• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence

[09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
13.01.2026, 05:25  ✶  
Z każdą mijająca minutą obrazy nakładały mi się coraz bardziej chaotycznie, w sposób, którego nie dało się uporządkować - nie jak w filmach, gdzie wszystko miało początek, punkt kulminacyjny i sensowną puentę, raczej jak w długiej, źle zmontowanej historii, w której co chwilę wracało się do tych samych scen, tylko za każdym razem z innym ciężarem w klatce piersiowej. Leżałem obok niej, pod nią - właściwie, i czułem, jak mój mózg robi rzeczy, których nie chciałem lub raczej nie mogłem zrozumieć. Sklejał drobiazgi w całość, ale pozbawioną sensu w szerszej perspektywie, niż ta, którą pozwalałem sobie zobaczyć. Był jej oddech, jej śmiech sprzed chwili, sposób, w jaki przesuwała dłonią po moim rękawie, jakby to było najbardziej naturalne na świecie - dla mnie było, zawsze było - potem była nerwowość, zdecydowany, chłodny dotyk, słowa, które miały sens i go nie miały…
Leżeliśmy zdecydowanie zbyt blisko jak na rozmowę o przyszłości, renowacjach i wyłączności użytkowania, a ja byłem aż za bardzo świadomy jej ciepła, ciężaru ciała i tego, że moje serce zachowywało się, jakby właśnie dostało zadanie z kategorii „nie rób tego”, które zamierzało zignorować.
- Naprawdę masz talent do mówienia rzeczy, które brzmią jak żart, a wcale nim nie są. A może są? Trudno to stwierdzić, gdy jesteś taka… No… - Mruknąłem, zerkając na nią spod przymrużonych powiek. - „Sprawdzimy później”. Brzmi jak groźba. Albo obietnica. - Jeszcze nie zdecydowałem, która wersja brzmiała dla mnie bardziej szczerze, warto było mieć na co czekać, jasne, tylko zwykle nie zakładałem, że tym „na co” będę ja, dosyć solidnie się na tym przejechałem w przeszłości, a ona mówiła o tym tak, jakby już wpisała mnie w kalendarz.
Nic dziwnego, że na to jedno zdanie, poprzedzone pytaniem, które chyba było retoryczne - trudno to było stwierdzić, albo tylko miałem takie wrażenie, moje myśli nie były zbyt jasne, nawet dla mnie, co dopiero słowa kogoś, kto był i nie był mi obcy - odpowiedziałem krótkim, cichym śmiechem, który jednak szybko ucichł. Przez moment milczałem, dłużej niż wcześniej, jakby ta jedna myśl zacięła mi język. Oddychałem wolniej, płytko, bardziej uważnie, nie dlatego, że bolało - bolało oczywiście, ale to nie to mnie zatrzymało - zatrzymało mnie to, że ona trafiła w coś, czego zwykle nie dotykałem nawet myślą.
- Ach… W tym sensie. - Mruknąłem w końcu, krzywiąc się lekko, jakbym właśnie ugryzł coś zbyt gorzkiego. Odwróciłem głowę minimalnie, tak, żeby nie patrzeć jej prosto w oczy, tylko gdzieś obok, na niebo, które było zbyt jasne i rozgwieżdżone, jak na rozmowy tego typu. Uśmiechnąłem się krzywo, uśmiechem, który mówił „nie róbmy z tego dramatu”, chociaż oboje wiedzieliśmy, że chyba właśnie to robimy, nie codziennie leżało się na śniegu tuż po lawinie, dyskutując na takie tematy.
Zamknąłem na sekundę oczy, potem znowu je otworzyłem, uparcie.
- Po pierwsze… - Usiłowałem odtworzyć jej ton, w kontraście do tego, jak chwilę wcześniej nagle spoważniałem, chociaż teraz też wcale nie było mi do śmiechu, była stanowczo zbyt uparta. Uniosłem minimalnie brew, jakbym ją oceniał, chociaż tak naprawdę robiłem coś zupełnie odwrotnego. - Wcale nie zgubiłabyś się tak szybko. Masz ten swój wkurwiająco intensywny - nie wiedziałem, czemu tak to określiłem, skoro nie mroku nie widziałem jej oczu, to samo się nasunęło - sposób patrzenia przed siebie, jakby świat miał się dostosować. To zwykle działa. - Przerwałem, bo fala zawrotów zakręciła mi w głowie, zamrugałem kilka razy, po czym spojrzałem na nią długo, próbując dopasować obraz do czegoś w środku. - Po trzecie… - Głos mi zadrżał, chociaż bardzo się starałem, żeby akurat tego nie było słychać. - Ten argument akurat trafia. - Oddech miałem płytszy, ale wciąż próbowałem brzmieć jak ja - ktoś, kto żartował, bo inaczej nie umiał. Uniosłem na moment dłoń, jakbym chciał coś podkreślić, ale nim się obejrzałem, ponownie opadła bezwładnie na śnieg.
- To nie fair. - Dodałem ciszej, słysząc to absurdalne pytanie. - To jest tak bardzo nie fair. - Parsknąłem cicho, chociaż bardziej przypominało to urwane prychniecie niż śmiech, mój oddech nie był już tak posłuszny jak zwykle, ale ton nadal próbowałem mieć swój, bo to zdanie uderzyło we mnie dokładnie tam, gdzie nie powinno - to był ten sam dźwięk, który wydawałem zawsze, kiedy chciałem coś obrócić w żart, nawet jeśli nie bardzo miałem na to siłę.
- Nic się nie zmieniło. - Wymamrotałem. - Nadal jestem uparty jak skurwysyn i nadal nie umiem odpuszczać, kiedy ktoś mi mówi, że mam to zrobić. - Zamrugałem, skupiając na niej wzrok, chociaż to wymagało ode mnie świadomego wysiłku, świat był trochę za jasny, trochę za rozmyty na krawędziach. - A ty dalej komplikujesz wszystko, co tylko się da - dodałem słabym tonem, ale z cieniem uśmiechu - poza tym mówisz takie rzeczy w momentach, w których człowiek nie ma już jak się bronić. To nie jest uczciwe, wiesz? - Wziąłem płytki oddech, po czym kolejny raz parsknąłem cicho, chociaż wyszło mi to bardziej jak charknięcie niż śmiech. Przymknąłem na moment oczy, jakbym próbował poskładać myśli w coś, co nie będzie brzmiało jak majaczenie, po czym znów na nią spojrzałem. Patrzyłem na nią spod przymrużonych powiek, próbując złożyć jej twarz z kilku wersji naraz, tej realnej i tej, którą mój mózg sobie właśnie dorabiał.
- Wiesz co - mruknąłem, głos miałem niższy, wolniejszy, mój organizm negocjował z każdym wypowiadanym słowem - ja też się cieszę z tej błyskawicznej weryfikacji. Serio. Zwykle zajmuje mi to miesiące, lata, czasem wcale, a ty ogarnęłaś temat w… Ile? Kilka godzin? - Parsknąłem krótko. Musiałem na moment zacisnąć zęby, bo każdy głębszy wdech przypominał, że moje ciało nie do końca zgadza się z moim nastawieniem. - I nie, to nie los. Nie wierzę w zrządzenia losu, nie w tym ujęciu. Los by mnie co najwyżej potknął o własne sznurówki. Ty… - Zawahałem się na ułamek sekundy, potem spojrzałem na nią uważniej - Masz w tym swoje zasługi. Spore, partnerko.
Przesunąłem lekko głową po śniegu, szukając wygodniejszej pozycji, ale tak naprawdę chciałem tylko nie spuszczać z niej wzroku, który coraz bardziej mi się rozmywał…
Uniósłbym rękę do oczu, gdyby nie to, że jej dłonie wciąż były na mnie i jakoś… Nie chciałem ich odsuwać. Zmrużyłem oczy, marszcząc nos, i spojrzałem na nią z dołu, dokładnie tak, jakbym leżał na plaży, a nie jakbym przed chwilą walczył o życie w śniegu. Słońce było bezczelne, ostre, jakby ktoś włączył je na maksymalną jasność bez ostrzeżenia.
- Trochę. - Powiedziałem spokojnie, tym lekkim, niepoważnym tonem, który zawsze włączał mi się w dziwnych sytuacjach. - W sensie… Jest mi gorąco, więc to chyba postęp. Jak na razie muszę przyznać, że masz całkiem niezły wskaźnik sukcesu. Nadal żyję. To już coś. - Przesunąłem głowę minimalnie, żeby było mi wygodniej, zupełnie ignorując fakt, że to sprawiło, że była jeszcze bliżej. Uśmiechnąłem się półgębkiem, tym mówiącym „to nic nie znaczy”, które zawsze znaczyło za dużo.
Leżeliśmy na piasku tak blisko, że granica między  „wygodnie” a  „zdecydowanie za blisko jak na przyjaźń” dawno się zatarła - ona była na mnie, oparta łokciem o moją klatkę piersiową, biodrem wbijała się w mój bok, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie, ja miałem jedną rękę pod głową, drugą luźno trzymałem na jej plecach, a moje palce odruchowo kreśliły małe, leniwe półkola na ciepłej, miękkiej skórze upatrzonej piegami i pieprzykami - robiły to same, bez konsultacji z mózgiem, jak zawsze, przed laty, dawno temu, i od kilku lat.
- Jesteś straszna. - Uśmiechnąłem się kącikiem ust, ale to był ten rodzaj uśmiechu, który bardziej chroni niż zaprasza. Słońce było bezlitosne, a ona bezczelnie blisko - za blisko, jak na „tylko współpracowników”, idealnie blisko, jak na wszystko inne - to, czym zdecydowanie nie było. Nigdy się ze sobą nie przespaliśmy, ani razu, to było wręcz absurdalne, biorąc pod uwagę, jak blisko byliśmy - jak bardzo nasze ciała były do siebie przyzwyczajone, jak często zasypialiśmy obok siebie, jak często dotykaliśmy się bez jakiegokolwiek dalszego znaczenia, jakbyśmy nie rozmawiali kiedyś w śniegu o przyszłości, nie snuli wizji, których nigdy nie realizowaliśmy, jakby to wszystko było tylko kolejną grą słów. - Wiesz o tym? - Uniosłem dłoń i lekko, dwoma palcami, szturchnąłem ją w ramię. - W ogóle nie znasz pojęcia „przestrzeń osobista”, prawda? - Dodałem, kręcąc głową z udawanym oburzeniem, jak zawsze, zanim sam aż nazbyt swobodnie udowadniałem, że w rzeczywistości nie tylko wcale mi to nie przeszkadzało, lecz nawet było mi z tym aż zbyt dobrze, w końcu byliśmy partnerami w zbrodni - dosłownie i w przenośni - od tamtej zimy, od śniegu, krwi, strachu i śmiechu, który pojawiał się zawsze w najmniej odpowiednich momentach. Pracowaliśmy razem okazjonalnie, czasem częściej, czasem rzadziej, ale zawsze wracaliśmy do siebie jak do punktu odniesienia. - Gdybyś była kimś innym, już bym uznał, że mnie podrywasz. - Dorzuciłem, krzywiąc się teatralnie. Nie patrzyłem na nią wprost, zamiast tego nadal mrużyłem oczy, jakbym bardziej interesował się niebem, nie widział tych wszystkich piegów, które wyszły jej na ramionach, na dłoniach, na policzkach, i nie rejestrował to, jak blisko była jej twarz.- A że jesteś sobą, to pewnie tylko testujesz moją wytrzymałość psychiczną, pod płaszczykiem medycyny. Wiesz, że zawsze miałem słabość do kobiet, które mówią „nie miałam wyjścia”, a potem robią dokładnie to, co chciały od początku. - Parsknąłem, nie dlatego, że to było zabawne, tylko dlatego, że było prawdziwe. Nie ruszyłem się jednak, nie próbowałem jej zrzucić, nie zmieniłem pozycji, moje ciało było zbyt spokojne jak na coś, co wewnątrz było kompletnie rozpieprzone. Krążyliśmy wokół siebie - dosłownie i metaforycznie - zawsze było coś ważniejszego, zawsze jakaś sprawa, jakiś problem, jakiś kryzys świata, który trzeba było rozwiązać. Zawsze jakaś linia, której nie przekraczaliśmy, chociaż oboje wiedzieliśmy, gdzie ona jest. Teraz też leżeliśmy tak blisko, że granica między „swobodnie” a „zdecydowanie za swobodnie” dawno się rozmyła. Piasek przyklejał się do skóry, słońce grzało mi w klatkę piersiową, a ona była na mnie, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie. Jedną rękę nadal miałem pod głową, a chociaż drugą jeszcze chwilę temu trzymałem opartą luźno na jej boku, nim się obejrzałem, moje palce leniwie bawiły się rąbkiem materiału jej stroju, nieświadomie, bez zamiaru, bardziej z przyzwyczajenia niż z czegokolwiek innego - to nie było nic nachalnego, raczej to, co robiło się bez zastanowienia, kiedy ktoś jest „swój”, nawet jeśli to „swój” miało w tym wypadku zbyt wiele różnych znaczeń.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (17473), Prudence Fenwick (11552)




Wiadomości w tym wątku
[09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.12.2025, 05:12
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.12.2025, 10:46
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.12.2025, 14:52
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.12.2025, 19:55
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 26.12.2025, 03:56
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.01.2026, 22:42
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 05:25
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 15:46
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 22:28
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 23:49
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 16.01.2026, 02:18
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.01.2026, 21:18
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 01.02.2026, 21:49
RE: [09.10.1972, sen] One for sorrow, two for joy | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.02.2026, 15:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa