16.01.2026, 21:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.01.2026, 22:33 przez Aaron Andrew Moody.)
Noc czy poranek, kto by tam zwracał uwagę na upływ czasu. Piwo złociło się na dnie kufla, śmiech perlił na ustach, a języki plotły opowiastki mądre i głupie jak srebrną przędzę z bajki o Rumpelsztyku. Co bowiem zostało starym pijanym dziadom jak nie bajki? A prawdziwym skarbem był przyjaciel, który nie osądzał, gdy potrzebowałeś się napierdolić. Jak inaczej znieść to, czym stało się twoje życie? Do dna! Opróżniony przez Aarona kufel zadzwonił niebezpiecznie szkłem, gdy mężczyzna zaczął walić dłonią w blat. Należało przecież nagrodzić dzikim aplauzem Woody'ego, który wyczarował strumień wody.
– Tylko weź to lepiej wysusz, żywiołaku, bo parkiet ci odlezie – wyszczerzył się, wskazawszy brodą na kałużę. Sam uspokoił się zaraz zresztą, z rozchylonymi w przejęciu ustami przysłuchując się historii o Lewisie, nie do końca rozumiejąc, czy Woody mówi o swoim kucharzu, czy o kim, ale zachowując minę, która miała sugerowować, że rozumie wszystko. Wszyściutko!
– Ty mi o Tolkienie nic nie mów – mruknął Aaron, fiksując się niespodziewanie na napomkniętym przez Woody'ego szczególe. – Ja jego twórczość znam wzdłuż i wszerz. Dochodzeniem go objąłem, takim prywatnym, rzecz jasna. Konspiracja! – rzucił wcale niekonspiracyjnie, bo bardzo głośnym szeptem. Ale bar był całkiem pusty, dawno już wybiła bowiem godzina zamknięcia, mógł więc Moody równie dobrze dobosić na cały regulator. I tak nie był głośniejszy od śpiewającego ducha. – Myślałem, że czytam jakąś powaloną książkę o historii magii, a okazało się, że typ wymyślił swoje własne magiczne uniwersum. Przekonany byłem, że to zapiski jakiegoś szaleńca, ale oderwać się nie mogłem. Wszyscy wielcy artyści babrać muszą się w czarnoksięstwie, bo tak szeroko zakrojoną konfabulację wymyślić? Własny język, kilka nawet? Myślałem, że mam do czynienia z jakimś zakodowanym magicznym artefaktem, ale to była tylko opowiastka o elfach. Jebać elfy – czknął, ale był jeszcze na tyle przytomny, żeby zamaskować to kaszlnięciem. Zawsze był, mimo wszystko, dżentelmenem. – Krasnoludy też jebać, ale przynajmniej działały w granicach prawa. Roszczenia elfów do skarbu Ereboru były całkowicie bezpodstawne. Ale... – Zamarł na chwilę, bo nie wiedzieć kiedy, opowieść przyjaciela potoczyła się dalej, a grana w tle kolęda zmieszała się z wizją lodowego pałacu i zdobiących go posągów Śmierciożerców. Aaron trwał w milczeniu, zasłuchany, zamrożony jako i Śmierciożercy ze snu Woody'ego. Chwilę trwało, zanim podjął wątek, ocknąwszy się niczym rozjuszony niedźwiedź z zimowego snu, tuż po słowach "tylko mi szkoda było, że z nich masek nie zdejmiesz, żebyśmy wiedzieli, kto był winien."
– Wszyscy są winni. – Moody oskarżycielsko dźgnął paluchem powietrze, zapluwszy się niemal, gdy poruszono wrażliwy temat. Śmierciożercy. Jak on kurwa nienawidził Śmierciożerców. Żeby tylko język mu się tak nie plątał, zaraz by wygłosił tyradę. Może i dobrze, że nie był w stanie się wysłowić, bo pogrążyłby po kolei wszystkie rodziny ze skorowidza czystości krwi, zapominając, że Longbottomowie też do czyściuchów się zaliczali. Ale Woody z pewnością żarliwość by mu wybaczył, zwłaszcza, że Aaron już powędrował myślami dalej... Być może za daleko. – Przez te krasnoludy tak pomyślałem sobie... Tak sobie pomyślałem. Pamiętasz jak Tessa miała te paskudne krasnoludy w ogrodzie. Znaczy krasnale. No te karzełki, co kiedyś po nocy pomyśleliśmy, że to jakieś złodziejskie skubańce chcą napaść na twoje włości. Otóż powinieneś jej sprawić takie. Ale nie krasnoludy, tylko Śmierciożerców. Lodowe posążki Śmierciożerców do ozdoby ogrodu! No pomyśl, jaki to byłby przekaz. No i jakby się taki stłukł, to wcale nie byłoby szkoda.
– Tylko weź to lepiej wysusz, żywiołaku, bo parkiet ci odlezie – wyszczerzył się, wskazawszy brodą na kałużę. Sam uspokoił się zaraz zresztą, z rozchylonymi w przejęciu ustami przysłuchując się historii o Lewisie, nie do końca rozumiejąc, czy Woody mówi o swoim kucharzu, czy o kim, ale zachowując minę, która miała sugerowować, że rozumie wszystko. Wszyściutko!
– Ty mi o Tolkienie nic nie mów – mruknął Aaron, fiksując się niespodziewanie na napomkniętym przez Woody'ego szczególe. – Ja jego twórczość znam wzdłuż i wszerz. Dochodzeniem go objąłem, takim prywatnym, rzecz jasna. Konspiracja! – rzucił wcale niekonspiracyjnie, bo bardzo głośnym szeptem. Ale bar był całkiem pusty, dawno już wybiła bowiem godzina zamknięcia, mógł więc Moody równie dobrze dobosić na cały regulator. I tak nie był głośniejszy od śpiewającego ducha. – Myślałem, że czytam jakąś powaloną książkę o historii magii, a okazało się, że typ wymyślił swoje własne magiczne uniwersum. Przekonany byłem, że to zapiski jakiegoś szaleńca, ale oderwać się nie mogłem. Wszyscy wielcy artyści babrać muszą się w czarnoksięstwie, bo tak szeroko zakrojoną konfabulację wymyślić? Własny język, kilka nawet? Myślałem, że mam do czynienia z jakimś zakodowanym magicznym artefaktem, ale to była tylko opowiastka o elfach. Jebać elfy – czknął, ale był jeszcze na tyle przytomny, żeby zamaskować to kaszlnięciem. Zawsze był, mimo wszystko, dżentelmenem. – Krasnoludy też jebać, ale przynajmniej działały w granicach prawa. Roszczenia elfów do skarbu Ereboru były całkowicie bezpodstawne. Ale... – Zamarł na chwilę, bo nie wiedzieć kiedy, opowieść przyjaciela potoczyła się dalej, a grana w tle kolęda zmieszała się z wizją lodowego pałacu i zdobiących go posągów Śmierciożerców. Aaron trwał w milczeniu, zasłuchany, zamrożony jako i Śmierciożercy ze snu Woody'ego. Chwilę trwało, zanim podjął wątek, ocknąwszy się niczym rozjuszony niedźwiedź z zimowego snu, tuż po słowach "tylko mi szkoda było, że z nich masek nie zdejmiesz, żebyśmy wiedzieli, kto był winien."
– Wszyscy są winni. – Moody oskarżycielsko dźgnął paluchem powietrze, zapluwszy się niemal, gdy poruszono wrażliwy temat. Śmierciożercy. Jak on kurwa nienawidził Śmierciożerców. Żeby tylko język mu się tak nie plątał, zaraz by wygłosił tyradę. Może i dobrze, że nie był w stanie się wysłowić, bo pogrążyłby po kolei wszystkie rodziny ze skorowidza czystości krwi, zapominając, że Longbottomowie też do czyściuchów się zaliczali. Ale Woody z pewnością żarliwość by mu wybaczył, zwłaszcza, że Aaron już powędrował myślami dalej... Być może za daleko. – Przez te krasnoludy tak pomyślałem sobie... Tak sobie pomyślałem. Pamiętasz jak Tessa miała te paskudne krasnoludy w ogrodzie. Znaczy krasnale. No te karzełki, co kiedyś po nocy pomyśleliśmy, że to jakieś złodziejskie skubańce chcą napaść na twoje włości. Otóż powinieneś jej sprawić takie. Ale nie krasnoludy, tylko Śmierciożerców. Lodowe posążki Śmierciożerców do ozdoby ogrodu! No pomyśl, jaki to byłby przekaz. No i jakby się taki stłukł, to wcale nie byłoby szkoda.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.