17.01.2026, 21:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2026, 21:18 przez Brenna Longbottom.)
Apollo przez sam mur przedostał się sprawnie – był chyba człowiekiem całkiem wyćwiczonym, natomiast absolutnie nieobeznanym z lasem i przyrodą, bo gdy przedzierali się przez ten, jakimś cudem dawał radę potknąć się o prawie każdy korzeń. Ewentualnie przyroda po prostu go nienawidziła, taka opcja też istniała.
Panowie w każdym razie ruszyli w stronę światła, gdy one weszły do budynku.
Brenna wyczuwała zapach ludzi. Usłyszała też nadchodzącego człowieka na sekundę przed tym, jak się pojawił, ale nie zdążyła zaalarmować o tym Victorii – ten wyłonił się zza rogu, nie był jednak ewidentnie przygotowany do walki i nie biegł, bo zorientował się, że mają tutaj intruzów. Sądząc po jego stroju i zaskoczeniu na widok bladolicej kobiety i wielkiej wilczycy, wygrzebał się zapewne spod koca, i ruszył za zewem natury – w tak starym i zrujnowanym budynku pewnie trudno było o sprawną kanalizację.
Gdyby na ich miejscu stał ktoś z Rosierów, być może natychmiast zapragnąłby zatrudnić tego ciemnowłosego, młodego i niesamowicie dobrze zbudowanego mężczyznę w kampanii reklamowej. Gdyby mieli tutaj jakiegoś mugolskiego twórcę męskiej bielizny, ten pewnie padłby wręcz na kolana, gotów oferować najlepsze kontrakty i sesje zdjęciowe na Hawajach. Były tu jednak tylko one i Victoria machnęła różdżką, sprawiając, że choć mężczyzna otworzył usta, nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
A Brenna nie czekała, skacząc ku niemu, wciąż w wilczej postaci.
af
Może nie pomyślał o zabraniu ze sobą różdżki, a może po prostu nie zdążył zareagować, bo Brenna z impetem uderzyła w klatkę piersiową, obalając mężczyznę na podłogę. Przygwoździła go i wprawdzie nie warknęła, nie chcąc alarmować innych, ale gdy spróbował unieść głowę, spojrzał wprost w wilczą paszczę. Nie narobiła przy tym wszystkim może bardzo wielkiego hałasu, ale uderzenie o ziemię nie było bezgłośnie: jeśli ktoś był w pobliżu i nie spał, istniała szansa, że to usłyszał.
Podobnie zresztą jak dźwięk, który dobiegł gdzieś z zewnątrz - jakiś trzask. Najwyraźniej Sadwick i Apollo też "zaczęli zabawę"
Panowie w każdym razie ruszyli w stronę światła, gdy one weszły do budynku.
Brenna wyczuwała zapach ludzi. Usłyszała też nadchodzącego człowieka na sekundę przed tym, jak się pojawił, ale nie zdążyła zaalarmować o tym Victorii – ten wyłonił się zza rogu, nie był jednak ewidentnie przygotowany do walki i nie biegł, bo zorientował się, że mają tutaj intruzów. Sądząc po jego stroju i zaskoczeniu na widok bladolicej kobiety i wielkiej wilczycy, wygrzebał się zapewne spod koca, i ruszył za zewem natury – w tak starym i zrujnowanym budynku pewnie trudno było o sprawną kanalizację.
Gdyby na ich miejscu stał ktoś z Rosierów, być może natychmiast zapragnąłby zatrudnić tego ciemnowłosego, młodego i niesamowicie dobrze zbudowanego mężczyznę w kampanii reklamowej. Gdyby mieli tutaj jakiegoś mugolskiego twórcę męskiej bielizny, ten pewnie padłby wręcz na kolana, gotów oferować najlepsze kontrakty i sesje zdjęciowe na Hawajach. Były tu jednak tylko one i Victoria machnęła różdżką, sprawiając, że choć mężczyzna otworzył usta, nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
A Brenna nie czekała, skacząc ku niemu, wciąż w wilczej postaci.
af
Rzut PO 1d100 - 62
Sukces!
Sukces!
Może nie pomyślał o zabraniu ze sobą różdżki, a może po prostu nie zdążył zareagować, bo Brenna z impetem uderzyła w klatkę piersiową, obalając mężczyznę na podłogę. Przygwoździła go i wprawdzie nie warknęła, nie chcąc alarmować innych, ale gdy spróbował unieść głowę, spojrzał wprost w wilczą paszczę. Nie narobiła przy tym wszystkim może bardzo wielkiego hałasu, ale uderzenie o ziemię nie było bezgłośnie: jeśli ktoś był w pobliżu i nie spał, istniała szansa, że to usłyszał.
Podobnie zresztą jak dźwięk, który dobiegł gdzieś z zewnątrz - jakiś trzask. Najwyraźniej Sadwick i Apollo też "zaczęli zabawę"
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.