12.01.2026, 11:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.01.2026, 11:38 przez Brenna Longbottom.)
– Tak sobie myślę, że to byłaby bardzo widowiskowa pułapka, gdyby ktoś specjalnie po to, żeby się mnie pozbyć, załatwiłby smoki… – stwierdziła Brenna, uśmiechając się lekko, bo dobra, nie mogła tego wykluczyć w stu procentach, ale jednak wątpiła, aby ktoś ryzykował ze smokiem. Albo nawet utratę piskląt tylko po to, żeby dorwać tę wkurzającą detektyw, która nie dawała im działać od ładnych paru miesięcy. Dziennik i wciągnięcie w to Lazarusa – być może. Ale chyba nie smoki…
…chyba, prawda?
– Może w samym zamku? Ale i tak nie chcę się teleportować w środku, bo jeszcze wjebiemy się w jakąś ścianę albo na piętro, które nie ma podłogi i połamiemy na dzień dobry. – Dziennik nic nie wspominał o barierze antyteleportacyjnej, ale też opisywał tylko krótko niektóre poczynania, jak przybycie na miejsce, a Brenna nie zamierzała pojawiać się bezpośrednio w budynku, którego zupełnie nie znała i który mógł być częściowo zniszczony. Nie była w końcu aż tak nieostrożna.
Spojrzała na Victorię trochę dziwnie, kiedy ta spytała, czy anonimowy, a potem po prostu westchnęła, uznając, ze skoro ta wypytuje, dalsze uniki nic nie dadzą.
– Był zapisany moim pismem. I dlatego biorę pod uwagę, że to pułapka. Ale zgodziły się już przynajmniej trzy rzeczy z tych zapisków. Sprawdziłam tyle, ile się tylko dało, żeby się w coś nie wrąbać. I proszę, nie pytaj, czy zapisałam go, a potem ktoś usunął mi wspomnienia, na podstawie których do tego doszłam, czy jakiś Crouch mi go wysłał i zmienił ten charakter pisma, żebym na pewno zwróciła uwagę albo czy bawiłam się… znaczy się będę się bawić… jakimiś zmieniaczami czasu, bo naprawdę nie mam pojęcia.
Tak, w tej chwili wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że albo Brenna sama sobie złożyła donos, albo że ktoś bardzo się postarał, żeby namieszać jej w głowie. Nie mogła tego sprawdzić w inny sposób niż idąc do miejsca, gdzie w teorii mieli ukrywać się kłusownicy… oczywiście dbając o zachowanie ostrożności.
A gdy Victoria opowiedziała tę krótką, niby typową, ale wciąż smutną historię, Brenna na moment sięgnęła ku jej ręce, ściskając zimną dłoń. Nie była pewna, co o tym myśleć. Nie miała jednak w tej chwili znaczenia, czy Sauriel był dobrym partnerem dla Lestrange czy złym, liczyło się tylko to, że ewidentnie ją to bolało.
– Chciał być wolny jak kot. Chyba czasem zapominał, że koty nie bez powodu są udomowione – szepnęła, spoglądając na nią przez moment. Koty chodziły swoimi ścieżkami i były niezależne, ale te, które nie miały dokąd wrócić, szybko padały ofiarą głodu, chorób, zimna, aut i złych ludzi. Nie poznała Sauriela dobrze, ale to jedno dało się u niego zauważyć: nie chciał być zależny ani by ktoś mu mówił, co ma robić... – Jakbyś chciała o tym pogadać albo… albo pomilczeć, to możemy potem porównać grafiki i gdzieś skoczyć. Daleko od tego cholernego Londynu. Nawet się z tobą napiję, jeśli to miałoby pomóc.
Nie powinna w teorii ruszać się z Londynu. Ani pić. Ale do diabła, trzy czy cztery godziny chyba nie zbawią świata, a nie powinna też zostawić Victorii w takiej sytuacji. I tak ukłuły ją wyrzuty sumienia, że nie zorientowała się wcześniej, bo przecież skoro na balu była z blondynem, musiało do tego dojść przynajmniej ze cztery dni temu…
– Myślę, że po prostu dzielił się planami. - O tak, wierzyła, że był gotów wrzucić ją do tej sadzawki. A ona pewnie nawet by się nie wkurzyła, tylko też go do niej wepchnęła. - To co? Do Apolla?
…chyba, prawda?
– Może w samym zamku? Ale i tak nie chcę się teleportować w środku, bo jeszcze wjebiemy się w jakąś ścianę albo na piętro, które nie ma podłogi i połamiemy na dzień dobry. – Dziennik nic nie wspominał o barierze antyteleportacyjnej, ale też opisywał tylko krótko niektóre poczynania, jak przybycie na miejsce, a Brenna nie zamierzała pojawiać się bezpośrednio w budynku, którego zupełnie nie znała i który mógł być częściowo zniszczony. Nie była w końcu aż tak nieostrożna.
Spojrzała na Victorię trochę dziwnie, kiedy ta spytała, czy anonimowy, a potem po prostu westchnęła, uznając, ze skoro ta wypytuje, dalsze uniki nic nie dadzą.
– Był zapisany moim pismem. I dlatego biorę pod uwagę, że to pułapka. Ale zgodziły się już przynajmniej trzy rzeczy z tych zapisków. Sprawdziłam tyle, ile się tylko dało, żeby się w coś nie wrąbać. I proszę, nie pytaj, czy zapisałam go, a potem ktoś usunął mi wspomnienia, na podstawie których do tego doszłam, czy jakiś Crouch mi go wysłał i zmienił ten charakter pisma, żebym na pewno zwróciła uwagę albo czy bawiłam się… znaczy się będę się bawić… jakimiś zmieniaczami czasu, bo naprawdę nie mam pojęcia.
Tak, w tej chwili wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że albo Brenna sama sobie złożyła donos, albo że ktoś bardzo się postarał, żeby namieszać jej w głowie. Nie mogła tego sprawdzić w inny sposób niż idąc do miejsca, gdzie w teorii mieli ukrywać się kłusownicy… oczywiście dbając o zachowanie ostrożności.
A gdy Victoria opowiedziała tę krótką, niby typową, ale wciąż smutną historię, Brenna na moment sięgnęła ku jej ręce, ściskając zimną dłoń. Nie była pewna, co o tym myśleć. Nie miała jednak w tej chwili znaczenia, czy Sauriel był dobrym partnerem dla Lestrange czy złym, liczyło się tylko to, że ewidentnie ją to bolało.
– Chciał być wolny jak kot. Chyba czasem zapominał, że koty nie bez powodu są udomowione – szepnęła, spoglądając na nią przez moment. Koty chodziły swoimi ścieżkami i były niezależne, ale te, które nie miały dokąd wrócić, szybko padały ofiarą głodu, chorób, zimna, aut i złych ludzi. Nie poznała Sauriela dobrze, ale to jedno dało się u niego zauważyć: nie chciał być zależny ani by ktoś mu mówił, co ma robić... – Jakbyś chciała o tym pogadać albo… albo pomilczeć, to możemy potem porównać grafiki i gdzieś skoczyć. Daleko od tego cholernego Londynu. Nawet się z tobą napiję, jeśli to miałoby pomóc.
Nie powinna w teorii ruszać się z Londynu. Ani pić. Ale do diabła, trzy czy cztery godziny chyba nie zbawią świata, a nie powinna też zostawić Victorii w takiej sytuacji. I tak ukłuły ją wyrzuty sumienia, że nie zorientowała się wcześniej, bo przecież skoro na balu była z blondynem, musiało do tego dojść przynajmniej ze cztery dni temu…
– Myślę, że po prostu dzielił się planami. - O tak, wierzyła, że był gotów wrzucić ją do tej sadzawki. A ona pewnie nawet by się nie wkurzyła, tylko też go do niej wepchnęła. - To co? Do Apolla?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.