19.01.2026, 14:43 ✶
– Stare dzieje, najlepsze do opowiedzenia przy kieliszku wina, gdy ciepło ognia z kominka przyjemnie łaskocze twarz i nastraja do sentymentalnych podróży, w których waśnie są tylko interesującą anegdotką, a nie jątrzącą się raną – odpowiedział na pytanie, w zaskakujący dla siebie samego sposób osobisty sposób. Zapanował jednak nad głową, by nie zwrócić jej do Warowni, to nie był czas sentymentów i zatapiania się w odmętach przeszłości. To była przyszłość. Przyszłość, której nie mógł w swoje ręce złapać sam.
Spoważniał zdecydowanie na wspomnienie spalonej, wyraził swoje współczucie wobec sytuacji w gładkiej, koronkowej mowie, choć zarówno jego ton jak i postawa wskazywały, że przejęty jest szczerze. Nie było to odległe od prawdy, nawet jeśli spoglądał na obraz jako całość, nie osobiste problemy lokacyjne.
– Goszczę u siebie w mieście ludzi... Pańskich sąsiadów jak mniemam, Bletchleyów, choć szczerze nie znam topografii Doliny na tyle, aby wiedzieć jak blisko siebie mieszkaliście realnie. Mam poczucie... głębokie poczucie, że Spalona Noc wystawiła nas na próbę i domaga się od nas odpowiedzi. Kim na prawdę jesteśmy. Ile jesteśmy w stanie dać od siebie dla tych, którym nie pozostało po pożarze nic. – Kontynuował, gdy odchodzili już od ludzi, na rzecz prywatnej konwersacji w sprawie, która absolutnie prywatna nie była, przynajmniej nie z wierzchu. Zupełnie jak jabłko, które miało stać się jej symbolem. Ziarna, nie były istotne dla tego, kto mógł patrzeć na złocistą skórę ukrywającą miąższ.
– Chciałbym się przyłączyć. Chciałbym, żebyśmy zostali wspólnikami nie tylko w interesach, ale też w interesach, których zysk mnoży się między tych, którzy są w koło nas – powiedział, nie chcąc dłużej owijać swojej intencji bawełnianym szalem. – W swoim życiu wspierałem już wiele osób, młode talenty, obiecującą młodzież potrzebującą kierownictwa i odrobiny zachęty. Nigdy jednak nie działałem na większą skalę, ale ważkie czasy wymagają ważkich kroków, decyzji. Nie udało nam się zapobiec temu nieszczęściu, – a mówiąc nam, miał na myśli przede wszystkim Ministerstwo, którego winy musiał w takich rozmowach dźwigać niestety na swoich barkach. – ale jako obywatele, do których na pewnym etapie uśmiechnął się los... Nie wiem jak Pan to widzi, Panie Bott, ja czuję w powietrzu tę odpowiedzialność. Potrzebę działania. Zbudowania struktury. – wszystko wkoło raziło w oczy czernią i zgliszczami. Mało było śmiechu. Mało było swobody. Ale czuł pulsującą potrzebę ludzi, aby powrócić do normalności. Położyć plaster na ranę, wspomóc jej gojenie i znów bawić się i śpiewać, gdy umarli zostaną należycie opłakani. Odwrócił twarz ku niewiele w sumie młodszemu od siebie mężczyźnie, szukając w nim poparcia, szczerości w szczerości. Wsparcia, w pełni świadomy, że samemu niewiele wskóra, choćby zasypał spalone domy złotym pyłem.
Spoważniał zdecydowanie na wspomnienie spalonej, wyraził swoje współczucie wobec sytuacji w gładkiej, koronkowej mowie, choć zarówno jego ton jak i postawa wskazywały, że przejęty jest szczerze. Nie było to odległe od prawdy, nawet jeśli spoglądał na obraz jako całość, nie osobiste problemy lokacyjne.
– Goszczę u siebie w mieście ludzi... Pańskich sąsiadów jak mniemam, Bletchleyów, choć szczerze nie znam topografii Doliny na tyle, aby wiedzieć jak blisko siebie mieszkaliście realnie. Mam poczucie... głębokie poczucie, że Spalona Noc wystawiła nas na próbę i domaga się od nas odpowiedzi. Kim na prawdę jesteśmy. Ile jesteśmy w stanie dać od siebie dla tych, którym nie pozostało po pożarze nic. – Kontynuował, gdy odchodzili już od ludzi, na rzecz prywatnej konwersacji w sprawie, która absolutnie prywatna nie była, przynajmniej nie z wierzchu. Zupełnie jak jabłko, które miało stać się jej symbolem. Ziarna, nie były istotne dla tego, kto mógł patrzeć na złocistą skórę ukrywającą miąższ.
– Chciałbym się przyłączyć. Chciałbym, żebyśmy zostali wspólnikami nie tylko w interesach, ale też w interesach, których zysk mnoży się między tych, którzy są w koło nas – powiedział, nie chcąc dłużej owijać swojej intencji bawełnianym szalem. – W swoim życiu wspierałem już wiele osób, młode talenty, obiecującą młodzież potrzebującą kierownictwa i odrobiny zachęty. Nigdy jednak nie działałem na większą skalę, ale ważkie czasy wymagają ważkich kroków, decyzji. Nie udało nam się zapobiec temu nieszczęściu, – a mówiąc nam, miał na myśli przede wszystkim Ministerstwo, którego winy musiał w takich rozmowach dźwigać niestety na swoich barkach. – ale jako obywatele, do których na pewnym etapie uśmiechnął się los... Nie wiem jak Pan to widzi, Panie Bott, ja czuję w powietrzu tę odpowiedzialność. Potrzebę działania. Zbudowania struktury. – wszystko wkoło raziło w oczy czernią i zgliszczami. Mało było śmiechu. Mało było swobody. Ale czuł pulsującą potrzebę ludzi, aby powrócić do normalności. Położyć plaster na ranę, wspomóc jej gojenie i znów bawić się i śpiewać, gdy umarli zostaną należycie opłakani. Odwrócił twarz ku niewiele w sumie młodszemu od siebie mężczyźnie, szukając w nim poparcia, szczerości w szczerości. Wsparcia, w pełni świadomy, że samemu niewiele wskóra, choćby zasypał spalone domy złotym pyłem.