyleciała, tak bokiem, nie chciałem tego wszystkiego podkreślać, robić z siebie dramatu.
Zrobiłem krok w tył, bardziej odruchowo niż z premedytacją, nie uciekałem, po prostu nie chciałem się kłaść. Jeszcze nie, nie tak. Zaczęło mi brakować powietrza, ale nie w ten dramatyczny, filmowy sposób, raczej jakby ktoś powoli przykręcał kurek. Dźwięki zaczynały się rozjeżdżać, jakby ktoś kręcił gałką radia.
- Okej… Okej… - Zerknąłem na nią spod rzęs, jak kiedyś, dawno temu, kiedy prowokowałem ją do kłótni tylko po to, żeby na mnie krzyczała, i chociaż ledwo stałem, a wszystko we mnie wiedziało już prawdę, mój głos wciąż brzmiał zaczepnie, prawie figlarnie, jakbyśmy znowu mieli po siedemnaście lat i kłócili się o rzeczy, które nie miały prawa być tak strasznie ważne.
- Potszebuję… - Przerwałem, bo słowo „pomocy” zawsze było dla mnie trudne. To było trudniejsze do powiedzenia niż wszystkie „kocham cię” razem wzięte. - Potszebuję, szebyś mi pomogła usiąść. - Złapałem powietrze jak ktoś, kto zapomniał, jak się to robi - płytko, poszarpanie, z tym głupim, świszczącym dźwiękiem w gardle, który zawsze mnie wkurzał - wyprostowałem się minimalnie, po czym natychmiast tego pożałowałem. - Nie będę się kładł na podłodze. - Oznajmiłem słabo, ale uparcie. - Mam lesztki godności. - Zerknąłem na dywan w korytarzu. Zamiast być rozsądnym, zamiast być tym dojrzałym, opanowanym facetem, którym próbowałem być przez ostatnie lata… Oddychałem ciężko, ale patrzyłem na nią uparcie, jak dzieciak, który nie chce zrobić tego, co mu kazano, ale wie, że zaraz i tak to zrobi.
I wtedy, mimo wszystko, zrobiłem to, co robiłem zawsze, kiedy byłem bezczelny, głupi i zakochany.
- O, i - wydyszałem - Lady Lookwood - przeciągając tytuł w sposób absolutnie nieprzystojny.
Kącik ust mi drgnął, nie dlatego, że było mi wesoło, po prostu to było jedyne, co jeszcze umiałem.
- Plosę… Bes mięcha. - Zakrztusiłem się, bo to mnie rozbawiło bardziej, niż powinno. - Pozycja… Leputacja… Pamiętasz?
Zrobiło mi się ciemno na krawędziach obrazu, ale nie spuściłem z niej wzroku.
- Alystoklatki nie mówią „kulwa”. - Dodałem, łapiąc oddech pomiędzy słowami. - To… To nie pszystoi. - Głos miałem chrapliwy, poszarpany, ale wciąż był w nim ten sam ton, którym kiedyś ją prowokowałem - ten sam, którym doprowadzałem ją do szału na szkolnym dziedzińcu. - To bszmi… Niepokojąco atlakcyjnie, ale jednak niezgodnie s etykietą. - To miało być zaczepne, i było, tylko że kosztowało mnie więcej powietrza, niż byłem gotów zapłacić - oddychałem głośniej, ciężej, próbowałem utrzymać ten dawny ton, tę zaczepność, jakbyśmy naprawdę znowu mieli po siedemnaście lat i kłócili się o głupoty, a nie o to, czy ja mam zostać na nogach, czy w ogóle, jako żonaty mężczyzna, mam prawo decydować o własnym końcu.
- Pomóż mi… Dojść. - Dodałem po dłuższej chwili, nie wzdychając, tylko biorąc półoddech. Wypowiedziałem to perfidnie, dokładnie tak, jak chciałem, żeby zabrzmiało. - Na dywan. I tak jest paskudny. I… Nie zimny. - Uśmiechnąłem się krzywo, zmęczony, ale wciąż próbujący być tym gościem, który zawsze ma ostatnie słowo, zanim wyciągnąłem w jej stronę ramię, lekko drżące, ciężkie jak z ołowiu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (17157), Prudence Fenwick (12385)




Wiadomości w tym wątku
[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.01.2026, 14:05
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.01.2026, 19:08
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.01.2026, 21:02
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.01.2026, 23:25
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.01.2026, 12:15
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.01.2026, 19:42
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.01.2026, 23:35
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.01.2026, 01:41
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.01.2026, 14:35
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.01.2026, 22:18
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.01.2026, 00:27
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.01.2026, 13:55
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.01.2026, 23:19

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa