16.01.2026, 22:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.01.2026, 01:03 przez Astoria Avery.)
Gdy otworzyła drzwi i zobaczyła go stojącego na progu - nienagannie ubranego, wyprostowanego, z bukietem w dłoni - napięcie, którego nawet nie była do końca świadoma, odrobinę zelżało. Zdążyła już przywyknąć do myśli, że tej nocy wszystko może wyglądać gorzej, niż powinna, że dym, zmęczenie i choroba odbiją się na niej wyraźniej, niż by chciała. Tymczasem on wyglądał dobrze. Zdrowo. Bez śladów poparzeń, bez bandaży, bez tej pustki w spojrzeniu, która towarzyszyła wielu innym tej nocy. Zanotowała to odruchowo, jak konserwator oceniający stan dzieła i poczuła, jak napięcie w piersi rozluźnia się o kolejny stopień. Przyjęła róże ostrożnie, jakby bała się, że znikną i skinęła głową w niemym podziękowaniu. Już w progu zauważyła drobne szczegóły - starannie ułożone włosy, idealnie dopasowaną szatę.
Odsunęła się nieco, robiąc mu miejsce, i jednym płynnym ruchem zaprosiła go do środka, prowadząc w głąb saloniku. Astoria poruszała się wolniej niż zwykle, jednak każdy jej ruch pozostawał przemyślany, elegancki; nawet gdy musiała na chwilę oprzeć dłoń o poręcz schodów, robiła to z naturalną gracją, nie pozwalając, by słabość zdominowała obraz. Wskazała stół gestem pełnym naturalnej elegancji, zapraszając, by zajął miejsce.
- Cieszę się. Ostatecznie najważniejsze, że żyjemy - uśmiechnęła się lekko, nie wspominając jak ciężko było pozostać przy życiu. Na samą myśl przeszły ją ciarki, dlatego nie zamierzała drążyć tematu. Nie, dziś chciała oderwać się myślami i spędzić czas w miłej atmosferze.
- Nowa szata? - zapytała z uniesioną brwią. Zastanowiła się, czy wystroił się w ten sposób specjalnie na kolację z nią, czy może wcześniej czekało go inne spotkanie, równie oficjalne, równie wymagające. Myśl ta pojawiła się i zniknęła szybko, nie niosąc ze sobą ani zazdrości, ani rozczarowania.
- Wciąż kaszlę, ale jest lepiej - nie chciała go martwić, jednak jej wygląd mówił więcej, niż słowa były w stanie ukryć. Nadal była słaba, nadal dym czaił się gdzieś w płucach i gardle, ale jutro zamierzała odwiedzić Świętego Munga. A raczej była przymuszana przez nadopiekuńczą matkę. - A ty?
Zanim jednak usiadła, sięgnęła po bukiet, który jej wręczył. Przez krótką chwilę przyglądała się kwiatom, jakby ten prosty gest wymagał od niej skupienia, po czym podeszła do kredensu i wyjęła smukły, szklany wazon. Napełniła go wodą lekkim ruchem różdżki, a następnie ułożyła róże na środku stołu, dbając o każdy detal, by żaden płatek nie był zgnieciony, by całość wyglądała harmonijnie, niemal wystawowo. Kwiaty wprowadziły do pomieszczenia delikatny zapach i odrobinę życia, kontrastując z ciszą domu pozbawionego dziś obecności rodziców. Dopiero wtedy usiadła naprzeciwko niego, prostując się w krześle z wyuczoną swobodą.
- Jak się mają twoi rodzice? - zapytała, sięgając po kielich z winem. Choć wyglądała na zmęczoną, emanowała spokojem i kontrolą, jakby ten wieczór był jednym z niewielu momentów, które chciała - i musiała - przeżyć normalnie. - Mam nadzieję, że jesteś głodny. Skrzaty przygotowały prawdziwą ucztę.
Odsunęła się nieco, robiąc mu miejsce, i jednym płynnym ruchem zaprosiła go do środka, prowadząc w głąb saloniku. Astoria poruszała się wolniej niż zwykle, jednak każdy jej ruch pozostawał przemyślany, elegancki; nawet gdy musiała na chwilę oprzeć dłoń o poręcz schodów, robiła to z naturalną gracją, nie pozwalając, by słabość zdominowała obraz. Wskazała stół gestem pełnym naturalnej elegancji, zapraszając, by zajął miejsce.
- Cieszę się. Ostatecznie najważniejsze, że żyjemy - uśmiechnęła się lekko, nie wspominając jak ciężko było pozostać przy życiu. Na samą myśl przeszły ją ciarki, dlatego nie zamierzała drążyć tematu. Nie, dziś chciała oderwać się myślami i spędzić czas w miłej atmosferze.
- Nowa szata? - zapytała z uniesioną brwią. Zastanowiła się, czy wystroił się w ten sposób specjalnie na kolację z nią, czy może wcześniej czekało go inne spotkanie, równie oficjalne, równie wymagające. Myśl ta pojawiła się i zniknęła szybko, nie niosąc ze sobą ani zazdrości, ani rozczarowania.
- Wciąż kaszlę, ale jest lepiej - nie chciała go martwić, jednak jej wygląd mówił więcej, niż słowa były w stanie ukryć. Nadal była słaba, nadal dym czaił się gdzieś w płucach i gardle, ale jutro zamierzała odwiedzić Świętego Munga. A raczej była przymuszana przez nadopiekuńczą matkę. - A ty?
Zanim jednak usiadła, sięgnęła po bukiet, który jej wręczył. Przez krótką chwilę przyglądała się kwiatom, jakby ten prosty gest wymagał od niej skupienia, po czym podeszła do kredensu i wyjęła smukły, szklany wazon. Napełniła go wodą lekkim ruchem różdżki, a następnie ułożyła róże na środku stołu, dbając o każdy detal, by żaden płatek nie był zgnieciony, by całość wyglądała harmonijnie, niemal wystawowo. Kwiaty wprowadziły do pomieszczenia delikatny zapach i odrobinę życia, kontrastując z ciszą domu pozbawionego dziś obecności rodziców. Dopiero wtedy usiadła naprzeciwko niego, prostując się w krześle z wyuczoną swobodą.
- Jak się mają twoi rodzice? - zapytała, sięgając po kielich z winem. Choć wyglądała na zmęczoną, emanowała spokojem i kontrolą, jakby ten wieczór był jednym z niewielu momentów, które chciała - i musiała - przeżyć normalnie. - Mam nadzieję, że jesteś głodny. Skrzaty przygotowały prawdziwą ucztę.