19.01.2026, 11:09 ✶
Christopher przypatrywał się Victorii w pewnym zdziwieniu, bo wprawdzie on i jego rodzice nie mieli jakichś niesamowicie ciepłych relacji – to była jednak rzadkość – ale byli dumni z syna, dzielili pasje i raczej nie wyobrażał sobie, aby nie spytali go, co się stało, jeśli wpadłby do dziury między światami. Jej siostry? Kuzyni? Narzeczony? Przyjaciele? Przez ułamek sekundy nawet zaczął się zastanawiać, czy jakby nie wypadało iść spytać Atreusa, ale zaraz uznał, że niemożliwe, by rodzina go nie męczyła, i jeszcze bardziej nie wyobrażał sobie, aby ich dwóch nagle usiadło i zaczęło rozmawiać o uczuciach (ale spytanie go „co wiesz o Saurielu Rookwoodzie?” wydało mu się świetną ideą).
– Na jakich wymiarach? – spytał więc zamiast tego. – Chyba że nie chcesz odpowiadać z powodu mitycznych, złych wspomnień – zastrzegł po prostu.
– To zaskakujące. Przyznaję, że lincz na jednej czy dwóch osobach by mnie nie zdziwił, a już na pewno nie skorzystanie z okazji do napaści albo kradzieży… ale też znam kilka takich historii. Zwykle kiedy twój dom płonie albo bliscy giną, próbujesz coś ratować i uciekać, a potem szukać winnych, nie atakować od razu – powiedział, z pewnym zamyśleniem. Chyba nie zdawał sobie sprawy ze skali tego zjawiska, bo on miał problemy innej natury: duszące czarnomagiczne zaklęcie, klątwa na kamienicy, próba przedostania się do pracowni, by poszukać reszty rodziny, gdy wokół wszystko płonęło. – Zastanawiam się czy nie zaplanowano paru prowokacji? – rzucił, chociaż nie, do tej pory się nad tym nie zastanawiał i przyszło mu to do głowy dopiero teraz. Victoria trochę zmuszała go myślenia na tematy, które zwykle od siebie odsuwał, czy to dlatego, że go nie interesowały, czy z premedytacją. – Cóż, może pominięcie miejsc pracy było celowe. Myślę, że gdyby Dom Mody spłonął, moja matka osobiście jutro wymalowywałaby plakaty domagające się obwołania na stanowisko Ministra kogoś mugolskiego pochodzenia, bo taki na pewno nie będzie sprzyjał śmierciożercom – parsknął Christopher. A jego matka naprawdę nie była fanką mugolaków i uważała, że oni z zasady nie mają stylu, co w jej ustach stanowiło najgorszą obelgę. Ale to miejsce… to miejsce było bijącym sercem rodziny Rosierów, źródłem ich bogactwa, dziedzictwem i jednocześnie tym, co większość z nich szczerze kochała.
– Mam od tamtej pory lekki uraz do rodziny Avery – przyznał chwilę później, a potem chwycił lekko Victorię, unosząc ją w kolejnym obrocie. Taniec był w końcu czymś, co tacy jak oni robili wielokrotnie, i może i nie mogli dać tu występu rodem z desek teatru Selwynów, ale póki co radzili sobie całkiem przyzwoicie. – Gdyby ją zniszczyła, niczego by jej nie udowodnili, ja za to pewnie siedziałbym w Azkabanie, bo prawdopodobnie zamordowałbym ją w afekcie – stwierdził, bo to była naprawdę, naprawdę wspaniała suknia. Uważał ją do tej pory za swoje największe dzieło zresztą.
– Na jakich wymiarach? – spytał więc zamiast tego. – Chyba że nie chcesz odpowiadać z powodu mitycznych, złych wspomnień – zastrzegł po prostu.
– To zaskakujące. Przyznaję, że lincz na jednej czy dwóch osobach by mnie nie zdziwił, a już na pewno nie skorzystanie z okazji do napaści albo kradzieży… ale też znam kilka takich historii. Zwykle kiedy twój dom płonie albo bliscy giną, próbujesz coś ratować i uciekać, a potem szukać winnych, nie atakować od razu – powiedział, z pewnym zamyśleniem. Chyba nie zdawał sobie sprawy ze skali tego zjawiska, bo on miał problemy innej natury: duszące czarnomagiczne zaklęcie, klątwa na kamienicy, próba przedostania się do pracowni, by poszukać reszty rodziny, gdy wokół wszystko płonęło. – Zastanawiam się czy nie zaplanowano paru prowokacji? – rzucił, chociaż nie, do tej pory się nad tym nie zastanawiał i przyszło mu to do głowy dopiero teraz. Victoria trochę zmuszała go myślenia na tematy, które zwykle od siebie odsuwał, czy to dlatego, że go nie interesowały, czy z premedytacją. – Cóż, może pominięcie miejsc pracy było celowe. Myślę, że gdyby Dom Mody spłonął, moja matka osobiście jutro wymalowywałaby plakaty domagające się obwołania na stanowisko Ministra kogoś mugolskiego pochodzenia, bo taki na pewno nie będzie sprzyjał śmierciożercom – parsknął Christopher. A jego matka naprawdę nie była fanką mugolaków i uważała, że oni z zasady nie mają stylu, co w jej ustach stanowiło najgorszą obelgę. Ale to miejsce… to miejsce było bijącym sercem rodziny Rosierów, źródłem ich bogactwa, dziedzictwem i jednocześnie tym, co większość z nich szczerze kochała.
– Mam od tamtej pory lekki uraz do rodziny Avery – przyznał chwilę później, a potem chwycił lekko Victorię, unosząc ją w kolejnym obrocie. Taniec był w końcu czymś, co tacy jak oni robili wielokrotnie, i może i nie mogli dać tu występu rodem z desek teatru Selwynów, ale póki co radzili sobie całkiem przyzwoicie. – Gdyby ją zniszczyła, niczego by jej nie udowodnili, ja za to pewnie siedziałbym w Azkabanie, bo prawdopodobnie zamordowałbym ją w afekcie – stwierdził, bo to była naprawdę, naprawdę wspaniała suknia. Uważał ją do tej pory za swoje największe dzieło zresztą.