Nie mogła współodczuwać z Christopherem, bo było jej cały czas dojmująco wręcz zimno. Mogła się tylko domyślać, że październikowy wieczór był chłodny, choć pewnie po północy nic będzie jeszcze zimniejsza. I że jej obecność i jego boku też może jakoś wpływać na poczucie ciepła albo zimna, bo miał przy sobie dosłowną bryłę lodu, choć rękawiczki, które założyła, prawdopodobnie trochę na to pomagały.
– A może całkiem przegapiliśmy bójkę i już jest po wszystkim – podsunęła i uśmiechnęła się leciutko, patrząc po sali uważniej. Czy działo się tu coś dziwnego? Czy było jakieś poruszenie? Czy wyproszono już kogoś z imprezy…? Ludzie zdawali się zachowywać zupełnie normalnie jak na tego typu balach na tym etapie imprezy. Jedno rozmawiali, jedni tańczyli, jedni jedni jeśli i pili, byli tacy, którzy stali z boku i rozglądali się… może szukali samotnej ofiary do upolowania i wcale nie miała tu na myśli wampirów… – Lubisz jak się mężczyźni biją o takie błahe sprawy? – bo to, z jakiegoś powodu, zawsze byli mężczyźni. A przynajmniej w zdecydowanej większości. I już rozmawiali o jednej bójce na weselu, więc w jakichś to zainteresowaniach Chrisa musiało leżeć. Nie przeszkadzało jej to.
Zakręcili się obok stołu z drinkami, skąd Chris porwał dla siebie jeden z nich. Ona sama miała poprzeczkę zawieszoną niezwykle nisko, co było całkiem przykre; jej były już narzeczony potrafił się nie rozstawać z alkoholem, chociaż pod stołem go nie widziała, za to była świadkiem, jak się od alkoholu słaniał.
– Mam, bardzo chętnie – Victoria rzadko odmawiała tańca, bo uwielbiała te momenty balów, nawet jeśli bywały nudne, to okazja do zabawy na parkiecie jakoś zawsze poprawiała jej humor. I już zresztą mieli wejść na ten parkiet, kiedy Victoria zupełnie nagle się zatrzymała i odwróciła głowę w stronę wyjścia. Marszczyła przy tym brwi, co skrywała maska, zapewne tym razem: niestety.
Nie rozumiała skąd to uczucie, przecież dopiero niedawno wrócili, ale czuła, że musi wyjść, bo inaczej się… nie udusi, ale…
Zacisnęła dłonie, zupełnie jakby gorzej się poczuła, co nie było prawdą.
– Muszę… muszę na chwilę wyjść – powiedziała, puszczając Chrisa. Mógł pójść za nią, mógł zostać, choć prawdę powiedziawszy nie chciała go tu zostawiać samego. To nie chodziło o to, by od niego uciec, bo zresztą dlaczego by miała, skoro zgodziła się zatańczyć? Przejechała jeszcze dłonią po jego przedramieniu i odwróciła się, przeciskając się do wyjścia. Niemal gwałtownie otworzyła drzwi wejściowe i stanęła krok za progiem, gapiąc się z niezrozumieniem na ogród.
Nie rozumiała, co się działo. Czy to znowu jakieś wspomnienie babci? Czy to znowu się działo? Ale stała na tym dworze, chłód, paradoksalnie, trochę ją otrzeźwił. Myślała, że to się już skończyło, że już koniec tych dziwnych wizji, że przestała już… tracić rozum.
I wtedy poczuła że coś siada na jej głowie i usłyszała gniewne brzęczenie. Uniosła dłonie, trochę niepewnie, żeby wymacać, co się dzieje.